Guillermo del Toro przyzwyczaił nas do tego, że jak nikt inny, o potworach to on potrafi opowiadać ze szczerą czułością. Jakbyśmy spoglądali na nich oczami dziecka. Jego kino jest pełne odrzuconych, niezrozumianych bohaterów. Są zbyt inni, by mogli znaleźć swoje miejsce w świecie. Ta wrażliwość, tak poruszająca w „Labiryncie fauna” czy „Kształcie wody”, w przypadku „Frankensteina” okazuje się jednak mieczem obosiecznym.
Historia Victora Frankensteina nie jest przecież tylko opowieścią o wykluczeniu. To przede wszystkim tragedia odpowiedzialności. I ten właśnie wymiar, w moim odczuciu, zostaje w najnowszej adaptacji uproszczony.

Del Toro zanurza swoją wersję „Frankensteina” w wyraźnie umownej, plastycznej estetyce. Obraz jest piękny, momentami malarski (z być może przesadnie użytym CGI), ale jego baśniowość podszyta steampunkową ornamentyką, oddala nas od realnego świata Shelley. Im bardziej film ucieka w stylizację, tym mniej pozostaje w nim egzystencjalnego niepokoju. Tragedia zamienia się w piękną książkową ilustrację. No właśnie – w baśń.

Największy problem ujawnia się w postaci Victora. Reżyser tłumaczy jego ego i obsesję przeżytymi traumami z dzieciństwa: nadmiernym przywiązaniem do matki i okrucieństwem despotycznego ojca. To rozwiązanie czytelne, ale przy tym… wyjątkowo wygodne. Victor przestaje być postacią tragiczną, a staje się jednowymiarowo antypatyczny. Nie ważne jak skrzywdzony, nie możemy stanąć po jego stronie, a co za tym idzie – zatraca się odpowiedni balans między antagonistą i protagonistą. Skrucha Victora w finale filmu wypada niewiarygodnie. Jakby była obowiązkowym gestem, a nie konsekwencją przeżytej drogi. Ponadto Potwór wybacza mu bez większego oporu, co tylko pogłębia problem niekonsekwencji w relacjach.

Problem narracyjny wynika też z powtarzalności figur dramaturgicznych. Victor jest zarówno synem surowego ojca, jak i surowym ojcem własnego stworzenia. Del Toro eksponuje tę paralelę. Sugeruje, że dramat Victora polega na tym, że powtarza błędy swojej rodziny. To dramaturgicznie kompletnie niewiarygodne. Nawet przy baśniowej konwencji. Tragedia, którą widzimy na ekranie czy w książce, nie polega na powtarzaniu czy unikaniu schematów, lecz na konfrontacji z konsekwencjami własnego aktu stworzenia.
Równie uproszczona jest paralela między aktem stworzenia, a rodzicielstwem. Victor jawi się jako zły ojciec, Potwór jako porzucone dziecko. U Shelley relacja ta była znacznie bardziej niepokojąca i wieloznaczna. Nie chodziło o nieudane ojcostwo, lecz o odpowiedzialność twórcy wobec czegoś, co nigdy nie miało być dzieckiem. Zamieniając ten dramat etyczny w opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie, film traci swój filozoficzny ciężar. Jakkolwiek to zabrzmi, ten biblijno-szekspirowski ciężar nie powinien być pomijany. Powiem nawet więcej, należało go podkreślić.

Różnica ujawnia się wyraźnie w przedstawieniu samego potwora. Branagh w swojej adaptacji sprzed kilkunastu lat rozumiał, że istota stworzona przez Victora nie jest dzieckiem, lecz autonomiczną jednostką, zdolną jednak do ludzkich emocji: cierpienia, gniewu, tęsknoty, miłości. Del Toro natomiast „zniewieścił” postać, przesuwając ją bliżej zwierzęcia. Wątek wilków i owiec, które pojawiają się u Del Toro, jest czytelny i efektowny, ale dramaturgicznie miałki. Potwór przestaje być bohaterem moralnym; staje się symbolem zagrożenia lub obiektem empatii. Wilkiem lub owcą.
U Branagha jego działania wynikają z wewnętrznych emocji, z bólu, gniewu i niepokoju, co nadaje opowieści większą głębię. Potwór to postać tragiczna.

Ekranizacja Branagha, z całym szekspirowskim bagażem twórcy, lepiej kształtowała strukturę historii. Victor nie jest jednowymiarowy. Jego pycha i ambicja są świadomym wyborem, a każda decyzja ma swoje konsekwencje i wagę. Branagh pozwala widzowi śledzić, jak odpowiedzialność za akt stworzenia staje się moralnym ciężarem. Skrucha, choć podszyta patosem, jest rezultatem przeżytej drogi. Dzięki temu postać pozostaje wiarygodna.
Del Toro opowiada „Frankensteina” z empatią, ale empatia nie zawsze prowadzi do prawdy. Czasem wygładza to, co powinno pozostać niepokojące. Jego świat jest piękny, ale mniej dotkliwy emocjonalnie. Nie każda tragedia daje się opowiedzieć językiem czułości. Zresztą najbardziej empatyczna postać filmu, narzeczona brata Victora, została całkowicie zmarnowana.

„Frankenstein” Mary Shelley nie był baśnią o potworze pragnącym miłości, ani historią złego ojca. Był opowieścią o ludzkiej odpowiedzialności i o tym, co dzieje się, gdy twórca nie potrafi unieść konsekwencji własnego czynu. Największym horrorem nie jest akt stworzenia, lecz odwrócenie wzroku.
Każda epoka miała swoją interpretację tej historii. Shelley pisała w czasach, gdy nauka dopiero wkraczała w świat i dla niej to, co opisała, było „tu i teraz”. Branagh podkreślał dramat wyborów i konsekwencji. Del Toro nadał z kolei opowieści plastyczną, niemal baśniową formę. Być może doczekamy się kolejnej adaptacji, która znajdzie nowe paralele – na przykład do sztucznej inteligencji czy współczesnych technologii tworzenia życia. Ale pozostaje pytanie: czy chcielibyśmy zobaczyć taką wersję Frankensteina? Czy historia nadal zachowałaby swój tragiczny ciężar, czy stałaby się jedynie kolejną wizualnie zachwycającą przypowieścią?
