Czy można uwierzyć na słowo? (Wierzymy ci)
Czy „Wierzymy ci” wprowadza coś nowego do świata kinematografii? Niespecjalnie. Niemniej jednak jest to bardzo sprawnie zrealizowany obraz, który porusza wciąż aktualne tematy molestowania w rodzinie.
Czy „Wierzymy ci” wprowadza coś nowego do świata kinematografii? Niespecjalnie. Niemniej jednak jest to bardzo sprawnie zrealizowany obraz, który porusza wciąż aktualne tematy molestowania w rodzinie.
Ładny obrazek pustych i zakłamanych związków. Uosobienie nic nieznaczących słów. Wszystko by się pokazać, by utrzymać sztuczną kreację. Żywe trupy, zachowujące pozory życia. Jak niewiele trzeba by się ten twór rozsypał.
Ann-Helén Laestadius, której rodzice należeli do społeczności Saamów, świetnie zna ich wszystkie bolączki i potrafi o nich pisać. To, że sama doświadczyła ksenofobii ze strony Szwedów, czyni jej pierwszą powieść dla dorosłych, niezwykle sugestywną i wiarygodną.
Reżyser sięga tu po formę bliższą widowisku, nie rezygnując jednak z tego, co zawsze było w jego kinie najważniejsze: niejednoznacznych bohaterów, napięć między ideą a rzeczywistością i historii, w których dociekliwy widz znajdzie drugie dno.
Film inspirowany jest prawdziwą historią sprzed kilkunastu lat, kiedy to dopalacze – wówczas legalne – seryjnie zabijały młodych ludzi. O sprawie trąbiły media, interweniował sam premier. Był to początek delegalizacji dopalaczy w Polsce.
Jeśli ktoś spodziewa się erotycznego, dusznego dramatu w stylu Bertolucciego, wyjdzie z kina zdziwiony. Jeśli jednak szuka gęstego, chłodnego thrillera psychologicznego (z fantastycznymi francuskimi wnętrzami!), będzie zachwycony.
To film przede wszystkim dla widzów, którzy lubią nieprzewidywalne historie i otwarte interpretacje. Może też zainteresować tych, którzy chcą zetknąć się z inną kulturą i spojrzeniem na rzeczywistość.
Najnowszy film Maggie Gyllenhaal ma w sobie wszystko – potwory, gangsterzy, detektywi i emancypantki funkcjonują w ramach jednej intrygi, dodatkowo okraszonej romansem i popisami tanecznymi. Jedynym, czego brakuje tej ambitnej historii jest spójność.
Ghostface wraca… i znów ma ochotę dać Sidney Prescott niezły wycisk. Twórcy „Krzyku 7” serwują nam krwawe widowisko i powrót do znajomych twarzy, ale czasami zdają się zapominać, że biała maska nie wystarczy, aby przywrócić dawną iskrę.
Dość oryginalne wydaje mi się odejście od typowego biopiku pełnego sensacji, na rzecz intymnej opowieści o bólu i szarej rzeczywistości.