Bartosz Żurawiecki napisał kiedyś: „Nieubłagalne prawo głosi: im więcej filmów nie zobaczysz teraz, tym większe będziesz miał zaległości”. I zaraz potem dorzuca wyznanie, brzmiące jak pół żart, pół marzenie: chciałby, jak bohater Woodego Allena, przenieść się w czasie. Nie z nostalgii. Z czystej pragmatyki.
Bo co miał takiego do oglądania krytyk na początku XX wieku? Kilka filmów Georgesa Mélièsa. Kilka premier rocznie. Świat, który dało się objąć wzrokiem, opisać, przemyśleć. Dziś to niemożliwe.

Ten żart Żurawieckiego z biegiem lat przestał już nim być. Stał się fantazją o świecie będącym jeszcze do ogarnięcia. O kulturze nieprzytłaczającej swoją objętością. Bo jeśli w 2011 roku mogliśmy mówić o nadmiarze, to czym jest to, co mamy teraz?
Platformy streamingowe, premiery co tydzień, seriale wypuszczane całymi sezonami naraz. Książki pojawiają się i znikają w tempie, którego nie jesteśmy w stanie śledzić. Festiwale, podcasty, eseje, analizy. Kultura nie tylko nas otacza. Ona nas zalewa. I choć dostęp do niej jest łatwiejszy niż kiedykolwiek, poczucie niedosytu jest większe niż kiedykolwiek wcześniej.
Znam to aż za dobrze. Stosy „czekających” na mnie książek. Listy filmów do obejrzenia. Zakładki w przeglądarce, do których nigdy nie wracam. Kilka rzeczy naraz: coś „ważnego”, coś „na bieżąco”, coś „dla przyjemności”. Próba pogodzenia klasyki z nowościami, rzeczy głośne i te, co „wypada znać”. I zawsze to samo wrażenie: jestem w tyle.
To samo dotyczy kina. Im więcej oglądam, tym więcej mam do nadrobienia. Każdy obraz prowadzi do kolejnego. Każda inspiracja otwiera nowe drzwi. Oglądam jeden tytuł i natychmiast pojawia się lista następnych. To nie jest już wybór. To ciągły pościg. W pewnym momencie przestaje chodzić o przeżywanie kultury. Zaczyna chodzić o jej „zaliczanie”.

I właśnie wtedy wraca do mnie wspomniana już produkcja – „O północy w Paryżu”. Obraz Woodego Allena, który dziś funkcjonuje inaczej niż w momencie premiery. Sam Allen znalazł się na marginesie współczesnego przemysłu filmowego, obciążony kontrowersjami i odsunięty od głównego nurtu. Ale jego filmy, jeśli spróbować spojrzeć na nie bez całego kontekstu obyczajowego, wciąż pozostają tym, czym były zawsze: opowieściami o ludziach, ich słabościach i tęsknotach.
A „O północy w Paryżu” jest jedną z najprostszych i jednocześnie najcelniejszych z tych opowieści.
Bohater, grany przez Owena Wilsona, marzy o innym czasie. Ucieka od współczesności do wyobrażonej przeszłości. Do Paryża lat 20., gdzie spotyka Ernesta Hemingwaya, F. Scotta Fitzgeralda, Pabla Picassa, Salvadora Dalego czy Luisa Buñuela. Lista nazwisk robi wrażenie, ale nie o nią tu chodzi. To nie jest historia o wielkich artystach. To film o naszej potrzebie bycia „gdzie indziej”. O przekonaniu, że kiedyś było lepiej, ciekawiej, pełniej. Że gdzieś istnieje moment w historii, do którego powinniśmy należeć.

A przecież to złudzenie.
Allen pokazuje, że każda epoka tęskni za inną. Każda ma swoje ograniczenia i swoje rozczarowania. I że prawdziwe życie zawsze dzieje się tu i teraz, choć tak często próbujemy od niego uciec. To uderza szczególnie mocno dzisiaj.
Bo współczesność daje nam niemal nieograniczony dostęp do wszystkiego. Możemy oglądać, czytać, słuchać bez końca. A jednak coraz częściej zamiast satysfakcji pojawia się zmęczenie. Zamiast zachwytu – presja, by nadążyć. Może właśnie dlatego ten film działa dziś jeszcze mocniej niż kiedyś.
Nie daje odpowiedzi. Nie proponuje rozwiązania. Przypomina za to o czymś bardzo prostym. Kultura nie jest wyścigiem. Nie trzeba znać wszystkiego. Nie trzeba być na bieżąco za wszelką cenę. Nie trzeba „zaliczać” kolejnych tytułów tylko dlatego, że są ważne, nagradzane albo głośne. Wystarczy znaleźć w tym wszystkim coś, co naprawdę nas porusza.

Bo sztuka, jeśli ma mieć sens, powinna być czymś więcej niż listą do odhaczenia. Powinna być relacją. Czymś, co zostaje z nami, co nas zmienia, co pozwala nam lepiej rozumieć siebie i świat. Czasem jednym filmem. Jedną książką. Jednym obrazem.
I choć wciąż mam na półkach więcej nieprzeczytanych książek niż tych przeczytanych, a lista filmów do obejrzenia nigdy się nie kończy, coraz częściej myślę, że to wcale nie jest problem. To dowód na to, że wciąż jestem ciekawy. Że wciąż szukam.

I że w tym całym chaosie kultury najważniejsze nie jest to, by zdążyć ze wszystkim.
Tylko, by od czasu do czasu… zatrzymać się o północy.
