Kino kocha historie o wielkich ludziach. Chętnie oglądamy opowieści o tym, jakie wydarzenia ukształtowały ich twórczość i wpłynęły na życiowe wybory. A im mniej wiemy o ich prywatnym życiu, tym… łatwiej mnożymy filmowe przypuszczenia. Życie Williama Szekspira od lat rozpala wyobraźnię twórców i równie często jak jego dramaty trafia na ekran. Ten wybitny dramaturg „posłużył” zarówno lekkim filmowym historiom miłosnym („Zakochany Szekspir”), jak i teoriom spiskowym („Anonimus”).
„Hamnet” na szczęście nie powstał po to, by dokładać kolejne absurdy ani odkrywać sensacyjne „ciekawostki”. Dla jednych może to być rozczarowujące, ale dla tych, którzy w kinie szukają emocji i prawdy, a nie taniej sensacji, „Hamnet” może okazać się jednym z najważniejszych seansów tego roku. To nie jest film o Williamie Szekspirze. To filmowy poemat o radzeniu sobie ze stratą.

„Hamnet” jest adaptacją bestsellerowej powieści Maggie O’Farrell. To intymna opowieść o Williamie Szekspirze i jego żonie Agnes, których spokojne życie w Stratford w Anglii zostaje brutalnie przerwane przez śmierć ich jedenastoletniego syna. Różne oblicza żałoby i odmienne sposoby przeżywania straty wpływają zarówno na ich małżeństwo, jak i na każde z nich z osobna. Ona zanurza się w transcendencji – w naturze i pamięci. On ucieka w twórczość. Cisza i pustka ranią coraz mocniej, aż w końcu ból przeradza się w sztukę. Tak rodzi się „Hamlet”, jako próba ocalenia.
Mamy do czynienia z prawdziwym filmem ciszy, pełnym pauz i niedopowiedzeń. To narracja nieśpieszna, oparta na obrazach i scenach, które początkowo mogą wydawać się oderwane od fabuły. Nastrój i emocje są tu ważniejsze niż same zdarzenia. To kino bliskie estetyce slow cinema, znanej chociażby z twórczości Terrence’a Malicka. Chloé Zhao zachowuje jednak własny, wyraźny styl i konsekwentną myśl rozpisaną na cały seans. Nienazwane emocje i z pozoru błahe momenty stopniowo układają się w spójną całość. Siła i magia natury są tu równie istotne jak wnętrze człowieka.

Dawno nic nie poruszyło mnie w kinie tak mocno jak „Hamnet”. Film momentami zbliża się do granicy melodramatyczności, za którą mogłaby czaić się groteska, ale nigdy jej nie przekracza. Trzeci akt nie pozwala nawet na chwilę oddechu. To seans odbierany wszystkimi zmysłami – prawdziwa uczta wizualna i dźwiękowa.
Łukasz Żal fotografuje bohaterów na tle ich tragedii w sposób niezwykle czuły. Są namacalni, prawdziwi, bliscy – mimo kostiumów epoki. Natura ma w sobie coś niepokojącego i zmysłowego. Połączona z poruszającą muzyką Maxa Richtera potrafi całkowicie zawładnąć widzem. Ten soundtrack zostanie ze mną na długo.
Nie byłoby jednak „Hamneta” bez obsady. To aktorzy nadają tej opowieści sens. Agnes grana przez Jessie Buckley jest wręcz hipnotyczna. To ona jest wiodącą bohaterką; na niej skupia się kamera w pierwszych minutach filmu i to ona wypełnia całą przestrzeń emocjonalną opowieści. Trudno o bardziej symboliczny obraz niż Agnes skulona w czerwonej sukni pod monumentalnym drzewem – zespolona z pełną niepokoju naturą. Mroczna jama pod korzeniami jest jak zwiastun nadchodzącej tragedii. Scena śmierci jej syna, to jedna z najbardziej wstrząsających sekwencji jakie widziałem w kinie.

W niczym nie ustępuje jej Paul Mescal w roli Willa. Jego męki i twórcze wątpliwości są pozbawione romantyzmu, surowe i boleśnie prawdziwe. Współczujemy mu także wtedy, gdy nie potrafi wyrwać się z pętli obowiązków, konwenansów i oczekiwań. Paradoksalnie to żałoba wydobywa z niego artystę. Z rękawicznika podporządkowanego ojcu-tyranowi staje się twórcą i człowiekiem sukcesu. Mescal potrafi jednym spojrzeniem oddać ból, miłość i niespełnione pragnienia. Gdy po śmierci syna wypowiada słowa swojego najsłynniejszego z monologów – „Być albo nie być” – świat na chwilę się zatrzymuje.

Na tym polega ogromna siła filmu. Nawet ci, którzy nie są miłośnikami Szekspira i męczyli się w szkole z jego dramatami, odkryją, ile emocji i prawdy kryją jego słowa.
Jest w filmie scena, która szczególnie to uświadamia. Próba w Teatrze Globe. Will reżyseruje i wsłuchuje się w interpretację aktora grającego Hamleta. Kamera „uwieszona” jest na twarzy Mescala, niepokojąco bliska, rejestrująca każdy grymas. Aktorzy pozostają gdzieś w tle, w nieostrości, niemal bez znaczenia. Will przerywa, każe zaczynać od nowa – raz, drugi, trzeci. W końcu wybucha i sam zaczyna mówić tekst. Wtedy wszystko się zmienia. Poetyckie frazy nabierają ciężaru i sensu. Uświadamiamy sobie, że „Hamlet” nie jest dramatem o zdradzie czy egoizmie, lecz przede wszystkim opowieścią o żałobie.

Rodzina, trudne relacje z rodzicami, miłość i pęknięte serca – wszystko nagle układa się w całość. Reżyserka prowadzi nas przez ten świat, zmuszając do przeżywania traumy razem z bohaterami, nie tylko Willem i Agnes, lecz także ich pozostałymi dziećmi oraz matką Willa. Obsada dziecięca mierzy się z wyjątkowo trudnym tematem i konwencją kostiumową, a mimo to wypada naturalnie i poruszająco. Nie ma tu niczego „koturnowego”.
Warto też wspomnieć o wątku rodziców Willa. Początkowe maski surowości i nieustępliwości stopniowo kruszeją. Śmierć dzieci była w przeszłości doświadczeniem powszechnym. Wiele rodzin nosiło tę ranę. Matka Willa również straciła potomstwo. Patrząc na Emily Watson, niemal fizycznie odczuwamy ciężar tej nieprzepracowanej traumy.

W finale, razem z widzami „Hamleta” w Teatrze Globe, aktorami i bohaterami filmu – osiągamy katharsis. Zostajemy uwolnieni i uleczeni. Spoglądamy na rzeczywistość inaczej.
„Reszta jest milczeniem”.
Prawdziwa sztuka potrafi leczyć.
Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł polski: Hamnet
Tytuł oryginalny: Hamnet
Produkcja: Wielka Brytania / 2025 r.
Premiera (świat): 29 sierpnia 2025 r.
Premiera (Polska): 23 stycznia 2026 r.
Reżyseria: Chloé Zhao
Scenariusz: Chloé Zhao, Maggie O’Farrell
Zdjęcia: Łukasz Żal
Muzyka: Max Richter
Obsada:
Jessie Buckley (Agnes)
Paul Mescal (William Shakespeare)
Emily Watson (Mary)
Joe Alwyn (Bartholomew)
David Wilmot (John)
Czas: 125 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.
Na podstawie: Maggie O’Farrell, „Hamnet” (powieść)
