O ekranizacjach „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”
Hollywood uwielbia przenosić książkowe bestsellery na ekran. A jeszcze bardziej kocha te, które… wcześniej zostały już zekranizowane (najlepiej w języku innym, niż angielski).



Gdy ogłoszono, że David Fincher podejmie się realizacji amerykańskiej wersji powieści Stiega Larssona „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, wydawało się, że trudno byłoby znaleźć lepszego kandydata do tego zadania. Fincher od lat specjalizuje się w precyzyjnie skonstruowanych thrillerach, w których napięcie budowane jest metodycznie, z zegarmistrzowską wręcz dokładnością. Taka też jest książka Larssona. Można było więc założyć, że mariaż twórcy i materiału będzie po prostu idealny. Problem w tym, że konstrukcja literacka powieści okazuje się pułapką dla każdego, kto chce przełożyć ją na język filmu.
Jej siła tkwi w intrydze i tajemnicy zniknięcia Harriet Vanger, a nie w widowiskowych sekwencjach akcji czy formalnych fajerwerkach. Każda adaptacja musi więc poruszać się w granicach wyznaczonych przez fabularny mechanizm książki. Tu niewiele można zmienić, nie rozregulowując całej konstrukcji.

To właśnie dlatego amerykańska „Dziewczyna z tatuażem” okazuje się bliźniaczo podobna do wcześniejszej wersji w reżyserii Nielsa Arden Opleva, z Noomi Rapace i Michaelem Nyqvistem. Kiedy zna się już szwedzką adaptację, film Finchera przestaje zaskakiwać. Zostaje chłodna rekonstrukcja tej samej opowieści. Sprawna, dopracowana, ale pozbawiona świeżości. Żart, który krążył po premierze: „Film, który już widziałeś… teraz po angielsku”, był może złośliwy, lecz trafiał w sedno.
Emocje związane z premierami już dawno opadły, dlatego dziś warto spojrzeć na oba obrazy z dystansu i sprawdzić, jak twórcy poradzili sobie z literackim pierwowzorem. Dopiero uważna analiza dwóch bliźniaczych konstrukcji pozwala dostrzec różnice. Ujawniają się one w rytmie narracji i sposobie prowadzenia wątków.
Szwedzi postawili na kondensację. Ich film jest surowszy, bardziej ascetyczny, skoncentrowany na osi śledztwa. Fabuła zmierza prosto do kulminacji – rozwiązania zagadki Harriet. Tam odnajduje swój ciężar.

Fincher, wspierany przez scenarzystę Stevena Zailliana, wybrał drogę maksymalnej wierności i rozbudowania wątków. A takie podejście bywa niekiedy zgubne. W efekcie finał zostaje przeciążony. Po rozwiązaniu rodzinnej tajemnicy Vangerów, opowieść nie dobiega końca. Rozpoczyna się kolejny, obszerny rozdział dotyczący sprawy Wennerströma. W książce ta konstrukcja ma sens, tworzy bowiem kompozycyjną klamrę. W filmie jednak rozciąga napięcie ponad miarę.

Sekwencje śledztwa finansowego, hakowania, ucieczki biznesmena i spektakularnej zemsty Lisbeth Salander, przypominają momentami efektowną, lecz zbędną nadbudowę. Można odnieść wrażenie, że Fincher w ostatniej chwili uległ pokusie (bądź naciskom), by wprowadzić bardziej widowiskowe elementy. Jakby chciał dopisać do kameralnego thrillera nutę heist movie w stylu „Ocean’s Eleven”. Tymczasem Larsson najlepiej działa tam, gdzie jest chłodny, zdystansowany i bezlitosny.
Różnice widać także w konstrukcji postaci. Obsada amerykańska (Daniel Craig i Rooney Mara) została dobrana trafnie, podobnie jak duet skandynawski (Mikael Nyqvist i Noomi Rapace). A jednak to w interpretacji postaci Salander ujawnia się zasadnicza rozbieżność.

Oplev zdecydował się wprowadzić elementy z kolejnych części trylogii, pogłębiając psychologiczne tło bohaterki. Salander Rapace jest bardziej krucha, bardziej ludzka, a przez to bardziej niepokojąca. Retrospekcje, relacja z matką czy sceny podkreślające jej podatność na przemoc, budują portret ofiary systemu, która nauczyła się odpowiadać agresją. W wersji amerykańskiej Salander pozostaje bliższa literackiemu pierwowzorowi z pierwszej części. Jest chłodna, zdystansowana, hermetyczna. Paradoksalnie jednak wierność wobec książki sprawia, że trudniej o emocjonalne zaangażowanie.

Również w relacji Lisbeth i Mikaela Blomkvista widać przesunięcia akcentów. Szwedzka adaptacja wyraźniej akcentuje rodzącą się między nimi więź i bezinteresowność pomocy ze strony hakerki. Amerykańska wersja, choć formalnie bardziej dopracowana, sprawia wrażenie, jakby bohaterowie funkcjonowali obok siebie, a nie razem. Precyzja formalna nie przekłada się na emocjonalne napięcie.
Ostatecznie film Finchera staje się przykładem paradoksu współczesnych remake’ów: perfekcyjny warsztat nie gwarantuje artystycznego sukcesu. Adaptacja przestaje być interpretacją, a staje się kalką. Technicznie bez zarzutu, dramaturgicznie poprawna, lecz pozbawiona elementu ryzyka. Reżyser zbyt skrupulatnie próbował „domknąć” każdy wątek powieści. W efekcie film, zamiast selekcjonować materiał, stara się pomieścić go niemal w całości. A przecież adaptacja to sztuka wyboru, nie transkrypcji.

Nie oznacza to, że „Dziewczyna z tatuażem” Finchera jest porażką. Wręcz przeciwnie. Na tle współczesnych amerykańskich thrillerów, wyróżnia się klasą realizacyjną, niemniej wywołuje wrażenie deja vu. Film jest perfekcyjnie wykonany, lecz pozbawiony elementu zaskoczenia. Jakby powstał nie dlatego, że trzeba było tę historię opowiedzieć na nowo, ale dlatego, że można ją było sprzedać raz jeszcze.
Czasem najtrudniejszą decyzją w adaptacji nie jest to, co zmienić, lecz czy w ogóle warto zaczynać od początku.
I właśnie w tym kontekście należy spojrzeć na decyzję Sky o realizacji serialowej wersji powieści. Czy to kolejna próba opowiedzenia tej samej historii, czy wreszcie szansa na format, który rzeczywiście udźwignie jej wielowątkowość? Serial daje większą przestrzeń. Pytanie brzmi jednak nie „Czy można?”, lecz „Czy trzeba?”.
