„Potwór z Florencji” Douglasa Prestona i Mario Speziego wydaje się mieć wszystko, co powinno zachęcić do lektury: tajemnicze, brutalne zbrodnie, seryjnego mordercę porównywanego do Kuby Rozpruwacza i Zodiaka oraz włoskie „okoliczności przyrody”, które zawsze dobrze sprzedają się w narracjach true crime. Dodatkowo pikanterii dodaje fakt, że mamy do czynienia z reportażem, a więc historią prawdziwą. Teoretycznie to książkowy samograj. W praktyce – wielkie pomieszanie z poplątaniem.
Autorzy próbują zmieścić w jednym tomie tak wiele wątków, że pod koniec czytelnik przestaje mieć pewność, o czym właściwie jest ta książka. O jednym z najsłynniejszych włoskich seryjnych morderców? O nieudolnym, skorumpowanym włoskim wymiarze sprawiedliwości? O źródłach zła? O dziennikarzu, który przez niemal pół wieku żyje jedną sprawą? A może o jego młodszym amerykańskim koledze, dzięki któremu poznajemy całą historię? Czy wreszcie o samych Włoszech i mentalności mieszkańców? Odpowiedź brzmi: o wszystkim naraz. I niestety, to nie jest komplement.
Zacznijmy jednak od kontekstu. W 1974 roku na obrzeżach Florencji dochodzi do brutalnego morderstwa pary uprawiającej seks w samochodzie. Nie ma śladów rabunku, ani jednoznacznych motywów seksualnych – choć to kobieta zostaje potraktowana ze szczególnym okrucieństwem (przestępca okalecza jej ciało, wycinając nożem narządy rodne). Zabójstwa zaczynają się powtarzać, a schemat pozostaje niezmienny. Na miejsce zbrodni trafia młody dziennikarz śledczy Mario Spezi. To jego pierwsze poważne zlecenie i początek wieloletniej obsesji, która zdefiniuje karierę reportera.
Przez kolejne dekady aresztowano i oskarżono wiele osób – często na podstawie plotek, poszlak i wątpliwych teorii. Niektórym całkowicie zniszczono tym życie. Paradoksalnie, wiele lat później sam Spezi został posądzony o udział w morderstwach, gdy razem z Prestonem pracował nad pierwszą publikacją poświęconą zbrodni. Potwór z Florencji nigdy jednak nie zostaje schwytany. Do dziś nie wiadomo, kim był.
„Najczęściej zadawane mi pytanie brzmi następująco: Czy Potwór z Florencji zostanie kiedykolwiek odnaleziony? Kiedyś gorąco wierzyłem, że wraz ze Spezim doprowadzę do jego zdemaskowania. Teraz nie jestem tego taki pewien”. [D.Preston]
Podobnie jak historia Kuby Rozpruwacza, przypadek florenckiego mordercy doczekał się licznych teorii (również spiskowych) i stał się częścią popkultury. We Włoszech nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o Potworze, a kraj przez dekady żył jego poszukiwaniami. Źródłem wręcz dumy narodowej stało się zainteresowanie sprawą przez Thomasa Harrisa, który zainspirowany dramatycznymi wydarzeniami, napisał „Hannibala”. Autorzy „Potwora z Florencji” wielokrotnie to zresztą podkreślają, wspominając również słynną filmową adaptację powieści Harrisa.
Wróćmy jednak do samego reportażu i zacznijmy od jej mocnych stron. Douglas Preston jest sprawnym warsztatowo autorem – współpracuje z „New Yorkerem”, pisze thrillery i doskonale zna reguły narracji reporterskiej. Styl jest dynamiczny, opisy precyzyjne, tempo dobre, a suspens umiejętnie dawkowany. Widać ogrom pracy włożonej w dokumentację materiału, przy jednoczesnej przystępności dla czytelnika niezaznajomionego z realiami śledztw kryminalnych. Na tym, niestety, lista zalet się kończy. Dlaczego książka rozczarowuje?
„Kiedy sędzia stentorowym głosem powiedział po raz ostatni: „Winny”, Pacciani przyłożył dłoń do serca, zamknął oczy i mruknął: – Tak oto umiera niewinny.”
Styl autorów, efektowny w krótszych formach reporterskich, w długiej narracji okazuje się zbyt ciężki. Nadmiernie rozbudowane opisy, poetyckie metafory i wydumane epitety, mnożone na przestrzeni ponad 400 stron, męczą zamiast budować napięcie i klarowność opowieści.
Tego rodzaju środki stylistyczne mogą zadziałać w reportażu i nie muszą stać w sprzeczności z faktografią, czego klasycznym przykładem pozostaje „Z zimną krwią” Trumana Capote’a. W „Potworze z Florencji” efekt jest jednak odmienny. Problemem nie jest wyłącznie styl, lecz także tematyczne rozmycie opowieści. Czytamy tu o kulturze Włoch, ich podziałach regionalnych, grupach przestępczych, sądownictwie i prawodawstwie. O tych zagadnieniach dowiadujemy się znacznie więcej, niż o samym mordercy. Dochodzą do tego liczne wtrącenia (o przeprowadzce do Włoch, kuchni regionalnej czy codziennym życiu), których nadmiar nie wzmacnia głównej osi narracyjnej. W efekcie książka, mimo imponującej objętości, pozostawia czytelnika z poczuciem narracyjnego niedosytu, tym dotkliwszego, że sprawa pozostaje nierozwiązana.
„Wielu śledczych uważa, że sprawa Potwora z Florencji została wyjaśniona. Jednak, gdyby ktoś po kolacji spędzonej w miłym towarzystwie zapytał mnie, co sądzę, powiedziałbym prawdę: że z głębokim zaniepokojeniem odbieram pierwszy telefon w niedzielny poranek. Zwłaszcza jeśli poprzedniej, sobotniej nocy przypadał nów księżyca”. [M. Spezi]
Cytat ten dobrze ilustruje przesunięcie akcentów w narracji: w miejsce analizy i porządkowania faktów pojawia się autorefleksja autorów. W konsekwencji ciężar opowieści przesuwa się z samej sprawy na osoby, które ją relacjonują.
W odniesieniu do Speziego taki zabieg wydaje się naturalny. To on, jako reporter, zajmował się przypadkiem Potwora z Florencji od lat siedemdziesiątych i z tej perspektywy (uczestnika i świadka wydarzeń), prowadzi czytelnika przez historię zbrodni.
Inaczej jest jednak z Prestonem, którego obecność w narracji przybiera formę niepotrzebnej figury. Dostajemy bowiem szereg informacji niemających większego znaczenia dla głównej sprawy: opisy przeprowadzki, wyboru szkoły dla dzieci czy liczne obserwacje z gatunku: „Włochy oczami Amerykanina”. Nijak nie przystają one do opowieści o seryjnym mordercy.
Problem ten pogłębia konstrukcja książki, podzielonej na dwie wyraźne części. Pierwsza, zdecydowanie najciekawsza, dotyczy przeszłości i prowadzona jest przez Speziego. Część druga przenosi narrację we współczesność, a równorzędnym bohaterem staje się w niej D. Preston. I to właśnie w tym momencie opowieść zaczyna się rozpadać. Książka coraz wyraźniej przybiera formę osobistego rozrachunku Prestona z włoskim wymiarem sprawiedliwości. Jego własne oskarżenia o niekompetencję śledczych, podważanie wyroków włoskich sądów, a w finale przywołanie niezwiązanej przecież z tematem sprawy Amandy Knox (sic!) sprawiają, że gubi się pierwotny punkt ciężkości narracji. Historia Potwora z Florencji schodzi na dalszy plan.
„- Dietrologia – powiedział hrabia Niccolò. To jedyne włoskie słowo, które musisz znać, aby zrozumieć śledztwo w sprawie Potwora z Florencji.
Jedliśmy lunch, jak zwykle w Il Bordino. Ja zamówiłem baccalà, solonego dorsza, a hrabia delektował się faszerowaną aristą.
– Dietrologia? – powtórzyłem.
– Dietro, czyli „coś, co się za czymś kryje”, i logia, „nauka o czymś” – wyjaśnił hrabia dostojnie, jakby wciąż przemawiał w Sali wykładowej, a jego wyrafinowany akcent angielski rozbrzmiewał echem w przypominającym jaskinię wnętrzu restauracji – Dietrologia to pogląd, że to, co oczywiste, nie może być prawdą. Zawsze coś się za tym kryje”.
Według tej definicji wszystko, co oczywiste, musi kryć drugie dno. Paradoksalnie, w przypadku tej książki sprawa wydaje się prostsza: atrakcyjny temat nie wystarczył, by utrzymać uwagę czytelnika. W tych 400 stronach kryje się przede wszystkim… znużenie.
„Potwór z Florencji” nie jest książką złą, ale jej niekonsekwencja i nadmiar ambicji wyraźnie jej szkodzą.
PS: Na Netflixie dostępny jest serial o Potworze z Florencji. Nie jest adaptacją książki ani reporterskiego śledztwa, ale przybliża same zbrodnie. Czy warto? To już każdy musi ocenić sam.
Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem Czarne. Książkę „Potwór z Florencji” można zakupić pod tym linkiem.

Tytuł polski: Potwór z Florencji. Śledztwo w sprawie seryjnego mordercy
Tytuł oryginalny: The Monster of Florence
Autorzy: Douglas Preston, Mario Spezi
Data 1. wydania: 1 stycznia 2009 r.
Data wydania polskiego: 26 lipca 2023 r.
Gatunek: reportaż
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Tłumacz: Kaja Gucio
Oprawa: twarda
Stron: 416
Warto zobaczyć: Potwór z Florencji, twórcy: Stefano Sollima, Leonardo Fasoli, Włochy 2025 (miniserial).
