„Czytamy po to, by nie czuć się samotnym”. To słynne zdanie pojawia się w filmie „Cienista dolina”. Można je łatwo sparafrazować: oglądamy filmy, by nie czuć się samotnym.
Nigdy wcześniej nie oglądaliśmy tylu filmów co dziś, a jednak coraz częściej… oglądamy je sami.
Dzieło Richarda Attenborough przypomina, że w opowieściach kryje się magia. W tym przypadku nie dotyczy ona wyłącznie samej historii, choć jej kanwą jest biografia C. S. Lewisa, autora cyklu „Opowieści z Narnii”, który oczarował czytelników na całym świecie. Niezwykłość objawia się przede wszystkim w pięknie reżyserskiego dzieła.
Reżyseria to działanie, które często wydaje się nieuchwytne. Nie tylko jest prowadzeniem aktorów, ani wyłącznie ustawieniem kamery. To coś trudniejszego do zdefiniowania – akt twórczy, często niewidoczny, nadający filmowi „życia”.
Dla wielu obraz Attenborough to niemal archaiczna szkoła opowiadania. Nikt już tak przecież nie realizuje filmów. Współczesne kino lubi być wyraziste, ostre, konkretne. Wszystko musi być natychmiastowe i intensywne.

A jednak kunszt reżyserski potrafi być ponadczasowy. „Wyraziste” obrazy z czasem wyblakną, „ostre” się stępią, a „konkretne” mogą po latach brzmieć, jak niezrozumiały bełkot. Każdy fajerwerk po chwili gaśnie. Prawdziwa sztuka reżyserska, nawet ta pokryta patyną, nie przemija. Kto mi nie wierzy, ten powinien wrócić do niemych filmów Charlie Chaplina.
W „Cienistej dolinie” Attenborough wykorzystuje cały swój warsztat, wiedzę i wrażliwość. Realizuje sceny z niezwykłą precyzją. To niemal balet inscenizacyjny – z idealnym rytmem montażu i, przede wszystkim, gry aktorskiej.
Anthony Hopkins (C. S. Lewis) i Debra Winger (Joy Gresham) budują emocje subtelnymi niuansami. Nikt tu nie szarżuje. Można by było pomyśleć, że to efekt słynnej, brytyjskiej powściągliwości Hopkinsa. To jednak nie byłaby cała prawda. Winger, rodowita Amerykanka, porusza się dokładnie w tej samej tonacji. Jakość nie ma narodowości. Wybitna sztuka zawsze przekracza granice kultur i języków.

Sam film opowiada historię spotkania dwóch całkowicie różnych światów. C. S. Lewis, profesor literatury w Oksfordzie, intelektualista i człowiek prowadzący uporządkowane, samotne życie, poznaje Joy Gresham, amerykańską poetkę, która przyjeżdża do Anglii wraz ze swoim synem. Ich relacja, początkowo oparta na rozmowach i intelektualnym porozumieniu, z czasem przeradza się w głębsze uczucie. Zostaje ono jednak wystawione na próbę (choroba Joy), na którą żadne z nich nie było przygotowane.

Najlepiej widać to w jednej z najbardziej poruszających scen filmu. Po okresie względnego szczęścia, choroba poetki powraca. Lewis, który przez całe życie zajmował się intelektualną refleksją nad wiarą i cierpieniem, nagle staje wobec bólu, którego nie da się już opisać książkami, ani teologią. Przyjaciele próbują go pocieszyć, przypominając jego własne słowa o sensie cierpienia. Lewis odpowiada jednak spokojnie, niemal bezradnie: nie pisał tych rzeczy dlatego, że cierpiał. Pisał je dlatego, że jeszcze nigdy nie cierpiał naprawdę.

W tej scenie nie ma dramatycznych gestów, ani podniesionych głosów. Kamera pozostaje blisko twarzy bohaterów, a emocje rozgrywają się w półtonach. To moment, w którym cały film odsłania swoją prawdziwą tematykę: opowieści pomagają nam zrozumieć świat, ale dopiero życie sprawdza ich prawdziwą wartość.
Zadziwia przy tym sposób wykorzystania formatu cinemascope. Rzadko zdarza się, by tak szeroki obraz tak dobrze komponował się z kameralną historią. Ruch kamery naturalnie prowadzi spojrzenie widza i współgra z ruchem postaci. Tymczasem dzisiejsze kino często stawia na stylizację udającą „prawdę”: drgającą kamerę, paradokumentalną estetykę, „naturalistyczne” aktorstwo. Oczywiście powstają w tej konwencji wybitne filmy. Problem pojawia się wtedy, gdy taka forma staje się jedynie wygodnym skrótem i próbą ukrycia braku pomysłu na prawdziwą reżyserię.
Niestety, czasem można odnieść wrażenie, że prawdziwy język reżyserski powoli znika. To oczywiście naturalne, że sposób realizacji filmów zmienia się wraz z epoką. Jednak prawdziwy język reżyserii to zdecydowanie coś więcej: myśl, erudycja, inteligencja i wrażliwość. Bez tych elementów nawet bardzo utalentowany twórca staje się jedynie sprawnym realizatorem, a film – technicznie poprawnym produktem.

Jestem jednak przekonany, że język ten wciąż istnieje. Widać go choćby w kinie Paolo Sorrentino. Filmy takie, jak „Wielkie piękno” czy „Młodość”, pokazują, że współczesne kino może być jednocześnie nowoczesne, inteligentne i głęboko autorskie. Nie potrzebuje krzyczeć, by być usłyszanym. Wierzę, że prawdziwy język reżyserii nie zniknął. Stał się po prostu cichszy i delikatniejszy. Nie próbuje przekrzyczeć popkulturowego hałasu. Jest raczej szeptem – a ten bywa donośniejszy, niż krzyk.
I może właśnie dlatego takie filmy, jak „Cienista dolina”, są dziś szczególnie potrzebne? Wracamy do podobnych opowieści – do jakości i kunsztu realizacji – po to, by lepiej zrozumieć nas samych… i by nie czuć się samotnym?
