Nic nowego

Ceremonia rozdania Oscarów od zawsze uchodziła za prawdziwe święto kina. Siła PR-u i marketingu sprawiała, że każdy filmowiec marzył o tej nagrodzie, a sama informacja o nominacji dla filmu potrafiła zdominować cały jego plakat. Trudno jednak porównywać ją z wyróżnieniami takimi jak Złota Palma czy laurami przyznawanymi na festiwalach w Wenecji i Berlinie. Oscary to nie festiwal, lecz gala rozdania nagród. W gruncie rzeczy jest to bardziej plebiscyt popularności i show niż artystyczny werdykt. Jak było w tym roku?

Tegoroczna gala była wyjątkowo nudna i zachowawcza. Oscary nigdy nie miały być kontrowersyjne ani tak swobodne jak Złote Globy, ale z biegiem lat coraz bardziej osuwają się w nijakość. Swoje robi także poprawność polityczna. Owszem, nie brakowało w przeszłości skandali i momentów, które przeszły do historii, jak stosunkowo niedawna pomyłka przy ogłaszaniu zwycięzcy za najlepszy film czy słynne spoliczkowanie prowadzącego. Mimo to całość sprawia dziś wrażenie starannie wygładzonej i pozbawionej ostrych krawędzi. Nawet język ceremonii został w przeszłości złagodzony: dawne „And the winner is…” zastąpiono bardziej neutralnym „And the Oscar goes to…”, po to, by uniknąć samego słowa „zwycięzca”.

Być może działa tu sentyment, ale mam wrażenie, że ta ceremonia nie jest już tym, czym była kiedyś. Dużą rolę odgrywają prowadzący. Gale z udziałem Billy Crystala do dziś pozostają w pamięci. Była w nich klasa, wyczucie i inteligentny humor, a przy tym brak wymuszonej poprawności. Późniejsi gospodarze, tacy jak Jimmy Kimmel, Chris Rock czy Hugh Jackman, nie potrafili już stworzyć podobnej atmosfery. Do tego dochodzą agresywne kampanie promocyjne, skandale wokół branży oraz kryzysy związane z pojawieniem się dystrybucji i premier w streamingu, czy dewastującą dla branży kinowej pandemią. Wszystko to stopniowo podkopywało wyjątkowość tego wydarzenia.

Sama tegoroczna ceremonia była po prostu poprawna. Conan O’Brien miał kilka nietrafionych żartów, ale jako gospodarz wywiązał się ze swojej roli solidnie. Nominacje stworzyły ciekawy i różnorodny zestaw filmów. Na tyle wyrównany, że niemal każdy mógł znaleźć swojego faworyta, a ewentualna wygrana innego tytułu nie budziłaby większego sprzeciwu. W pewnym sensie wszyscy zostali obdarowani sprawiedliwie (a przynajmniej – w większości).

Wśród nominowanych w kategorii najlepszego filmu znalazły się tytuły takie jak „Jedna bitwa po drugiej”, „Wielki Marty”, „Grzesznicy”, „Hamnet”, „Wartość sentymentalna”, „Frankenstein”, „Sny o pociągach”, „Bugonia” czy „Tajny agent”. To zestaw, który nie wywołuje większych zgrzytów (może poza „F1”, filmem solidnym, ale niekoniecznie na oscarowym poziomie). Cieszy brak dominacji jednego tytułu, choć z drugiej strony brakuje wyraźnego, emocjonującego pojedynku. Pamiętam rok 1999, gdy „Szeregowiec Ryan” przegrał z „Zakochanym Szekspirem”… Wśród nominowanych były wtedy także „Elizabeth”, „Życie jest piękne” czy „Cienka czerwona linia”. Naprawdę trudno uznać ten werdykt za sprawiedliwy. Do dziś w analizach przytaczane są przykłady agresywnych kampanii o nominację i 1999 roku bywa jego najbardziej spektakularnym przykładem.

Do historii tegoroczna edycja przejdzie przede wszystkim dzięki najwyższej liczbie nominacji dla filmu „Grzesznicy”. Dotychczas rekord należał do „Titanica”, „La La Land” i „Wszystko o Ewie” (czternaście). Szesnaście nominacji robi spore wrażenie, choć w mojej ocenie jest to wynik zdecydowanie na wyrost. Na szczęście nie wszystkie przełożyły się na statuetki.

Wygrana „Jedna bitwa po drugiej” wydaje się sprawiedliwa. To bardzo dobry film, a reżyser po raz kolejny potwierdza swój talent. Nie jest to jego najwybitniejsze dzieło, ale przecież nie musiał rywalizować z własną legendą. Film zdobył również nagrody za reżyserię, drugoplanową rolę męską (Sean Penn), scenariusz adaptowany, montaż i casting. Szkoda „Hamneta”, choć nagroda dla Jessie Buckley za rolę pierwszoplanową łagodzi ten niedosyt.

Większe wątpliwości budzi sukces „Grzeszników”. Doceniam pomysł i świeżość, ale trudno mi w pełni zrozumieć fenomen tego filmu. Nagrody za zdjęcia czy scenariusz oryginalny są do obrony, jednak statuetka dla Michaela B. Jordana wydaje się dyskusyjna. Bardziej przekonywała mnie rola Timothée Chalameta w „Wielkim Martym”, choć być może pozafilmowe kontrowersje miały tu swoje znaczenie. Szkoda także braku nagrody dla Rose Byrne za „Kopnęłabym cię, gdybym miała nogi”, choć takie pominięcia zdarzają się co roku.

Na osobne wyróżnienie zasługuje „Wartość sentymentalna”, nagrodzona jako najlepszy film międzynarodowy. To obraz ważny i poruszający, być może nawet godny głównej nagrody, ale Oscary rządzą się swoimi prawami. Już sama obecność filmu nieanglojęzycznego w innych kategoriach jest w tym przypadku znaczącym sukcesem.

Czy po tej ceremonii jest się do czego przyczepić? Oczywiście. Największym problemem pozostaje jednak brak wyrazistości, brak charakteru, a przede wszystkim brak… magii. Raz do roku widzowie i twórcy zasługują na coś więcej niż poprawność. Na odrobinę blichtru, na poczucie wyjątkowości, którego nie dają nawet największe festiwale.

Bo jeśli wieczór oscarowy przestaje być świętem kina, staje się tylko kolejną dobrze wyprodukowaną transmisją. A to zdecydowanie za mało.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *