I co z tym Pianistą?

W kwietniu tego roku, w kinach ponownie zagościł „Pianista”. Powodem powrotu na duży ekran była rocznica, w którą aż trudno uwierzyć. Od premiery minęło już dokładnie dwadzieścia pięć lat! Z tej okazji obraz zrekonstruowano w jakości 4K, a dodatkowe pokazy dały młodszej widowni szansę zobaczenia filmu w kinie, tam, gdzie powinno się go oglądać.

Ćwierć wieku to dobry moment, by spojrzeć na „Pianistę” świeżym okiem. Czy film nadal działa równie mocno? I czy rzeczywiście zasłużył na wszystkie nagrody? Warto też wrócić do kontrowersji oraz zarzutów, które pojawiały się po premierze.

„Pianista” często bywa porównywany z „Listą Schindlera”. Oba filmy mają epicki rozmach i dotykają najciemniejszych momentów współczesnej historii. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że opowiadają o autentycznych bohaterach. Zarówno obraz Polańskiego, jak i dzieło Spielberga weszły już do klasyki kina. W mojej ocenie jednak to właśnie „Pianista” lepiej oparł się upływowi czasu.

Powiem więcej: zastrzeżenia pojawiające się przy premierze z biegiem lat zaczęły działać na korzyść filmu. Kino Polańskiego wyprzedzało sposób myślenia o opowiadaniu historii. Dlatego w tym nieformalnym „pojedynku” to „Lista Schindlera” wydaje się dziś bardziej klasyczna w formie. Nadal mocna, świetnie zrealizowana, ale bliższa tradycyjnemu modelowi opowieści.

Przede wszystkim zmienił się status „Pianisty”. Z filmu o wojnie i Zagładzie przeobraził się w uniwersalną historię o traumie człowieka. W obliczu kolejnych współczesnych konfliktów zbrojnych obraz uwolnił się od czysto historycznego kontekstu. Przestał być jedynie kroniką czasu. I właśnie w tym tkwi jego największa siła.

Wypada jednak wrócić także do kontrowersji związanych z samą produkcją. Najtrudniej oddzielić produkcję od osoby reżysera. Nie trzeba być kinomanem, by wiedzieć, że nad Romanem Polańskim od lat ciążą zarzuty dotyczące wykorzystania seksualnego nieletniej. Ucieczka przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości sprawiła, że sukces „Pianisty” wywoływał ogromne emocje. Złota Palma w Cannes, Oscar za reżyserię i kolejne nagrody dla filmu prowokowały pytanie, które wraca do dziś: czy można oddzielić dzieło od twórcy?

Nie mam pewności, czy kiedykolwiek znajdziemy jednoznaczną odpowiedź. Mam jednak wrażenie, że po dwudziestu pięciu latach łatwiej spojrzeć na sam obraz i ocenić go już niezależnie od osoby reżysera. Wtedy okazuje się, że wiele decyzji artystycznych Polańskiego było wyjątkowo odważnych. Zarzuty dotyczące estetyzacji wojny czy chłodnego podejścia do tragedii straciły dziś na znaczeniu. Z dystansu lepiej widać sens tej formy. Świat, w którym przemoc staje się codziennością, okazuje się znacznie bardziej przerażający niż kino szukające ciągłego dramatycznego podkreślania emocji. Literatura pokazywała to już wcześniej, choćby w „Malowanym ptaku” Kosińskiego, ale kinematografia długo nie potrafiła mówić o wojnie w podobny sposób.

Równie interesujący pozostaje sam bohater. Władysław Szpilman nie jest herosem. Nie walczy, nie prowadzi innych, nie zmienia biegu historii. Jest przede wszystkim świadkiem wydarzeń i człowiekiem próbującym przetrwać. Kino przez lata unikało takiej bierności, bo wydawała się „niefilmowa”. „Pianista” udowodnił jednak, że można zbudować ogromną emocjonalną więź właśnie z kimś tak zwyczajnym i bezradnym. Po latach jeszcze mocniej doceniamy prawdę tej postaci. Sam fakt przetrwania staje się tu aktem heroizmu.

Żeby przeżyć, Szpilman potrzebuje innych ludzi. I tu również film okazał się bardziej nowoczesny, niż wydawało się przy premierze. Polański pokazuje zarówno dobrych, jak i złych Polaków, podobnie zresztą jak Żydów czy Niemców. Przez ostatnie dekady literatura i kino coraz częściej próbowały przepracować tę „strefę szarości”, ale „Pianista” robił to już wtedy. Dlatego też tak był atakowany przez wielu widzów i krytyków (zwłaszcza z Polski). Dzięki obranej drodze, historia zyskuje uniwersalność. Nie opowiada wyłącznie o narodach i ideologiach, lecz przede wszystkim o ludziach uwikłanych w system przemocy.

I właśnie tutaj dochodzimy do największego zarzutu wobec produkcji: sceny spotkania Szpilmana z niemieckim oficerem pod koniec filmu. Wyniszczony pianista ukrywa się w ruinach miasta. Wszystko wskazuje na to, że bohater zginie. Tymczasem oficer nie tylko oszczędza mu życie, ale przynosi jedzenie i słucha, jak Szpilman gra na fortepianie.

Dla wielu widzów i krytyków było to nie do zaakceptowania (podnoszony temat „Dobrego Niemca” i „wrażliwości”). Problemem jednak nie była sama pomoc, bo wydarzyła się naprawdę. Sam Szpilman po wojnie próbował odnaleźć oficera, żeby odwdzięczyć się za ratunek. Kontrowersje budziło coś innego: możliwość pojawienia się ludzkiego odruchu po stronie oprawcy. Kaci nie powinni mieć przecież uczuć. Takie myślenie wydawało się bezpieczniejsze.

Po latach właśnie ta scena pokazuje wielkość reżysera. Jeden drobny gest człowieczeństwa, pojawiający się po dwóch godzinach cierpienia, wzmacnia cały przekaz filmu. Ta chwila ciszy i zawieszenia prowadzi do znacznie bardziej niepokojącej refleksji. Jak możliwe było tak gigantyczne okrucieństwo, skoro nawet wewnątrz tej machiny przemocy znajdowali się ludzie zdolni do współczucia?

Co ważne, Polański buduje tę scenę niezwykle oszczędnie. Nie ma tu sentymentalizmu, wielkich deklaracji ani prób moralnego oczyszczenia. Jest cisza, muzyka i spojrzenia. Wszystko, co najważniejsze, zostaje wyrażone innymi środkami niż dialog. Reżyser pokazuje, że w czasie wojny nawet najmniejszy przejaw normalności urastał do czegoś niemal niewyobrażalnego.

I właśnie dlatego „Pianista” pozostaje wielkim filmem. Nie tylko jednym z najważniejszych dzieł w dorobku Polańskiego, ale też obrazem, który dojrzewa wraz z widzem. Jestem przekonany, że za kolejne dwadzieścia pięć lat nadal będzie oddziaływał równie mocno.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *