„Kopnęłabym cię, gdybym mogła” Mary Bronstein zaczyna się, jak czarna komedia o frustracji, a sam tytuł sugeruje żart, z nutką złośliwości. Film jednak zdecydowanie nim nie jest. Bardzo szybko okazuje się za to doświadczeniem niespecjalnie ironicznym, za to zdecydowanie agresywnym – nie tyle wobec bohaterów, co wobec samego widza.
Seans to dwugodzinne przeciążenie. Historia zamyka nas w jednym, silnym stanie emocjonalnym. Jakbyśmy zostali uwięzieni w szklanej kuli pełnej napięcia, bez możliwości ucieczki.

Wszystko zaczyna się od katastrofy – dosłownie. Woda z pękniętej rury zalewa dom Lindy (Rose Byrne), sufit zapada się nad jej głową. Jest jak u Hitchcocka: początek musi być trzęsieniem ziemi. Problem w tym, że w przeciwieństwie do zasady legendarnego reżysera, napięcie dalej już nie rośnie. Ono trwa. Nie narasta, nie prowadzi do kulminacji, nie zostaje rozładowane. Operuje jednym wysokim rejestrem. Zamiast modulacji, dostajemy przeciągły ton. Intensywność, która początkowo fascynuje bezkompromisowością, z czasem zaczyna męczyć.
Bronstein podejmuje temat macierzyństwa, lecz nie interesuje jej społeczny kontekst, ani systemowa analiza. Interesuje ją napięcie. Kamera niemal nie odstępuje Lindy. Śledzi ją w chwilach irytacji, wstydu, bezradności, zmęczenia. Ciasne kadrowanie odbiera przestrzeń i oddech. Reakcje innych są drugoplanowe, liczy się stan głównej bohaterki. To ciekawy, rzadko spotykany zabieg inscenizacyjny. Nie tak radykalny, jak w „Synu Szawła”, ponieważ pojawia się też bardziej obiektywna narracja, ale subiektywna perspektywa wyraźnie dominuje.

Czy jest to celowa strategia? Zapewne tak. Jednak w moim odczuciu to również pułapka.
Jedna z najmocniejszych scen, wykorzystujących wspomniany subiektywizm, rozgrywa się w gabinecie terapeuty rodzinnego. Słyszymy wówczas córkę i psychiatrę, ale kamera ani razu nie odrywa się od twarzy Lindy. Twarzy, na której maluje się wszystko: bezsilność, wstyd, zmęczenie.
Kiedy dziewczynka mówi, że tata jest „konkretny”, a mama „miękka, jak plastelina” i „ciągle smutna”, Linda z całych sił próbuje temu zaprzeczać. Jednak jej protesty nic nie znaczą – prawdę widać na twarzy bohaterki. Jest wykończona. Nie radzi sobie, ale nie może sobie pozwolić na upadek. Jej córka wymaga stałej opieki medycznej, karmiona jest dojelitowo przez rurkę, żyje w ciągłym lęku. Powtarzane wciąż pytanie: „Mamo, czy my umrzemy?” brzmi jak refren tej historii. Od początku nie ma dystansu. Nie ma kontrapunktu. Nie ma obietnicy ulgi. Intensywność emocji bohaterki, od których nie ma oddechu, sprawia, że widz może się poczuć przytłoczony.

Wspomniana subiektywność tłumaczy też zresztą nieobecność córki w kadrze. Dziewczynka istnieje przede wszystkim jako ciężar, obowiązek, źródło lęku. Jako głos, detal, fragment. Kamera konsekwentnie trzyma się percepcji Lindy, dlatego nie pokazuje dziecka w pełni. Widz doświadcza córki tak, jak doświadcza jej matka: jako problemu, który wypełnia przestrzeń, ale nie ma wyraźnej twarzy.
Dopiero w scenie, gdy Linda dociera do granicy wytrzymałości i zaczyna pękać, perspektywa ulega przesunięciu. Córka, widząc kryzys matki, próbuje do niej dotrzeć. I właśnie wtedy po raz pierwszy widzimy ją w całości, jako osobę. To znaczący moment: dziecko przestaje być funkcją cudzych emocji, a odzyskuje podmiotowość. Zabieg jest ryzykowny, jednak konsekwentny. Przez większą część filmu łatwiej nam rozumieć frustrację matki, bo patrzymy jej oczami. W finale kamera pozwala nam wyjść poza ten filtr i przypomina, że po drugiej stronie jest człowiek, a nie abstrakcyjny problem.

Wspominałem już o przeciążeniu widza intensywną formą, niedającą mu chwili na oddech. W tę samą zasadzkę wpada także dramaturgia. Nie ma wyraźnej drogi bohatera, przełomu, ani przemiany. Nie dostajemy jednoznacznej diagnozy problemu. Bronstein niczego nie wyjaśnia, ani nie porządkuje. Można to oczywiście nazwać odwagą. Dla mnie to jednak unikanie odpowiedzialności narracyjnej.
Brak jakichkolwiek zmian faktycznie celnie oddaje opresyjny świat Lindy, jednak każda opowieść wymaga choćby minimalnej ewolucji bohatera. W którąkolwiek stronę. Tu czekamy na ten moment do ostatnich sekund. I kiedy wreszcie wydaje się, że jesteśmy w punkcie, z którego nie ma już odwrotu, film się kończy. Nie wiemy czy po tej scenie cokolwiek się zmieni. Narracja nie kończy się w punkcie decyzji, ale w punkcie niedopowiedzenia.

Obrana strategia opowiadania historii mogła być też pułapką dla samych aktorów. Na szczęście ci udźwignęli swoje role. Kreacja Rose Byrne w roli Lindy jest intensywna, fizyczna, momentami niemal ekshibicjonistyczna w swojej emocjonalnej szczerości. Nie próbuje się przypodobać widzowi. Nie łagodzi bohaterki. Nie czyni jej łatwą do polubienia. Współczujemy Lindzie, ale przy tym chwilami mamy ochotę nią „potrząsnąć”. To rola bez kokieterii, wymagająca i niekomfortowa. Aktorka utrzymuje jednak historię w ryzach – nawet wtedy, gdy scenariusz zaczyna krążyć wokół tych samych stanów.
Pewnym zaskoczeniem może być także obecność Conana O’Briena w roli psychiatry. Zabieg obsadzenia komika w poważnej roli terapeuty znamy już z „Good Will Hunting”. Tam jednak ironia i ciepło Robina Williamsa równoważyły dramat. Tu nic nie rozbraja napięcia. Terapia staje się kolejną warstwą dyskomfortu, tym bardziej że Linda sama jest psychoterapeutką, prowadzącą zresztą własną praktykę… obok gabinetu swojego terapeuty. Sceny ich prywatnych spotkań – czy to w biurowej kuchni, czy na korytarzu – należą do najbardziej przewrotnych scen filmu.

Macierzyństwo i terapia to tematy, które przeplatają się nieustannie. Być może aż nadto. W mojej ocenie przypisanie jej samej zawodu terapeuty, to już za dużo grzybów w barszczu. Wyjątkiem jest wątek pacjentki Lindy, porzucającej własne dziecko. Robi ona to, na co główna bohaterka nie może sobie pozwolić. Ucieka.

Podsumowując: film „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” bardzo chce być doświadczeniem, a nie tylko opowieścią. Problem w tym, że doświadczenie bez przemiany łatwo zamienia się w monotonię. Spiralę frustracji można czytać, jako swoisty eksperyment: jak długo widz wytrzyma w tym stanie? Nie sposób odmówić filmowi konsekwencji. Zdecydowanie jest to obraz, który nie negocjuje warunków.
Czy to dobry film? I tak, bo jest formalnie przemyślany i odważny. I zarazem nie, ponieważ sama intensywność nie zastępuje dramaturgicznego rozwoju. Z pewnością zapada on w pamięć, jednak bardziej niczym długotrwały hałas, niż jako opowieść. Bezkompromisowość robi wrażenie. Pytanie tylko czy bezkompromisowość zawsze równa się głębi?

Tytuł polski: Kopnęłabym cię, gdybym mogła
Tytuł oryginalny: If I Had Legs I’d Kick You
Produkcja: USA / 2025
Premiera (świat): 24 stycznia 2025 r.
Premiera (Polska): 6 lutego 2026 r.
Reżyseria: Mary Bronstein
Scenariusz: Mary Bronstein
Zdjęcia: Christopher Messina
Obsada:
Rose Byrne (Linda)
A$AP Rocky (James)
Conan O’Brien (terapeuta)
Danielle Macdonald (Caroline)
Ivy Wolk (Diana)
Czas: 113 min.
Dystrybucja kinowa: Best Film
