Intymny portret Springsteena (Springsteen: Ocal mnie od nicości)

Bruce Springsteen – ikona amerykańskiego rocka lat 70. i 80. Choć lata jego świetności naturalnie minęły, fenomen nie zbladł. Owiany sławą muzyk? Sławą budzącą dystans i coś w rodzaju nieuchwytności? Trafniej: odważny i dojrzały artysta zrywający z tą niedostępnością, ba, dopuszczający intymność. Bruce, do cna legendarny, a wciąż tak bliski w swej twórczości.

Filmowa adaptacja książki Warrena Zanesa wiernie oddaje jej duszę, a nadto duszę artysty. Artysty wrażliwego – zmagającego się duchami przeszłości. Artysty autentycznego – poszukującego prawdy i żyjącego nią. Artysty inteligentnego – oderwanego od oczekiwań i chroniącego wartości. Człowieczeństwo, niezłamana prawda – były sednem twórczości artystycznej Bruce’a. Opowiadał o świecie, jaki widział, o świecie, jaki znał. Od czasów dzieciństwa, które ujął jako źródło jego zniszczenia, lecz tym samym stworzenia, po dorosłość. Bez zakrzywiania rzeczywistości, bez koloryzowania, bez ujmowania. Słuchał własnego wewnętrznego głosu. Nie ulegał presji ani zewnętrznym ramom. Nie musiał wydać hitu, walczył o inne priorytety. W zgodzie z sumieniem decydował co dalej, a stąd właśnie zrodził się niepodważalny sukces. Sukces, z którym był już gotowy się zmierzyć. Sukces, który był gotowy przyjąć. Jego siła tkwiła nie wyłącznie w melodii, a też w narracji – więzi ze zwykłymi ludźmi. Bruce pisał o klasie robotniczej, o amerykańskim śnie, o rozczarowaniu, o samotności, o nadziei. Ta prostolinijna i ogołocona szczerość wyróżniała go i głęboko poruszała słuchaczy. Zatem nie bez powodu, do dnia dzisiejszego, uznawany jest za jednego z najlepszych gawędziarzy tamtych lat.

Przez pierwszą połowę filmu nasuwały mi się myśli: całkiem ckliwy, dość nudny. Wątek miłosny jakoś irytował, a akcja nieznośnie „nie akcjowała”. Co prawda ładna historia, ale taka nieporywająca. W mojej głowie przybiłam już ostatni gwóźdź do tej trumny, by później z podkulonym ogonkiem go wyjąć. Teraz jest mi nawet trochę wstyd ze tę pochopność. Być może to moje indywidualne wrażenie, ale w drugiej połowie nastąpiło znaczne ożywienie. Trwająca do tej pory obojętność ustała wraz z pojawieniem się na ekranie Nebraski i ujęć przedstawiających proces jej tworzenia. Ciekawy ten przypadek, bo album jest przecież inspiracją i spoiwem całego filmu.

Utwory rozbrzmiewające pomiędzy scenami są jak plasterek na zranione serduszko – tak infantylnie jest celowo. Odnoszę bowiem wrażenie, że Bruce napisał Nebraskę dla uzdrowienia swojego wewnętrznego dziecka, dla pocieszenia i pojednania się z przeszłością. Ten odważny krok, jakim było wydanie albumu, (co jeszcze ryzykowniejsze bez trasy koncertowej i promocji) uwolnił go. Bruce bał się tego co nastąpi. Porzucając miejsce z którego pochodzi, odczuwał poczucie winy. Cisza krzyczała, a wspomnienia kłuły. Jeszcze mocniej kłuło to, co po nich pozostało.

Trudno jest oddać emocjonalny wymiar filmu w słowach. Ujmę to tak: „Springsteen: Ocal mnie od nicości” jest dla widza poszukującego głębi. Dla widza doceniającego każdy pozostały skrawek autentyczności w tej sfałszowanej rzeczywistości – tu prawda wręcz się przelewa. Dla widza doceniającego wkład i wysiłki, których nie widać. Sam proces produkcji, reżyserii i scenariusz zostały naprawdę uważnie dopieszczone. The Stone Pony w New Jersey, kultowe miejsce, gdzie odbyło się wiele scen koncertowych. By przywrócić stary klimat, scenografowie odwzorowali wygląd klubu z dokładnymi detalami z lat 70. i 80. Podczas kręcenia zdjęć w Asbury Park postawiono także replikę karuzeli, symbolicznie ważnej dla młodości Bruce’a. Jakość widać też w grze aktorskiej i przygotowaniu muzycznym Jeremy’ego Allena White’a. Aktora podobno wybrał sam Springsteen, bo, jak określił: dojrzał w nim siebie.

W bardzo jasnym świetle spostrzegam intencje reżysera. Scott Cooper zadbał o to, by na planie filmowym nie zabrakło Bruce’a oraz jego agenta Jona Landau. Ich obecność była absolutnie bezcennym ogniwem dla realizacji filmu. Co więcej, pomiędzy muzykiem a Scottem zakiełkowała pewna forma przyjaźni. Zdania są podzielone. Część krytyków narzeka na bezpieczną fabułę i refleksyjny ton, inni to właśnie w nich doszukają się ryzyka. Dość oryginalne wydaje mi się odejście od typowego biopiku pełnego sensacji, na rzecz intymnej opowieści o bólu i szarej rzeczywistości. A artysta, na koniec dnia, to też człowiek.

Wydanie Blu-ray i dodatki specjalne pozwalają lepiej osadzić się we własnych przemyśleniach po filmie. Kulisy, nagrane naturalnie i bez nadęcia, rozegrano w czterech aktach. Poruszane w nich wątki pogłębiły kontekst i dopełniły całość doświadczenia. W moich odczuciu pozycja obowiązkowa, której prawdziwy fan nie śmie ominąć.

Ocena: ★★★★★★★★★☆ Marta Krzyżanowska

Tytuł polski: Springsteen: Ocal mnie od nicości
Tytuł oryginalny: Springsteen: Deliver Me from Nowhere
Produkcja: USA / 2025 r.
Premiera (świat): 29 sierpnia 2025 r.
Premiera (Polska): 24 października 2025 r.
Reżyseria: Scott Cooper
Scenariusz: Scott Cooper
Zdjęcia: Masanobu Takayanagi
Muzyka: Jeremiah Fraites
Obsada:
Jeremy Allen White (Bruce Springsteen)
Jeremy Strong (Jon Landau)
Paul Walter Hauser (Mike Batlan)
Stephen Graham (Douglas „Dutch” Springsteen)
Odessa Young (Faye Romano)
Czas: 119 min.
Dystrybucja kinowa: Disney
Dystrybucja na Blu-ray w Polsce: Galapagos
Data wydania na Blu-ray: 2026 r.

Na podstawie: Warren Zanes, „Deliver Me from Nowhere: The Making of Bruce Springsteen’s Nebraska” (biografia)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *