Nędznie czy wybitnie?

O filmie „Les Misérables” było głośno jeszcze przed samą premierą. W końcu to ekranizacja jednego z najsłynniejszych musicali świata, opartego na monumentalnej powieści „Nędznicy” autorstwa Wiktora Hugo. Reżyserii podjął się Tom Hooper (laureat Oscara za „Jak zostać królem”), a w samym filmie wystąpić miała gwiazdorska obsada. To musiało stać się wydarzeniem. I rzeczywiście nim było. Osiem nominacji do Oscara, trzy statuetki: dla Anne Hathaway za rolę drugoplanową, za dźwięk oraz za charakteryzację. Sukces, jaki ten obraz osiągnął, nie podlega dyskusji. Ciekawszy jest jednak inny temat i pytanie: Czy obraz obronił się pod względem artystycznym?

Hooper zmierzył się z historią wielokrotnie już ekranizowaną: począwszy chociażby od wersji „Les Misérables” w reżyserii Bille Augusta z Liamem Neesonem, po francuski miniserial „Les Misérables” z Gérardem Depardieu. Nowością miała być jednak sama forma – wierne przeniesienie na ekran scenicznego musicalu Claude’a-Michela Schönberga. Spektakl bił rekordy popularności (oryginalna broadwayowska produkcja wystawiana w latach 1987–2003 doczekała się aż 6680 przedstawień), a jego partytura jest rozpoznawalna na całym świecie. Utwór „I Dreamed a Dream” przeżył nawet osobny medialny renesans, za sprawą wykonania Susan Boyle w programie „Britain’s Got Talent”. O fabularnym zaskoczeniu nie mogło więc być mowy.

Największa siła filmu objawia się w obsadzie. Hugh Jackman buduje Valjeana jako postać fizycznie wyczerpaną i moralnie napiętą. W jego interpretacji czuć ciężar lat, winy i nieustannej ucieczki. Kontrowersyjny wybór Russella Crowe do roli Javerta do dziś budzi wątpliwości. Wokalnie faktycznie bywa on nierówny, jednak aktorsko tworzy konsekwentną postać – chłodną, zamkniętą w swojej obsesji. Scena jego samobójstwa ma w sobie więcej tragizmu, niż wokalnej wirtuozerii. Może właśnie dlatego do dziś wywiera ogromne wrażenie.

Najmocniejszą postacią pozostaje jednak Fantine. Anne Hathaway „kradnie” cały film dla siebie. Pojawia się na ekranie tylko na moment, ale to scena z wykonaniem utworu „I Dreamed a Dream” zapewniła jej Oscara. Hathaway dosłownie obdziera swoją postać z emocji. Śpiew na żywo, w jednym długim ujęciu, bez estetyzującego dystansu, zamienia tę scenę w emocjonalny ekshibicjonizm najwyższej próby. Trudno wskazać w tamtym sezonie występ będący bardziej bezkompromisowym.

Dobrym posunięciem obsadowym było „niewyważanie otwartych drzwi”. Co mam na myśli? Reżyser zdecydował się zaprosić kilku aktorów ze scenicznej wersji „Les Miserables”. Ich wokale wyróżniają się na tle reszty obsady, dodatkowo podnosząc wartość artystyczną. Poza fenomenalną Samanthą Barks (Éponine), warto zatrzymać się przy epizodzie biskupa Digne. W tej roli pojawia się Colm Wilkinson, pierwszy i najbardziej legendarny sceniczny Jean Valjean z londyńskiej premiery musicalu w 1985 roku. To nie jest zwykły castingowy ukłon w stronę fanów. Scena przekazania srebrnych świeczników nabiera dodatkowego, metateatralnego znaczenia. Oto dawny Valjean symbolicznie „oddaje” historię nowemu pokoleniu. Wilkinson, który przez dekady był twarzą tej opowieści, wciela się w postać, od której wszystko się zaczyna – w moralny impuls przemiany. To subtelne, ale bardzo świadome przekazanie pałeczki między generacjami wykonawców.

Cennym elementem filmu są również role dziecięce. Daniel Huttlestone jako Gavroche wnosi naturalność i energię, które rzadko udają się w produkcjach tej skali. Jest bezpretensjonalny, zadziorny, wiarygodny. Jego obecność nie jest wyłącznie ilustracją rewolucyjnego romantyzmu. To żywa, pulsująca cząstka świata przedstawionego. Równie przekonująca jest Isabelle Allen jako młoda Cosette (delikatna, krucha, ale nie papierowa). Dziecięce role nie są tu dodatkiem, ani ozdobą; stanowią emocjonalne zwierciadło dla dorosłych bohaterów i przypomnienie, o co w tej historii tak naprawdę toczy się gra.

To, co wyróżnia film na tle innych musicalowych produkcji, to decyzja o realizacji dźwięku. Nowatorskim rozwiązaniem było nagrywanie wokali na żywo, na samym planie. Ten sposób wpłynął na cały rytm filmu, ponieważ dał aktorom swobodę interpretacyjną, pozwolił na pauzy, drżenie głosu, mikroemocje. Zwyczajowo aktorzy nagrywają swoje partie w studio, a na planie posługują się playbackiem. Decyzja, by maksymalnie wykorzystywać nagrania „na żywo”, to ewenement i olbrzymie wyzwanie realizacyjne. Oscar za dźwięk jest w tym kontekście w pełni zasłużony.

Filmy oglądamy jednak nie tylko dla aktorów czy efektów. Pragniemy samej historii. I tu pojawia się właśnie problem na poziomie samej konstrukcji opowieści. Konflikt między Valjeanem, a Javertem  (oś moralna tej historii) nie zawsze ma odpowiednią dramaturgiczną siłę. Każdy z aktorów buduje wyrazistą, autonomiczną kreację, lecz ich wspólne sceny nie generują napięcia na miarę literackiego pierwowzoru. To konsekwencja wierności librettu musicalu, które operuje skrótem i emocjonalnym monologiem. W teatrze taka umowność się sprawdza, w filmie – bywa odczuwalna, jako luka.

Niektóre sceny, jak groteskowe występy Thénardierów (w wykonaniu Heleny Bonham Carter i Sachy Barona Cohena), są inscenizacyjnie imponujące, ale stylistycznie odstają od tragicznej tonacji historii Fantine. Dysonans między kabaretową konwencją, a dramatem społecznym, bywa trudny do zaakceptowania.

Film cierpi również na monotonię wynikającą z ciągłości śpiewu. Brakuje chwil ciszy, zwykłych dialogów, oddechu. Dla jednych to konsekwencja gatunkowa, dla innych – bariera emocjonalna.

„Nędznicy” Hoopera pozostają więc filmem ambitnym, choć nierównym. Zachwycają fragmentami: rolą Hathaway, symbolicznym gestem z Wilkinsonem, siłą dziecięcych kreacji, techniczną precyzją realizacji oraz imponującą scenografią. Jako całość nie osiągają jednak pełnej dramaturgicznej harmonii. Oscary potwierdziły ich znaczenie w sezonie nagród, ale nie zamknęły dyskusji o artystycznej spójności.

Czy warto dziś wracać do tego filmu? Tak, ponieważ z perspektywy czasu wyraźniej widać, jak ryzykownym przedsięwzięciem był ten projekt. Filmowy musical, po sukcesach „Chicago” i „Moulin Rouge!”, częściej notował spektakularne potknięcia, niż trwałe triumfy. Gwiazdorskie „Nine” rozczarowało artystycznie, „Rock of Ages” nie spełniło finansowych oczekiwań, a „Koty” stały się symbolem produkcyjnej katastrofy.

Owszem, pojawiały się również późniejsze sukcesy. Autotematyczne, nostalgiczne „La La Land” udowodniło, że musical może być współczesny i jednocześnie świadomy swojej tradycji. Z kolei widowiskowe „Wicked” pokazało, że publiczność wciąż jest gotowa na wielką, emocjonalną formę. Ale nawet te przykłady potwierdzają tylko, że gatunek funkcjonuje dziś falami – między euforią, a kompromitacją, między prestiżem, a kiczem.

Na tym tle „Nędznicy” jawią się, jako projekt graniczny. Z jednej strony – prestiżowa adaptacja klasyki literatury, nagrodzona Oscarami. Z drugiej – formalnie bezkompromisowa opowieść, oparta niemal w całości na śpiewie, pozbawiona ironicznego dystansu czy popowej lekkości. To nie jest musical „dla wszystkich”. To jest musical potraktowany całkowicie serio.

Może więc warto dziś do niego wrócić. Nie dlatego, że zapoczątkował falę sukcesów, ponieważ tak się nie stało, ale dlatego, że pokazał, jak trudne jest przeniesienie na ekran scenicznej intensywności, bez utraty dramaturgicznej spójności. „Nędznicy” nie są filmem doskonałym. Są jednak świadectwem momentu, w którym Hollywood jeszcze wierzyło, że wielki, patetyczny musical może obyć się bez cudzysłowu.

A w historii tego kapryśnego gatunku to już naprawdę sporo.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *