Czas to najlepszy recenzent

Cofnijmy się na chwilę w czasie do Stanów Zjednoczonych lat osiemdziesiątych. Dlaczego? Ponieważ fascynująca jest dziś lektura recenzji czołowych amerykańskich krytyków, napisanych tuż po premierze tego jednego, konkretnego filmu. Co w nich znajdziemy?

Janet Maslin z The New York Times pisała: „ …a film of fascinating images, but it is curiously unscary.” („Film pełen fascynujących obrazów, ale zadziwiająco niestraszny.”). Gene Siskel z Chicago Tribune był jeszcze ostrzejszy: “A crushing disappointment. There is very little suspense or terror.” („Druzgocące rozczarowanie. Niewiele w nim napięcia i grozy.”). A co na to niekwestionowana ikona krytyki filmowej, Pauline Kael z The New Yorker?  “Kubrick keeps promising something that never quite arrives.” („Kubrick ciągle obiecuje coś, co nigdy nie zostaje spełnione”).

Miażdżące? Bez wątpienia.

Film Stanleya Kubricka „Lśnienie”, bo o nim mowa, został po premierze potraktowany wyjątkowo surowo. Krytycy byli bezlitośni, widownia raczej chłodna. Zamiast wielkiego wydarzenia, mieliśmy „kłopot”. Dzieło jednego z najwybitniejszych reżyserów XX wieku uznano za nieudane. Pisano o „rozczarowaniu”, „przeroście formy nad treścią”, „braku emocjonalnego centrum”. Współczesny widz czyta te recenzje z pewnym zakłopotaniem. Dziś „Lśnienie” uchodzi niemal za arcydzieło, a przynajmniej za jeden z najważniejszych horrorów w historii kina.

Jest konkretny powód, dla którego do tego tytułu wracamy. W 2025 roku minęło dokładnie 45 lat od premiery filmu, a Lśnienie ponownie trafiło na ekrany kin na całym świecie – również w Polsce.

To bez wątpienia najbardziej tajemniczy film Kubricka (choć 2001: Odyseja kosmiczna, Mechaniczna pomarańcza czy Oczy szeroko zamknięte można ustawić bardzo blisko podium). Powstawały o nim książki, eseje, analizy, felietony. Po niemal pół wieku, film wciąż fascynuje kolejne pokolenia widzów. Świetnie odnalazł się w popkulturze, a także – co może zaskakiwać – w środowiskach miłośników teorii spiskowych.

Tak, teorii spiskowych.

Najgłośniejsza z nich głosi, że Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu. Całe wydarzenie miało być mistyfikacją nakręconą w studiu, a reżyserem tego „transmitowanego” spektaklu miał być… Stanley Kubrick. Brzmi absurdalnie? W takim razie przejdźmy do kolejnej odsłony tej narracji. Według zwolenników teorii, Lśnienie zawiera liczne zakodowane tropy – przeprosiny Kubricka za współpracę z NASA. Stąd sweter Danny’ego z napisem „Apollo 11” czy numer pokoju 237, mający rzekomo odnosić się do odległości Ziemi od Księżyca (237 tysięcy mil).

Abstrahując od tych fantazji, jedno możemy powiedzieć z całą pewnością: o złym filmie nie dyskutuje się po czterdziestu pięciu latach. Co więc takiego się wydarzyło, że obraz, który nie zmienił się ani o jedną klatkę, zmienił wszystko wokół siebie?

Klucz tkwi w oczekiwaniach. Ówcześni krytycy oceniali Lśnienie według sztywnych reguł gatunkowych. Dziś przekraczanie granic, mieszanie konwencji i redefiniowanie gatunków jest czymś naturalnym. Kubrick po prostu wyprzedził swój czas. Horror nie musi straszyć natychmiast. Nie musi epatować grozą. Może niepokoić, zamiast szokować. Może być czymś więcej, niż tanią rozrywką i nie musi kończyć się jasną odpowiedzią. Może zmuszać widza do myślenia, nie tylko do reagowania zmysłami.

Lśnienie opowiada o utknięciu w labiryncie przeszłości i przyszłości. O pustce, bezradności, rozpadzie jednostki. Wymaga uważności, a czasem także ponownego seansu. Z dzisiejszej perspektywy, nie jest to nic niezwykłego. Wystarczy wspomnieć kino Christophera Nolana, Davida Finchera czy z innego porządku – Ingmara Bergmana i Davida Lyncha. Jednak na początku lat osiemdziesiątych był to w kinie komercyjnym wciąż gest radykalny.

Kubrick nigdy nie zamierzał podawać odpowiedzi „na tacy”. Krytycy narzekali, że „nic się nie dzieje”, że film nie daje natychmiastowej satysfakcji. Ale czy sztuka zawsze powinna ją gwarantować? Każde wielkie dzieło wymaga zaangażowania. Zbyt łatwo zapominamy, że film również jest Sztuką.

Dlatego Lśnienie musiało poczekać. Na nowe pokolenia widzów i krytyków. W czasach, gdy możemy wracać do seansu bez wysiłku – dzięki streamingowi, nośnikom i powtórkom – film zyskał przestrzeń do ponownej interpretacji, do wielokrotnego zanurzenia się w jego niejednoznaczności.

Co ciekawe, sam Kubrick rzadko mówił o Lśnieniu. W wywiadach jakby je omijał. Po wspomnieniu „Barry’ego Lyndona”, często przechodził od razu do „Full Metal Jacket”. Być może czuł rozgoryczenie chłodnym przyjęciem filmu. Tym bardziej, że także Stephen King, autor literackiego pierwowzoru, przez lata wypowiadał się o adaptacji bardzo krytycznie (choć z czasem ton jego wypowiedzi złagodniał).

Po latach nawet Gene Siskel przyznał żartobliwie, że jego ocena początkowa filmu była błędem. Że nie powinien był spoglądać na to dzieło jedynie pod kątem „przerażenia”. Jak na krytyka filmowego, taka deklaracja to prawdziwe „bicie się w pierś”.

Ten przypadek mówi nam coś ważnego nie tylko o Lśnieniu, ale o krytyce w ogóle. Żadna recenzja nie jest obiektywna. Każda jest zakorzeniona w swoim czasie – w gustach widowni, w modach, w klimacie epoki. Tylko czas potrafi oddzielić dzieła trwałe od tych, które miały po prostu szczęście do właściwego momentu. Lista filmów nagrodzonych Oscarem, o których dziś mało kto pamięta, jest tego najlepszym dowodem.

W epoce natychmiastowych ocen, „zgniłych pomidorów”, gwiazdek i algorytmów, warto o tym pamiętać. Żyjemy szybko, w ten sposób ferujemy również wyroki i rzadko do nich wracamy. Lśnienie przypomina, że czasem warto się zatrzymać. Że ważniejsze od pytania, kto wygrał w danym roku, jest inne: czy ten film przetrwa próbę czasu?

„Lśnienie” ją przetrwało.

I pokazało, że czas bywa najlepszym recenzentem.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *