Przy tym filmie naprawdę trudno o pełen obiektywizm. Śmiałem się głośno w kinie, wzruszałem i co najważniejsze – po prostu świetnie się bawiłem.
Co jakiś czas Hollywood tworzy filmy, które przypominają, po co w ogóle chodzimy do kina. Dają czystą przyjemność, pozwalają na chwilę zapomnieć o świecie za oknem i sprawiają, że wszystko wydaje się odrobinę prostsze. To kino rozrywkowe, ale w najlepszym możliwym znaczeniu. Takie, które nie męczy, a jednocześnie dotyka rzeczy ważnych. „Projekt Hail Mary” należy właśnie do tej półki. Najbliżej mu do „Top Gun: Maverick” – filmu, który po pandemii przywrócił widzów do sal kinowych. Wysoka jakość, świetna zabawa i coś jeszcze: poczucie, że na chwilę znowu jesteśmy dziećmi. Kiedyś w ten sposób czarował Steven Spielberg. Dziś takich produkcji jest zdecydowanie mniej.
Czy „Projekt Hail Mary” zasługuje na nagrody? Niekoniecznie. I chyba wcale ich nie potrzebuje. Czy zapisze się w historii kinematografii? Być może, choć raczej nie na pierwszych stronach. Jego siła tkwi gdzie indziej. To film, po którym wychodzi się z kina po prostu… w lepszym nastroju.

Punktem wyjścia jest ekranizacja powieści Andy’ego Weira, autora „Marsjanina”. Fabuła wydaje się prosta: ze Słońcem dzieje się coś niepokojącego, a ludzkości grozi zagłada. Najtęższe umysły próbują znaleźć rozwiązanie. Wśród nich pojawia się Ryland Grace (Ryan Gosling), nauczyciel z przeszłością naukowca, którego kontrowersyjne badania zniszczyły mu karierę. Niespodziewanie zostaje wciągnięty w międzynarodowy projekt ratunkowy. Jak bardzo jest to poważna sprawa, orientuje się, gdy budzi się samotnie na statku kosmicznym, w okolicach odległej Tau Ceti. Bez pamięci i z jednym zadaniem: ocalić świat. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że nie jest tam sam. Spotyka istotę z innej planety, która przybyła w tym samym celu co on. By nie psuć zabawy, jest to dobre miejsce, by się zatrzymać.

Pod względem realizacji, trudno coś filmowi zarzucić. Inscenizacja jest dopracowana, tempo dobrze wyważone, efekty przekonujące. Drobne szczegóły, jak choćby brak dźwięku w próżni kosmicznej, pokazują dbałość o wiarygodność. Jeśli szukać słabszego punktu, byłby nim metraż. Film momentami trwa odrobinę za długo i niektóre sekwencje można by skrócić bez straty dla całości.
Miałem pewne obawy przed seansem. „Marsjanin” był filmem udanym, ale nigdy nie byłem jego wielkim zwolennikiem. Oglądanie samotnego bohatera radzącego sobie w ekstremalnych warunkach przypominało momentami dobrze zrealizowany program survivalowy (MacGyver w kosmosie). „Projekt Hail Mary” idzie jednak w zupełnie innym kierunku. To opowieść o relacji. O potrzebie bliskości, nawet jeśli dotyczy ona kogoś całkowicie odmiennego. Paradoksalnie to właśnie kontakt z „obcym” uczy bohatera na nowo, czym jest człowieczeństwo, co za tym idzie – że warto ratować naszą planetę.

Ryan Gosling niesie ten film na swoich barkach. Przez większość czasu jest sam na ekranie, a mimo to ani przez chwilę nie traci uwagi widza. Zawsze wydawał mi się aktorem poprawnym, ale niekoniecznie wyrazistym. Tutaj coś się zmienia. Jego bohater zyskuje lekkość, poczucie humoru i emocjonalną głębię. W wielu poprzednich kreacjach tego brakowało.
Ważnym dopełnieniem jest Sandra Hüller jako szefowa projektu. Jej postać początkowo wydaje się chłodna i zdystansowana, ale jedna scena wystarcza, by zobaczyć ją zupełnie inaczej. Nie jest to ani dramatyczny monolog, czy inny spektakularny popis aktorski, tylko – występ karaoke! Nie bez znaczenia jest tu wykonywany utwór: „Sign of the Times” Harry’ego Styles’a.

Nie sposób nie wspomnieć też o samej relacji między bohaterami. Trudno uwierzyć, że film potrafi wzbudzić tak silne emocje, opierając się na interakcji człowieka z istotą przypominającą połączenie skały i kraba. A jednak działa. I to zaskakująco dobrze. Jest to jeden z lepszych „buddy movies” jakie widziałem.
Jeśli szukać problemu, to nie w realizacji, lecz w stawce emocjonalnej. Zagłada planety brzmi poważnie, ale bohater nie ma na Ziemi nikogo naprawdę bliskiego. Brakuje osobistego ciężaru, który dodatkowo pogłębiłby jego decyzje. W „Interstellar” taka stawka była wyraźniejsza (bohater zostawiał swoje dzieci wiedząc, że może ich już nigdy nie zobaczyć). Tutaj jest bardziej abstrakcyjna.

Miłośnicy książki mogą też zauważyć, że film upraszcza niektóre wątki naukowe na rzecz humoru i dynamiki. To jednak świadomy wybór. Kino rządzi się innymi prawami i jako autonomiczne dzieło „Projekt Hail Mary” broni się bez problemu.
Na koniec zostaje coś, czego nie da się łatwo opisać. Rzadkie dziś poczucie, że film naprawdę chce nas uwieść, a nie tylko zrobić wrażenie.
I że robi to z dużą szczerością.
Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł polski: Projekt Hail Mary
Tytuł oryginalny: Project Hail Mary
Produkcja: USA / 2026 r.
Premiera (świat): 9 marca 2026 r.
Premiera (Polska): 20 marca 2026 r.
Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
Scenariusz: Drew Goddard
Zdjęcia: Greig Fraser
Muzyka: Daniel Pemberton
Obsada:
Ryan Gosling (Ryland Grace)
Sandra Hüller (Eva Stratt)
Lionel Boyce (Carl)
Ken Leung (Li-jie Yáo)
Milana Vayntrub (Olesya Ilyukhina)
Czas: 156 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.
Na podstawie: Andy Weir, „Projekt Hail Mary” (powieść)
