Nie wszystkie sprawy sądowe kończą się wyrokiem, a nie każda prawda zostaje odkryta. W systemie sprawiedliwości pełnym niedopowiedzeń i sprzecznych relacji wiele wstrząsających przestępstw nie dostaje uwagi, na jaką zasługują. Jedyną opcją na zmianę rzeczywistości pozostaje przeniesienie procesu do świata kina.
Jim Sheridan zadebiutował na scenie reżyserskiej niemal 40 lat temu i szybko zdobył uznanie dzięki filmom z Danielem Day-Lewisem w rolach głównych („Moja lewa stopa”, „W imię ojca”, „Bokser”). Najczęściej kojarzony jest z obrazami przedstawiającymi konflikt w Irlandii Północnej, które w latach 90. przyniosły mu uznanie krytyków i nominacje do Oscara. W kolejnych dekadach jego filmografia nabrała bardziej eklektycznego charakteru, jednak Sheridan konsekwentnie pozostaje wierny kinu dramatycznemu, thrillerom oraz produkcjom inspirowanym prawdziwymi wydarzeniami. „Werdykt” doskonale wpisuje się w tę tendencję, łącząc dramat sądowy z elementami true crime.

Punktem zapalnym fabuły jest morderstwo Sophie Toscan du Plantier, które w 1996 roku wstrząsnęło opinią publiczną w Irlandii i do dziś pozostaje niewyjaśnione. Głównym podejrzanym był Ian Bailey, brytyjski dziennikarz. Choć liczne poszlaki zdawały się wskazywać właśnie na niego, nieścisłości w zeznaniach świadków oraz kontrowersje wokół działań służb śledczych uniemożliwiły wydanie jednoznacznego wyroku. Bailey został skazany zaocznie przez francuski sąd w 2019 roku, jednak odmówiono jego ekstradycji. Pomimo wielokrotnych prób doprowadzenia do procesu, sprawa nigdy nie została ostatecznie rozstrzygnięta przed irlandzkim sądem.
Wybór tematyki był nieprzypadkowy, a wręcz osobisty dla reżysera. Sheridan poznał Baileya przy okazji kręcenia dokumentu dotyczącego sprawy morderstwa i przeprowadził z nim wiele wywiadów i szczerych rozmów. Konsekwencją tej bliskiej znajomości okazały się nowe pytania i wątpliwości: czy Ian Bailey naprawdę był winny? „Werdykt” kreuje nową rzeczywistość, w której nieżyjący już oskarżony dostał kredyt zaufania i możliwość ponownego spojrzenia na całą sprawę. Nie da się zaprzeczyć: jest to dość nietuzinkowy pomysł na film. Ale czy udany?

Znaczna część filmu rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, podczas zebrania rady przysięgłych. Akcja jest uzupełniana flashbackami i scenami spoza gmachu sądu, ale główny ciężar stworzenia angażującej historii spada na postaci i dialogi między nimi. Automatycznie przywołuje to na myśl skojarzenia z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”, wybitnym dramatem nakręconym przez Sidneya Lumeta. Nie ma nic złego w inspiracji, ale problem pojawia się, kiedy niektóre sceny okazują się aż nazbyt znajome – chociażby decydujący moment pierwszego anonimowego głosowania. Kolejne etapy filmu także trzymają się znanego schematu. Główna intryga wprawdzie jest inna, lecz dobrze zaznajomieni z klasykiem Lumeta widzowie mogą mieć problem z zaangażowaniem się w fabułę.

Twórcy próbują nadać przysięgłym rozbudowane tło psychologiczne. Każda z postaci wnosi do sprawy własne doświadczenia i bagaże emocjonalne, które wpływają na sposób oceniania Baileya. W pamięć szczególnie zapadają 3 Przysięgły (John Connors) i 8 Przysięgła (Vicky Krieps). Pokazuje to, jak trudno o całkowity obiektywizm w postrzeganiu innych, zwłaszcza w kwestii tak niejednoznacznej sprawy. Niektóre historie zdają się odwracać uwagę od centralnego wątku, ale wciąż jest to lepsze wyjście niż zupełny brak głębi stojącej za wypowiadanymi kwestiami. Wartościowym aspektem okazują się również poruszane kwestie społeczne, takie jak feminizm, media czy mechanizmy niedoskonałego systemu sprawiedliwości. Pozwala to na chwilowe powiewy świeżości na zakurzonych półkach powielanych schematów.
Poza komentarzem społecznym, najciekawszym elementem jest oczywiście sama sprawa morderstwa. Brak definitywnych odpowiedzi dał Sheridanowi ogromne pole do interpretacji i budowania napięcia wokół pytania o prawdę. Ostatecznie temat został poruszony w sposób kompetentny, poprawny i dość bezpieczny. Stanowisko reżysera odnośnie niewinności Baileya jawi się bardzo wyraźnie, ale należy przyznać, że ze stworzonego przez niego obrazu wyłaniają się różne punkty widzenia, pozwalające zrozumieć proces z odmiennych perspektyw. Kreowana przez twórców wizja jest słodko-gorzka: gdyby doszło do procesu w Irlandii, policja i prokuratura mieliby motywację do przeprowadzenia ponownego śledztwa. Szkoda tylko, że w prawdziwym życiu sprawiedliwości prawdopodobnie nigdy nie stanie się zadość.

Nie można stwierdzić, że „Werdykt” jest zupełnie nieudaną produkcją. Jest to projekt oparty na wciągającej historii, z potencjałem na udany dramat sądowy i przenikliwą analizę niedociągnięć systemu. Sprawa Baileya jest ewidentnie ważna dla twórców filmu, którzy obrali sobie na cel zrealizowanie jego prośby o sprawiedliwy proces, chociażby pośmiertnie. Niemniej jednak, niedociągnięcia w balansie osobistych przeżyć bohaterów i rozwoju samej sprawy, podobnie jak zbyt oczywiste inspiracje, nie pozwalają na zakwalifikowanie go do grona dobrego kina.

Tytuł polski: Werdykt
Tytuł oryginalny: Re-creation
Produkcja: Irlandia, Luksemburg / 2025 r.
Premiera (świat): 8 czerwca 2025 r.
Premiera (Polska): 22 maja 2026 r.
Reżyseria: David Merriman, Jim Sheridan
Scenariusz: Jim Sheridan, David Merriman
Muzyka: Anna Rice
Obsada:
Vicky Krieps (przysięgła nr 8)
Jim Sheridan (przysięgły nr 1)
John Connors (przysięgły nr 3)
Colm Meaney (Ian Bailey)
Aidan Gillen (Hamilton Barnes)
Czas: 89 min.
Dystrybucja kinowa: Best Film
