Rakietka, piłeczka i marzenia: Wielki Marty wciąga do lat 50 (Wielki Marty)

Rok 1952 – stół, rakietka, piłeczka i… jeden jasny cel. Do tej pory tenis stołowy wydawał mi się całkiem nijaki. Z jakiegoś jednak powodu trzymał mnie w napięciu przez pełne 149 minut filmu. Spodziewałam się dobrego kina. Czego jednak spodziewać się nie mogłam to roztrzęsione ciało, którego nie zdołałam uspokoić przez najbliższą godzinę. Marty potrząsnął. Potrząsnął marzeniami, celami, wyborami i zwykłą, szarą codziennością. Jako widza ubogacił, wzruszył, a niekiedy rozbawił. Jako osobę zmusił do głębszej refleksji nad swoim celem i tym gdzie on właściwie jest. Czy przypadkiem lekko się nie przykurzył czekając w poczekalni? A może czy nie podeptałam go, biegnąc po niego? Czyż to nie dobrze znany nam paradoks? Paradoks dążenia. Paradoks sukcesu. I bez znaczenia jaki jest końcowy wynik, najważniejsze pytanie brzmi – czy coś poza nim pozostało i czy jest do czego wrócić? „Wielki Marty” pozostawia wiele pytań. We mnie też lekkie zmieszanie, co wiele mówi, a wręcz krzyczy.

Składamy się z żywych doświadczeń. Trudnych, często brudnych i powtarzalnych. Pięknie została ukazana ta walka – strudzonego bohatera z przeciwnościami losu. Świat wokół karci i rzuca kłody pod nogi, a on pomimo i na przekór jak młode źrebię galopuje żywiołowo. To nie jest historia z serii „po trupach do celu”, choć przyznaję, że w początkowych scenach właśnie tego się obawiałam. Nic bardziej mylnego. Nie było tam żadnych trupów, bynajmniej ja ich nie dostrzegłam. Owszem były nieszczęśliwe przypadki, być może pochopne wybory, a nadto młodzieńcze zaparcie. Ale nie były czysto egoistyczne.

Hedonistyczna bieżnia sprzedawana nam jako styl życia, dla Marty’ego zdawała się nie mieć większego znaczenia. W jego działaniach była głębia. Jego cel był jego przeznaczeniem. Jego cel był jego misją. Nie było innej drogi. Nie było innego rozwiązania. Marty nie mógł wycofać się, odstąpić i odrzucić samego siebie. Nosił w sobie coś czego nie można odebrać, ani zastąpić. Dzisiejsze kino często promuje doznanie przyjemności jako źródło spełnienia. Ale czy wołanie duszy da się zagłuszyć przyjemnością? Da się, chociaż nie warto. To co oglądamy na przestrzeni ostatnich lat, tak popularną – rozkosz jako najwyższe dobro i cel życia. „Wielki Marty” tę filozofię przyjemności spycha choć na chwilę do lamusa i udowadnia, że pewne wartości są niezastępowalne.

Marty sięgnął po sam szczyt, marzył tam gdzie wielu się nie odważyło. Czasem przekalkulował, pomylił się, zmuszony zrobić krok w tył. Ale nigdy, choć na chwilę, nie zwątpił. Pochylmy się na tym, jak ważny dla jego postaci był stan umysłu i dokąd go doprowadził. Jak kluczowa była tu wola walki, niewzruszona wiara i niepodważalna pewność. To coś więcej niż nadzieja, pewność siebie czy przekonanie. To stan duszy, stan bytu. To codziennie utrwalane myśli, powtarzane mantry, wewnętrzne dialogi, aż wreszcie ich zewnętrzna manifestacja. Marty myślał sam za siebie, sam za siebie brał odpowiedzialność. Nie chował się przed własnym odbiciem w lustrze, co zaowocowało, a jak? Odpowiedzi szukajcie w kinie, a najrozsądniej od razu po seansie w sobie.

Mistrzowska gra Timothée Chalamet powaliła mnie na kolana. Choć do jego wielbicielek raczej nie należę, tutaj wizualnie przyciąga. Energia przelewała się poza ekran. Trudno nie uwierzyć tak szczerze zagranej postaci, odniosłam wrażenie jakby Timothée pokazał w niej pewną cząstkę siebie. Jeśli to błędne spostrzeżenie, to tylko dowód na to jak przemyślana i autentyczna była to rola. Błędem byłoby ją zlekceważyć, a pożytkiem ją zapamiętać.

Chaos życia głównego bohatera podtrzymuje uwagę. Scenografia wręcz zasysa do filmowej rzeczywistości Nowego Jorku lat pięćdziesiątych. Emocje, które budują sceny sportowe ani na jotę nie są gorsze niż te podczas prawdziwych mistrzostw. Nie sposób przeoczyć również jak ładnie dopełniono fabułę klamrą kompozycyjną – pierwsza scena odbijająca się w ostatniej chwytają za serce. Wisienką na torcie jest ścieżka dźwiękowa i utwory Forever Young – Alphaville oraz jakże aktualne Everybody Wants to Rule the World – Tears For Fears. Myślę sobie, że warto, naprawdę warto udać się na ten film i odkurzyć siebie, swoje pragnienia, swoją tożsamość.

Ocena: ★★★★★★★★★☆ Marta Krzyżanowska

Tytuł polski: Wielki Marty
Tytuł oryginalny: Marty Supreme
Produkcja: USA / 2025 r.
Premiera (świat): 6 października 2025 r.
Premiera (Polska): 30 stycznia 2026 r.
Reżyseria: Josh Safdie
Scenariusz: Josh Safdie, Ronald Bronstein
Zdjęcia: Darius Khondji
Muzyka: Daniel Lopatin
Obsada:
Timothée Chalamet (Marty Mauser)
Gwyneth Paltrow (Kay Stone)
Odessa A’zion (Rachel Mizler)
Kevin O’Leary (Milton Rockwell)
Abel Ferrara (Ezra Mishkin)
Czas: 149 min.
Dystrybucja kinowa: Monolith Films

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *