Spóźniony „hype” na perwersję (Wichrowe wzgórza)

Doprowadź mnie do szaleństwa”. Pod takim właśnie hasłem trwa promocja najnowszej ekranizacji „Wichrowych wzgórz” w Anglii i USA. Czy film faktycznie ma tę moc? Oj, ma! Tylko nie wiem czy o taki rodzaj szaleństwa chodziło jego twórcom.

To nie są „Wichrowe wzgórza”. To piąte parzenie herbaty z tej samej torebki… Twórcy zastosowali wygodny wytrych do zmian, przeinaczeń i daleko idących ingerencji. W napisach początkowych pojawia się fraza: „Na motywach powieści…”. W praktyce oznacza to jedno: przestali przejmować się literackim pierwowzorem i poszli własną drogą. A przecież adaptacja to nie tylko własna kreacja, lecz także interpretacja istniejącego materiału.

W ostatnich latach widzieliśmy udane przykłady takiego twórczego dialogu z klasyką. „James” Percivala Everetta to opowieść drugoplanowej postaci z powieści Marka Twaina „Przygody Hucka Finna”. „Demon Copperhead” Barbary Kingsolver to uwspółcześniona wersja „Davida Copperfielda” Charlesa Dickensa. Obie książki były nagradzane i nominowane do prestiżowych wyróżnień. Problem z filmowymi „Wichrowymi wzgórzami” polega jednak na tym, że nie mamy w nich do czynienia z inteligentną inspiracją, ani nowym, współczesnym odczytaniem.  To raczej fanowska fanfiction – i to niestety niskich lotów.

Podobno pracownicy Brontë Parsonage Museum określili film, jako „emocjonalnie silny” i „ekscytujący”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że przemówił tu marketing i chęć podtrzymania zainteresowania dorobkiem pisarki, bo trudno uwierzyć, by specjaliści od jej twórczości byliby aż tak bezkrytyczni.

Powieść Emily Brontë nigdy nie była romansem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. To mroczna, wiktoriańska historia, w której miłość jest toksyczna, trauma pokoleniowa, a egoizm i zemsta mają większą siłę, niż miłosne uniesienia. Niestety, twórcy filmu wykorzystali jedynie fragment książki (a w zasadzie jej retrospekcyjną część), pomijając sens całości i znaczenie drugiego pokolenia bohaterów.

Gdyby w zamian zaproponowano nowe, przekonujące odczytanie, nie miałbym z tym problemu. W końcu nawet wybitny „Król lew” czerpał z „Hamleta” i „Makbeta” Williama Szekspira. Tutaj jednak ingerencja przekroczyła granice interpretacji. Zmieniono wątki i sens, próbując stworzyć ponadczasowy, erotycznie podkręcony romans Cathy i Heathcliffa.

Efekt? Mizerny.

Romans ma tyle dziur i miałkich momentów narracyjnych, co pusta sakiewka Pana Earnshaw’a, a napięcie erotyczne przypomina spóźniony „hype” na perwersję w stylu „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Na szczęście (i wbrew zwiastunom), erotyka nie zdominowała całkowicie obrazu, choć wyraźnie wysunięto ją na pierwszy plan.

Spróbujmy jednak zapomnieć o książce i podejść do filmu jak widz, który „Wichrowe wzgórza” zna co najwyżej z piosenki Kate Bush. Czy jako autonomiczna opowieść film się broni? Niestety, również nie.

Zacznijmy od plusów. Film to wizualna uczta. Plastyka obrazu, kostiumy i scenografia robią wrażenie. Ujęcia wrzosowisk są naprawdę oszałamiające. Każdy kadr funkcjonuje niemal jak obraz. „Romantyzm” ma wszystko, by wybrzmieć: tajemniczą altanę w deszczu, niepokojące ostańce, mgłę otulającą wzgórza.

To jednak za mało. Najważniejsza jest opowieść, a ta okazuje się monotonna emocjonalnie. Przez większą część filmu Cathy (Margot Robbie) płacze i szlocha, po czym równie szybko wpada w złość, pokazując swoje najbardziej nieprzyjemne oblicze. Owszem, to zgodne z duchem książki, w której bohaterka była rozchwiana i egoistyczna, ale ewidentnie mamy tu do czynienia z brakiem konsekwencji i wiarygodności.

Heathcliff (Jacob Elordi) również nie broni się, jako postać. Miota się on między wrażliwcem, ofiarą, a mężczyzną ogarniętym szałem zemsty. W książce ta ambiwalencja miała sens, tu sprawia wrażenie przypadkowego przełączania trybów. Pominięto także ważny wątek jego „inności” – w powieści miał ciemniejszą karnację i określano go mianem „cygana”, co miało ogromne znaczenie społeczne i psychologiczne. Tutaj, po przemianie, wygląda jak bohater z okładki romansu, a nie postać naznaczona wykluczeniem. To problem wielu ekranizacji, choć niektóre, jak ta z Ralphem Fiennesem, potrafiły go zniuansować siłą aktorstwa.

Najbardziej problematyczny jest jednak erotyzm. Seksualność w historii miłosnej jest naturalna, ale tutaj została wydobyta na pierwszy plan w sposób nachalny. Już początek filmu – scena publicznej egzekucji z sugestywnym, szokującym akcentem seksualnym – ustawia ton opowieści. Mamy podglądanie perwersyjnego seksu służących z wykorzystaniem końskiej uzdy jako symbolu dominacji. Mamy scenę masturbacji Cathy na wrzosowisku. Dominacja zostaje sprowadzona do dosłowności rodem z „365 dni”, zamiast otrzymać psychologiczny wymiar obecny w powieści.

Te rozwiązania można by jeszcze próbować usprawiedliwiać, gdyby towarzyszyło im pogłębienie psychologiczne bohaterów i bardziej złożone relacje między nimi. Gdyby erotyzm pełnił funkcję narzędzia opisu władzy, obsesji czy destrukcyjnej miłości, zamiast stanowić jedynie wizualny skrót.

Tymczasem aktorzy, choć wyraźnie się starają, nie dostają od scenariusza przestrzeni na budowanie wielowymiarowych postaci. Emocje zostają spłaszczone, a konflikty sprowadzone do dosłowności. W efekcie cielesność nie pogłębia dramatu, lecz go zastępuje.

Jedyną konsekwentnie poprowadzoną kreacją wydaje się Pan Earnshaw (Martin Clunes). Jako ojciec i złamany człowiek, wnosi do filmu prawdziwie tragiczny rys, którego próżno szukać w pozostałych relacjach (a które w oryginale niosły największy ciężar emocjonalny).

Podsumowując: nie jest to film ani dla miłośników twórczości Emily Brontë, ani dla fanów romansów. Reklamowany jako walentynkowy hit, wyjątkowo słabo nadaje się na randkę w kinie. Choć oczywiście… mogę się mylić. W Stanach Zjednoczonych podobno produkcja już zwróciła się finansowo, a przecież ostatecznie to widownia decyduje o sukcesie, nie krytycy.

Warto jednak zauważyć, że w wielu zarzutach recenzenci są zgodni, a określenie „miałki” wydaje się wobec tego filmu wyjątkowo łagodne.

Ocena: ★★★★☆☆☆☆☆☆ Jakub Kossakowski

Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł polski: Wichrowe wzgórza
Tytuł oryginalny: Wuthering Heights
Produkcja: USA, Wielka Brytania / 2026 r.
Premiera (świat): 28 stycznia 2026 r.
Premiera (Polska): 13 lutego 2026 r.
Reżyseria: Emerald Fennell
Scenariusz: Emerald Fennell
Zdjęcia: Linus Sandgren
Muzyka: Anthony Willis
Obsada:
Margot Robbie (Catherine Earnshaw)
Jacob Elordi (Heathcliff)
Shazad Latif (Edgar Linton)
Alison Oliver (Isabella Linton)
Owen Cooper (Młody Heathcliff)
Czas: 136 min.
Dystrybucja kinowa: Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Na podstawie: Emily Brontë, „Wichrowe wzgórza” (powieść)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *