Za dużo legendy, za mało człowieka (Michael)

Michael Jackson w utworze „Man in the Mirror” śpiewał, że jeśli chcesz uczynić świat lepszym miejscem, spójrz najpierw na siebie. Pytanie, czy twórcy filmu „Michael” mieli odwagę spojrzeć w to lustro naprawdę? I tu trzeba odpowiedzieć uczciwie: tak i… nie. Jak w odbiciu tworzą się dwa światy, w których zachwyt nad filmem miesza się z krytyką. To dobrze oddaje rzeczywistość po premierze: widzowie ocenili film bardzo wysoko, a krytycy znacznie chłodniej. Gdzie więc leży prawda? Zacznijmy od tej jaśniejszej strony.

Świat widzów

Film zachwyca rozmachem. Sceny koncertów na największych stadionach robią ogromne wrażenie. Nie czuć efektów specjalnych, a bogata inscenizacja sprawia, że jesteśmy niemal w środku wydarzeń, blisko głównego bohatera. W tym kontekście „Bohemian Rhapsody” wypada znacznie słabiej, szczególnie w swojej finałowej scenie koncertowej. To ważne, bo mówimy o artyście, którego sceniczny wizerunek był nierozerwalną częścią jego fenomenu. Film działa tu jak szczery fan service. Trudno oddzielić twórcę od jego scenicznej legendy.

Na ekranie słyszymy i oglądamy najważniejsze utwory oraz ikoniczne występy. Od czasów Jackson 5 po największe hity, jak „Thriller”, „Billie Jean” czy „Black or White”. To prawdziwa uczta dla widza i przypomnienie, skąd wziął się tytuł „króla popu”.

Największe zaskoczenie to obsada. Kiedy ogłoszono, że w główną rolę wcieli się Jaafar Jackson (bratanek piosenkarza), można było mieć wątpliwości. Okazało się jednak, że to trafny wybór. Nie chodzi tylko o podobieństwo fizyczne, ale o uchwycenie delikatności i nieśmiałości Michaela. W wielu momentach naprawdę wierzymy, że patrzymy na niego.

Reszta obsady dobrze mu partneruje. Ojciec, grany przez Colmana Domingo, jest jedną z najbardziej mrocznych postaci w filmie. Choć scenariusz często prowadzi go w stronę prostego antagonisty, aktor potrafi wydobyć z tej roli więcej. Warto też wspomnieć o dwóch wyrazistych drugoplanowych rolach – prawnika (Miles Teller) i kierowcy (KeiLyn Durrel Jones). Potrafią skupić na sobie wzrok widza nawet samą swoją obecnością.

Na osobne wyróżnienie zasługują sceny taneczne, z kultowym „moonwalkiem” na czele. Twórcy nie uciekają w szybki montaż, pozwalają ruchowi wybrzmieć. W jednej ze scen, podczas pracy nad teledyskiem do „Thrillera”, Michael zwraca uwagę, że najważniejsze są nogi i sposób ich pokazania. Reżyser Antoine Fuqua zdaje się myśleć podobnie – dba o każdy detal występu.

Świat krytyków

Z perspektywy krytyka obraz nie jest już tak jednoznacznie pozytywny. Największym zarzutem jaki możemy postawić, to wygładzenie biografii. Film wybiera bezpieczną drogę, opiera się na znanym wizerunku i unika głębszego wejścia w psychikę bohatera. Duży wpływ miała tu obecność rodziny Michaela, pilnującej w fazie produkcji, by nie przekraczać pewnych granic. Dopóki spuścizna i twórczość będą do nich należeć, razem z prawem do autoryzacji, dopóty nigdy nie powstanie prawdziwy i pełny filmowy portret artysty.

W efekcie Michael przedstawiony jest niemal wyłącznie jako ofiara, postać pozbawiona wyraźnych rys i sprzeczności. Relacja z ojcem zostaje sprowadzona do prostego schematu tyrana i wrażliwego, pozbawionego dzieciństwa syna. To nie prowadzi do odkryć, raczej do powielania znanych klisz. Tylko twórczość Michaela Jacksona pokazuje nam jego fenomen. Maskuje niedostatki. Ciężko przecież mówić o pogłębionej psychologii widząc dorosłego już bohatera czytającego Piotrusia Pana i marzącego o swojej Nibylandii.

Dla wielu może być też zaskoczeniem to, że nie jest to pełna biografia, co za tym idzie nie zobaczymy późniejszych lat kariery, Neverland, oskarżeń, problemów zdrowotnych czy uzależnień. Temat bielactwa pojawia się jedynie na chwilę. Operacje plastyczne pokazane są bardzo powierzchownie, a motywy stojące za decyzjami bohatera pozostają ledwie zarysowane. Niektóre sceny, jak fascynacja „Piotrusiem Panem”, czy zabawy z jedynym przyjacielem, szympansem, wypadają wręcz niezamierzenie groteskowo. Podobno finał został zmieniony po naciskach rodziny piosenkarza.

A jednak film nie jest całkowicie pusty. Pojawiają się momenty, które przebijają się przez tę wygładzoną narrację. Spojrzenie ojca widzącego ingerencję chirurgiczną na twarzy syna, rozmowa o obecności czarnoskórych artystów w MTV czy ostateczne zerwanie z rodziną – to drobiazgi ratujące nieco fabułę i nadające jej głębi.

Między widowiskiem a portretem

Współczesne biografie muzyczne coraz częściej dzielą się na dwa nurty. Z jednej strony mamy widowiska, które przyciągają widzów, ale pozostają powierzchowne. Z drugiej – filmy bardziej odważne, znikające jednak dosyć szybko z głównego obiegu. Przykłady można znaleźć choćby w zestawieniu „Bohemian Rhapsody” z „Rocketman” czy późniejszymi opowieściami o innych artystach.

„Michael’owi” zdecydowanie bliżej temu pierwszemu podejściu. Działa jako widowisko i spełnia oczekiwania fanów, ale unika ryzyka.

Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy pójdą dalej. Że jeśli powstanie kontynuacja (zapowiadana w napisach końcowych), zobaczymy w niej więcej człowieka, a mniej legendy.

Ocena: ★★★★★☆☆☆☆☆ Jakub Kossakowski

Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł polski: Michael
Tytuł oryginalny: Michael
Produkcja: USA, Wielka Brytania / 2026 r.
Premiera (świat): 10 kwietnia 2026 r.
Premiera (Polska): 24 kwietnia 2026 r.
Reżyseria: Antoine Fuqua
Scenariusz: John Logan
Zdjęcia: Robert Richardson, Dion Beebe
Obsada:
Jaafar Jackson (Michael Jackson)
Nia Long (Katherine Jackson)
Colman Domingo (Joe Jackson)
Miles Teller (John Branca)
Juliano Valdi (mały Michael Jackson)
Czas: 127 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *