Ping-pong (Wielki Marty)

Próbowałem wyobrazić sobie scenę pitchingu tego projektu przed producentami: „Chcielibyśmy zrobić film o młodym, biednym, nadambitnym chłopaku, który zrobi dosłownie wszystko, by zostać mistrzem świata w… ping-pongu”.

Brzmi jak kiepska komedia z Adamem Sandlerem, prawda? Do tego tenis stołowy – sport pozornie „niefilmowalny”, a już na pewno niewzbudzający takich emocji, jak inne dyscypliny, chociażby tenis ziemny. Nawet Amerykanie, którzy z filmów sportowych uczynili osobny gatunek, mogliby tu polec. Próbując przypomnieć sobie jakikolwiek film, w którym ping-pong odgrywał istotną rolę, do głowy przychodził mi właściwie tylko… „Forrest Gump”.

Nie wiem, co takiego zrobili twórcy, że przekonali producentów do zainwestowania w ten projekt, ani w jaki sposób namówili jednego z najbardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia, Timothée Chalameta, by przyjął główną rolę. Efekt jest jednak zaskakujący. „Wielki Marty” to jeden z najlepszych filmów roku, a tytułowa rola jest najciekawszą kreacją aktorską w dotychczasowej karierze Chalameta. Tytuł okazuje się wręcz proroczy.

Sam film jest tak przepełniony wątkami pobocznymi, że momentami można się pogubić. Natężenie zdarzeń przywodzi na myśl „Po godzinach” Martina „Martiego” Scorsesego. Gdyby jednak spróbować stworzyć syntezę (tzw. logline), należałoby napisać tak:

Marty „Mysz” Mauser to młody, biedny mężczyzna żydowskiego pochodzenia, żyjący w Ameryce lat 50. Marzy o zdobyciu tytułu mistrza świata w tenisie stołowym, w którym jest naprawdę dobry. Problemem są jednak pieniądze. Aby zdobyć fundusze na bilety i podróże (finał mistrzostw świata odbywa się w odległej Japonii), Marty zrobi wszystko. Jego ambicja nie zna granic: posunie się do kłamstw, manipulacji, wykorzysta bliskich i obcych, a nawet złamie prawo.

Ale o czym tak naprawdę jest ten film? To historia o dojrzewaniu. Marty przez całe życie nie oglądał się na innych – parł do przodu, a każde działanie miało jeden cel: przybliżyć go do spełnienia marzeń. Doskonale widać to w jego relacjach z matką (zaskakująca rola Fran Drescher, znanej z serialowej „Niani”), którą całkowicie pomija w rozmowach z dziennikarzami; w sposobie, w jaki rozkochuje w sobie przyjaciółkę z dzieciństwa czy w wykorzystywaniu kolegów do kolejnych przekrętów. Lista manipulacji zdaje się nie mieć końca.

Marty jest skuteczny, ale daleko mu do bycia „Panem Ripleyem”. Jego energia, tempo wypowiedzi i chaotyczność działań bliższe są szybkości piłeczki pingpongowej, niż precyzyjnym ruchom figur szachowych. Z biegiem akcji każda komplikacja zyskuje kolejną warstwę. Nie chcę zdradzać szczegółów fabularnych, by nie psuć seansu, ale warto zwrócić uwagę na znakomicie skonstruowany wątek z ciekawą kreacją Abela Ferrary, w którym stopień kumulacji „niefortunnych zdarzeń” jest wręcz mistrzowski.

Zaskakujące jest to, że mimo wszystko trudno Martiego nie polubić. Bywa nieznośny i odpychający, ale ma w sobie coś, co sprawia, że nie skreślamy go za jego postępowanie. Historię można porównać do „Wilka z Wall Street” i kreacji Leonardo DiCaprio. Choć fabularnie oba filmy różnią się diametralnie, działają tu podobne mechanizmy: ambitni bohaterowie, manipulanci, niebojący się ryzyka. Obaj są też podobnie „nie-macho”: przystojni, drobni, bardziej chłopięcy, niż dominujący. Mają cel i dążą do niego bez kompromisów – a to zjednuje im sympatię widza.

Kluczem do „obrony” postaci Martiego są drobne przełamania i ludzkie odruchy. Owszem, wykorzystał przyjaciółkę, ale gdy zauważa, że została pobita przez męża, nie waha się i sam wymierza sprawiedliwość. Podobnie jest w jego potyczkach słownych. Kwestie wyrzucane są z szybkością karabinu maszynowego, ale mają w sobie wyraźny kręgosłup moralny.

Jest jedna scena, która szczególnie wiele mówi o bohaterze. Bogaty przedsiębiorca, poznany dzięki manipulacjom Martiego, proponuje mu pieniądze za pokazowy pojedynek z reprezentantem Japonii. Marty ma przegrać, by nie urazić Japończyków i jednocześnie wesprzeć sprzedaż produktów biznesmena. Problem w tym, że wcześniej przedsiębiorca opowiadał o synu, który zginął na Pacyfiku, walcząc z Japonią. Marty bez mrugnięcia okiem wypomina mu dwulicowość, bezwzględność i brak moralności. To riposta w punkt. Od tej chwili jesteśmy po stronie Martiego do samego końca.

To właśnie jest dojrzałość: branie odpowiedzialności za siebie i swoje czyny. Ameryka lat 50. to ciekawy wybór dla tej opowieści. Świat podnoszący się po wojnie, napędzany konsumpcjonizmem, materializmem i indywidualizmem. Być może dlatego twórcy zdecydowali się okrasić ścieżkę dźwiękową muzyką z lat 80., epoki poszukiwania „samego siebie”. Zderzenie tych dwóch czasów wzmacnia uniwersalność przekazu. Marty zwycięża – pokonuje własne słabości i egoistyczne zapędy. Finał, dosłownie rzecz ujmując, jest porażką bohatera, ale symbolicznie to jego największe zwycięstwo.

Timothée Chalamet jest najjaśniej świecącą gwiazdą filmu, jednak galeria ról drugoplanowych i epizodów również zapada mocno w pamięć. Są ludzkie, niedoskonałe, prawdziwe. Ogromne brawa należą się nie tylko za casting, ale i za charakteryzację. Kamera uwiesza się na twarzach: spoconych, nieupiększonych, bez retuszu. Spotykamy bohaterów otyłych, „niefilmowych”, czasem wręcz „brzydkich jak noc”. Nawet Chalamet przez cały film nosi widoczny trądzik, a zjawiskowo piękna Gwyneth Paltrow (grająca zapomnianą gwiazdkę kina lat 30.) nie ukrywa zmarszczek i zmęczonych oczu.

Dialogi brzmią, jak napisane przez Aarona Sorkina. Tempo ich podawania przywodzi na myśl „The Social Network”, z tą różnicą, że nie mamy tu tyrad – aktorzy często mówią niemal jednocześnie. To reżyseria z najwyższej półki: prowadzić scenę tak, by w tym chaosie wszystko pozostało czytelne. Josh Safdie pokazuje prawdziwą klasę. Do tego dochodzi wybitna praca operatora Dariusha Khondjiego. Obraz drży, pulsuje napięciem, kamera pozostaje blisko bohaterów, sprawiając, że czujemy się częścią wydarzeń.

Timothée Chalamet zdobył już za swoją kreację Złotego Globa. Czy powtórzy ten sukces na Oscarach? Nie zdziwiłbym się. Sam film raczej nie sięgnie po statuetkę za najlepszy obraz, ale w ostatecznym rozrachunku to nie nagrody mają znaczenie, lecz to, co zostaje w widzu. A „Wielki Marty” zostaje na długo – w pamięci każdego, kto da mu szansę.

Ocena: ★★★★★★★★☆☆ Jakub Kossakowski

Tytuł polski: Wielki Marty
Tytuł oryginalny: Marty Supreme
Produkcja: USA / 2025 r.
Premiera (świat): 6 października 2025 r.
Premiera (Polska): 30 stycznia 2026 r.
Reżyseria: Josh Safdie
Scenariusz: Josh Safdie, Ronald Bronstein
Zdjęcia: Darius Khondji
Muzyka: Daniel Lopatin
Obsada:
Timothée Chalamet (Marty Mauser)
Gwyneth Paltrow (Kay Stone)
Odessa A’zion (Rachel Mizler)
Kevin O’Leary (Milton Rockwell)
Abel Ferrara (Ezra Mishkin)
Czas: 149 min.
Dystrybucja kinowa: Monolith Films

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *