Pięćdziesiąt lat temu do kin trafił „Taksówkarz” Martina Scorsese – film, który… nie chce się zestarzeć.
Wiele znacznie „młodszych” produkcji dawno trafiło już do lamusa, a dzieło amerykańskiego reżysera wciąż robi ogromne wrażenie na widzach. I nie chodzi o to, że stało się źródłem kultowych cytatów, ani że pełne jest ikonicznych scen, które popkultura wykorzystywała później aż do znudzenia („Czy ty mówisz do mnie?”). Nie mam też na myśli wyjątkowo mrocznego klimatu, nocnych obrazów brudnego Nowego Jorku czy poczucia zepsucia, wylewającego się niemal z każdego kadru. Ulice Nowego Jorku są dziś czystsze. Brud jednak, ten prawdziwy, pozostał w naszych głowach. I to właśnie on sprawia, że postać Travisa Bicklea (Robert De Niro) wcale się nie starzeje.
„Taksówkarz” nie jest filmem łatwym. Bohatera nie da się polubić – i właśnie w tym tkwi jego siła. To, że odrzuca nas jego świat, jego gniew i samotność, mówi o nas więcej, niż o nim samym. Nie lubimy przecież konfrontacji z własnymi frustracjami i z codziennymi rozczarowaniami, które staramy się ignorować. Travis robi to, o czym wielu z nas myśli, ale nigdy nie odważyłoby się zrobić. Właśnie dlatego jego postać jest przerażająco prawdziwa.
Scorsese buduje świat Travisa poprzez czysty język kina. Nocne ulice Nowego Jorku, refleksy świateł w kałużach, kadry oglądane przez szybę taksówki. Widz staje się obserwatorem nie tylko miasta, lecz także psychiki samego bohatera. Inscenizacja wciąga nas w jego dojmującą samotność i zmusza do współodczuwania frustracji i bólu. Travis jest nikomu niepotrzebny, zawieszony pomiędzy dwoma światami: jako część Nowego Jorku, a jednocześnie jego obcy element.

Kontekst traumy weteranów wojny w Wietnamie, powracających do domu i próbujących odnaleźć się w społeczeństwie, z dzisiejszej perspektywy nieco się zatarł. Paradoksalnie jednak tylko podkreśla to siłę filmu. Patrzymy na Travisa współczesnymi oczami i wciąż wydaje się on równie niepokojący, jak pięćdziesiąt lat temu.
Montaż buduje rytm monotonny, powtarzalny, niemal hipnotyczny, jak zamknięcie w niekończącej się pętli. Pozwala poczuć puls dnia i nocy, toksyczność miasta i jego mieszkańców, ale przede wszystkim wyobcowanie i samotność, od których nie ma ucieczki.
Film operuje raczej stanem, niż klasyczną narracją. Nie ma tu wyraźnego katharsis, ani jednoznacznej przemiany bohatera. Travis pozostaje w stanie permanentnego napięcia, a emocje, które nim targają, przenoszą się bezpośrednio na widza. To doświadczenie psychiczne okazuje się zaskakująco uniwersalne.
Podobną strategię odnajdujemy później w „Jokerze” Todda Phillipsa i w „Upadku” Joela Schumachera. Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) doświadcza samotności w tłumie i izolacji w świecie obojętnym wobec jednostki. William Foster (Michael Douglas) w „Upadku” portretuje z kolei człowieka znużonego codziennością, bezsilnego wobec systemu i własnych ograniczeń. Wszyscy oni, podobnie jak Travis, zamknięci są w pętli obsesji i gniewu.


Co sprawia, że „Taksówkarz” pozostaje filmem wyjątkowym? Dzieło Scorsese, choć mocno osadzone w konkretnej epoce, przekracza granice dekady. To nie tylko obraz Nowego Jorku lat siedemdziesiątych, choć samo miasto staje się tu niemal osobnym bohaterem. To przede wszystkim portret jednostki wyobcowanej w anonimowym społeczeństwie.
Dzisiejszy widz może już nie dostrzegać brudu ulic, ani nie odczuwać realnego zagrożenia przestępczością, jednak poczucie alienacji, braku więzi i samotności pozostają niezmienne. Brud przeniósł się do naszych głów. Frustracje zakorzeniły się w codziennych doświadczeniach, a miasta, choć czystsze, wciąż potrafią izolować.
Travis Bickle nie potrzebuje naszej sympatii, a jego „bohaterstwo” nie polega na moralnej poprawności. Widzimy go w najczystszej postaci samotności, gniewu i nieumiejętności komunikowania się z innymi. To opowieść o człowieku całkowicie odciętym od świata, a jednocześnie wciąż żywym, pełnym impulsów, które odbijają się echem w każdym z nas.

Jest zresztą jedna scena, która szczególnie zapadła mi w pamięć – i wcale nie jest to kultowa z lustrem. W pewnym momencie wydaje się, że w życiu Travisa może wydarzyć się coś dobrego. Poznaje piękną Betsy (Cybill Shepherd), idealistkę i społeczniczkę. Niestety, Travis zabiera ją na randkę do kina, które w repertuarze ma wyłącznie filmy pornograficzne. Jest on człowiekiem tak zranionym, tak uwięzionym w swojej samotności, że nie potrafi nawet ocenić, że to niestosowne. Nie zna innego świata. I być może właśnie w tej chwili zaczyna rozumieć, że dla niego samego nie ma już ratunku.

„Taksówkarz” nie jest historycznym artefaktem. To lustro, w którym przegląda się widownia. Epidemia samotności – dziś opisywana w kontekście izolacji cyfrowej, alienacji w miastach czy presji społecznej – pozostaje problemem równie aktualnym, jak dawniej. Kino zawsze miało tego świadomość, dlatego każde pokolenie twórców filmowych tworzy własny obraz „samotnego bohatera”. Niezależnie od tego, czy śledzimy losy Travisa, Williama Fostera („Upadek”) czy Arthura Flecka („Joker”), są oni figurami zbudowanymi z naszych głęboko ukrytych frustracji.

Może w tym kryje się katharsis? Oglądamy tych bohaterów, żebyśmy sami nigdy nie doszli do granic, które oni przekroczyli. To właśnie sprawia, że po pięćdziesięciu latach „Taksówkarz” wciąż działa, budzi dyskomfort i pozostaje jednym z najważniejszych portretów ludzkiej samotności w historii kina.
