Są filmy, które zapisały się nie tylko w historii polskiego kina, ale przede wszystkim w pamięci widzów. Myślę tu głównie o kultowych komediach: „Misiu”, „Samych swoich”, „Rejsie” czy „Nie lubię poniedziałku”.
Jakiś czas temu miałem okazję zobaczyć „Seksmisję” ponownie w kinie i szczerze mówiąc, nie wspominam tego seansu najlepiej. Nie z powodu jakości projekcji czy samych warunków oglądania, ale przez zwykłe obcowanie z filmem. „Seksmisja” bardzo się zestarzała. I nie chodzi nawet o scenografię, efekty specjalne czy inscenizację, choć oczywiście one także noszą już ślady czasu. Problemem okazały się przede wszystkim żarty. Wielokrotnie czułem dyskomfort, słysząc z ekranu seksistowskie i szowinistyczne uwagi bohaterów. Patrząc na reakcje sali, miałem wrażenie, że podobnie odbiera to także część widzów.

Po seansie pojawiło mi się w głowie pytanie: czy to rzeczywistość zmieniła się tak bardzo, że nie potrafimy już przyjąć podobnego sposobu opowiadania? A może problem leży gdzie indziej i film nigdy nie był aż tak dobry, jak chcielibyśmy pamiętać, a przez lata działał głównie sentyment? Spróbujmy poszukać odpowiedzi.
„Seksmisja” powstała w 1984 roku, czyli ponad czterdzieści lat temu! To naturalne, że zmienił się język kina, technologia i sposób prowadzenia narracji. Najmocniej widać to zwykle w produkcjach rozrywkowych: komediach, horrorach czy filmach akcji. Najszybciej przegrywają z upływem czasu. Kino artystyczne częściej potrafi oprzeć się zmianom obyczajowym, choć ono również pozostaje zakładnikiem swojej epoki.
Nie o sam język filmu jednak tutaj chodzi. Juliusz Machulski wielokrotnie udowadniał, że jest świetnym rzemieślnikiem. Potrafił prowadzić historię, budować rytm scen i pisać dialogi wpadające w ucho. Problem leży raczej w samym podejściu do humoru.

Dawniej kino częściej pozwalało sobie na humor, gdzie obiekt śmiechu był wyraźnie określony. Z kobiety, homoseksualisty, cudzoziemca, osoby słabszej czy po prostu „innej”. W „Seksmisji” ten mechanizm miesza się z komedią sytuacyjną i absurdem, ale część żartów wyrasta właśnie z utrwalonych stereotypów. Dziś częściej oczekujemy śmiechu wynikającego z samej sytuacji, gry konwencją albo bohaterów uwikłanych w paradoks. To subtelna, ale istotna zmiana. Od premiery filmu dorosły już kolejne pokolenia, które wiele z tych tematów przepracowały społecznie. Nawet jeśli wciąż zdarzają się głosy bawiące się stereotypami, coraz wyraźniej widać, że taki rodzaj humoru upraszcza rzeczywistość i traci swoją oczywistość.
Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że współczesna kultura momentami wpada w przeciwną skrajność. W imię reprezentacji klasyczne postacie zmieniają płeć, rasę albo orientację, a każda nowa produkcja próbuje udowodnić swoją „aktualność”. Stąd wszystkie internetowe wojny wokół nowych adaptacji „Harrego Pottera”, „Odysei”, czy dyskusje o potencjalnej kobiecej wersji Jamesa Bonda. Nie zmienia to jednak faktu, że kino zawsze wpływało na sposób myślenia widzów. I pod tym względem część zmian wyszła popkulturze na dobre. Wystarczy spojrzeć na współczesne filmy o wspomnianym już Bondzie, gdzie kobiety przestały być jedynie ozdobą kadru i seksualnym trofeum głównego bohatera.

Być może największym paradoksem „Seksmisji” jest to, że lepiej pamiętamy ją dziś jako zbiór kultowych cytatów niż jako pełne doświadczenie filmowe. „Ciemność, widzę ciemność”, „Kierunek: wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja” czy „Kobieta mnie bije” nadal żyją w języku potocznym, nawet jeśli sam obraz coraz częściej wywołuje konsternację zamiast śmiechu. Pamiętamy atmosferę seansów, emocje i poczucie wspólnoty, ale już niekoniecznie samą konstrukcję humoru.

Czy więc „Seksmisja” miałaby dziś rację bytu? W moim odczuciu nie. Zmieniliśmy się jako społeczeństwo i jako widzowie. Gdyby taki obraz powstał współcześnie, zostałby prawdopodobnie bardzo mocno skrytykowany. Sam oryginał funkcjonuje dziś przede wszystkim dzięki świetnemu aktorstwu, kultowym cytatom i sentymentowi. I być może właśnie w tym tkwi odpowiedź. Problem nie leży wyłącznie w samym filmie. To my jesteśmy już w zupełnie innym miejscu.

Niedawno trafiłem na kilka amerykańskich zestawień pokazujących produkcje, które źle się zestarzały. Przyznam, że była to obszerna lista, z wcale nie tak dawnymi tytułami. Wiele komedii sprzed 2000 roku opierało humor na homoseksualizmie, uprzedmiotowieniu kobiet albo stereotypach rasowych. Wystarczy przypomnieć “American Pie”, Ace Ventura: Psi Detektyw”, „Pretty Woman” czy „Nagą broń”. Z polskiego podwórka podobne dyskusje wracają dziś przy „Testosteronie” czy „Poranku Kojota”.
Być może właśnie po tym poznajemy żywe społeczeństwo, że nie ogląda dawnych filmów w identyczny sposób. Kino jest przecież zapisem swoich czasów, ich lęków, języka i poczucia humoru. Niektóre produkcje starzeją się jak wino, inne bardziej przypominają wycinki prasowe z konkretnej epoki. I może nie ma w tym nic złego.

Na koniec pojawia się jeszcze jedno pytanie i pewne ćwiczenie myślowe: jak wyglądałaby dziś „Seksmisja”, gdyby dostosować ją do współczesnej wrażliwości? Obawiam się, że taka wersja mogłaby okazać się równie trudna do oglądania, tylko z zupełnie innych powodów. Może więc najlepiej pozostawić ten film tam, gdzie funkcjonuje najmocniej: we wspomnieniach. To trochę jak z dzieciństwem. Nostalgia potrafi pięknie pokolorować przeszłość, choć sama przeszłość wcale nie zawsze była tak kolorowa.
