W ukryciu (Dom dobry)            

Wojciech Smarzowski przyzwyczaił widzów do kina wywołującego skrajne emocje. Można je lubić lub odrzucać, doceniać albo wręcz nienawidzić, ale trudno pozostać wobec niego obojętnym. Muszę przyznać, że nie jestem w grupie fanów jego twórczości. Potrafię jednak docenić warsztat, umiejętności i to „coś”, co sprawia, że tak „dotyka” on ludzkich emocji. Przy niektórych z jego filmów miałem okazję obserwować widzów decydujących się na wyjście z kina. Nie dlatego, że historie im się nie „podobały”, tylko dlatego, że nie byli w stanie poradzić sobie ze swoimi uczuciami. Sam też miałem kiedyś taki moment, w którym zastanawiałem się czy nie wyjść z seansu „Róży” – produkcji, którą uważam za jeden z jego najlepszych filmów.

Jak na tym tle wypada „Dom dobry”? Pod kątem emocji to niemal szantaż i gwałt na psychice widza. Pod względem realizacji – jest na tym samym poziomie co „Róża”. Po kilku słabszych filmach (w mojej ocenie „Drogówka”, „Kler” czy „Wołyń” nie są jego największymi dokonaniami), Smarzowski wraca do dobrej formy. I chyba dawno na naszym polskim podwórku nie było historii, która by tak podzieliła widzów. „Dom dobry” jest filmem „albo-albo”. Albo całkowicie przyjmiemy jego formę, styl i znaczenie, albo całkowicie odrzucimy. To zresztą cecha charakterystyczna całej twórczości Smarzowskiego. I być może dlatego reżyser nie wyjechał z festiwalu w Gdyni z żadną nagrodą. A szkoda – na wyróżnienie zdecydowanie zasługiwał.

„Dom dobry” to ekstremalna psychodrama przemocy – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Ta druga bywa nawet bardziej przerażająca, niż najbardziej brutalne sceny fizycznych aktów agresji. Co istotne, cała historia rozgrywa się „w ukryciu”, za zamkniętymi drzwiami mieszkania pary, która na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz idealna. Smarzowski, znany z portretowania środowisk patologicznych i ludzi całkowicie zdegenerowanych, tym razem czyni bohaterami parę „normalną”. Nie ma tu melin (poza drobnymi wyjątkami), skrajnej biedy ani niekończących się libacji. Jak na tego reżysera to niemal tematyczny detoks. Obserwujemy za to co najmniej majętną klasę średnią: nowoczesne apartamenty, dom poza miastem, lokalną politykę i biznes. I właśnie na zasadzie kontrastu przemoc uderza tu z podwójną siłą.

Początek nie zapowiada tragedii. Poznajemy Gośkę i Grześka – dwoje samotnych ludzi. Ona (Agata Turkot) to nauczycielka języka angielskiego, mieszkająca z matką alkoholiczką (Agata Kulesza). On (Tomasz Schuchardt) jest lokalnym politykiem, starszym, doświadczonym przez wcześniejsze związki. Nawiązują znajomość online – inteligentna gra w odgadywanie autorów cytatów przeradza się stopniowo w coś głębszego. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia. To relacja budowana powoli, ostrożnie, przez dwoje ludzi naznaczonych przeszłymi doświadczeniami. Konflikt z matką przyspiesza jednak decyzję o wspólnym zamieszkaniu. Oboje próbują ułożyć sobie życie na nowo.

To nie jest filmowa miłość rodem z komedii romantycznej, ale mimo tego bohaterów łatwo polubić. Nie są idealni, mają swoje wady, ale wydają się do siebie pasować. Tym bardziej trudno oglądać dalszy rozwój wydarzeń. Przemiana ich relacji nie następuje gwałtownie. Nie ma jednego punktu zwrotnego, to raczej powolne podgrzewanie. Zanim się zorientujemy, w garnku już wrze.

Scenariusz został pod tym względem napisany znakomicie. Przypomina konstrukcję horroru, w którym drobne, pozornie niewinne szczegóły z czasem nabierają złowrogiego znaczenia. Kluczową decyzją było subiektywne prowadzenie narracji – historia opowiadana jest z perspektywy Gośki. Uzasadnia to skoki czasowe, powroty do przeszłości, a także wizje przyszłych lub alternatywnych wydarzeń. Ten zabieg nie tylko wymaga od widza skupienia, ale też doskonale oddaje psychikę osoby doświadczającej przemocy: wypieranie, wybielanie wspomnień, powrót do „szczęśliwych” chwil, które z czasem odsłaniają swoją fałszywość.

Szczególnie wymowna jest scena w ośrodku dla maltretowanych kobiet, gdy Gośka słyszy rozmowy innych ofiar. Ich fantazjowanie o zemście, o odzyskiwaniu kontroli, prowadzą do finału – wyjątkowo trudnego w odbiorze. Nie wiemy już czy to, co widzimy, jest rzeczywistością, wyobrażeniem, czy też projekcją pragnień. Czy bohaterka odzyskuje sprawczość, czy też pogrąża się jeszcze głębiej w spirali przemocy? To pytanie pozostaje otwarte.

Aktorzy stanęli przed niezwykle trudnym zadaniem. Film rozgrywa się głównie w zamkniętych przestrzeniach, a cała uwaga widza skupia się na grze aktorskiej. Agata Turkot jako Gośka jest absolutnie fenomenalna. To aktorstwo ciszy, pauz i drobnych gestów, a nie emocjonalnych fajerwerków. Tomasz Schuchardt jako oprawca również tworzy przejmującą rolę, momentami wręcz przerażającą. Pojawiające się w sieci ataki na aktora świadczą jedynie o sile jego kreacji, choć oczywiście nie są czymś, co można usprawiedliwiać.

Drugoplanowe role Agaty Kuleszy (matki) i Marii Sobocińskiej (siostry) również zapadają w pamięć. Reszta obsady pełni raczej funkcję tła. Arkadiusz Jakubik w roli księdza pozostaje niemal statystą, co trudno uznać za pełne wykorzystanie potencjału tego aktora.

Mocne kreacje nie niwelują jednak problemu charakterystycznego dla kina Smarzowskiego – nadmiernego archetypizowania postaci. W „Domu dobrym” jest to mniej dotkliwe, niż w jego filmach wielowątkowych, ale nadal wyczuwalne. Schuchardt swoją grą skutecznie ratuje postać przed staniem się jedynie uosobieniem zła. Pomaga też kameralna obsada, wymuszająca większe skupienie na niuansach.

Na plus należy zapisać również „przewietrzenie” ekipy realizacyjnej. Reżyser zwykle pracuje z tymi samymi ludźmi – czy to z aktorami, czy współpracownikami. Mam wrażenie, że zmiana wyszła filmowi na dobre. Świetne zdjęcia to zasługa Pawła Trybory, który zastąpił „stałego” operatora reżysera, Piotra Sobocińskiego Jr. Jako autor zdjęć musiał on sprostać wielu wyzwaniom, ponieważ mieszkania (zwłaszcza oszczędne scenograficznie) nie należą do najłatwiejszych do fotografowania. Na uwagę zasługuje też doskonały montaż Krzysztofa Komandera, znakomicie podkreślający stany emocjonalne bohaterki. Trybora i Komander spotkali się ze Smarzowskim już przy jego poprzednim filmie, ale to „Dom dobry” pokazuje, jak owocna może być ich współpraca.

Zgrzytem pozostaje jednak autotematyzm reżysera. Odwołania do wcześniejszych filmów, zarówno w tytule, jak i dosłowne cytaty z „Domu złego”, wydają się zbędne i nie wnoszą realnego dialogu między dziełami. Jeśli miały być zabiegiem marketingowym, trudno uznać je za potrzebne.

„Dom dobry” to film ważny – nie tylko ze względu na poruszaną tematykę, ale także przyjętą formę. Jest trudny, bolesny, szczególnie dla kobiet, ale warto go obejrzeć nawet wtedy, gdy nie jest się fanem kina Smarzowskiego. Zostawia bowiem ślad, wymaga emocjonalnego „przechorowania” i w mojej ocenie należy do najlepszych polskich filmów tego roku. A finał? Widz sam musi zdecydować, w które zakończenie chce uwierzyć – i które z nich jest tym prawdziwym.

Ocena: ★★★★★★★★☆☆ Jakub Kossakowski

Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł polski: Dom dobry
Produkcja: Polska, 2025 r.
Premiera (świat): 22 września 2025 r.
Premiera (Polska): 7 listopada 2025 r.
Reżyseria: Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Wojciech Smarzowski
Zdjęcia: Paweł Tybora
Muzyka: Mikołaj Trzaska
Obsada:
Agata Turkot (Gośka Nowak)
Tomasz Schuchardt (Grzesiek Nowak)
Agata Kulesza (Jolka)
Maria Sobocińska (Magda)
Arkadiusz Jakubik (Ksiądz Bogdan)
Czas: 107 min.
Dystrybucja kinowa: Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *