Młode matki wypadły na ekranie całkiem zwyczajnie. Jednak ta bijąca po oczach prostota wygląda na niewątpliwie dobrze przemyślany zabieg. Chociaż film jest z gatunku dramatem społecznym, w odczuciu bardziej przypomina dokument, a tytułowe matki tkwią w nim jakby nieoderwane od swoich spraw życia codziennego. Uchwycone pośrodku przeżywania kolejnych strapień, krzątające się pomiędzy dziećmi swoich koleżanek a troskami własnego macierzyństwa. Gwałtownie wyrwane z beztroski, tak znamiennej dla młodzieńczych lat, tak bliskiej kiedyś każdemu z nas. Czasy skradzione. Czasy, których żadna siła już nie powróci.
Jessica, Perla, Julie, Ariane i Naïma – zamieszkujące wspólnie dom samotnej matki. Zwyczajne dziewczyny schowane w niezwyczajnym domu. Schwytane przez obiektyw w swych naturalnych barwach, pełne obaw i cichej nadziei. Nieskrępowane i dzielnie walczące o lepszy los. Dziewczyny nadrabiają kilka lat, jakby wyprzedzały własne życie, by obudzić w sobie macierzyństwo. Każda z bohaterek musi nauczyć się być mamą. Przyjąć rolę tak obcą, a jednocześnie tak bliską. I każda z nich, nie zważając na metrykę, musi stanąć twarzą w twarz z nową tożsamością.

Ogołocone z niewinności, pod którą nie mogą się już skryć. Nastolatki z ciążowymi brzuchami. W ich głowach miliony myśli, wątpliwości i lęk. W odbiciu lustra nowe sylwetki. Sparaliżowane, choć to właśnie teraz najmocniej potrzebują swych ciał. Wyprute emocjonalnie, choć to właśnie teraz potrzebują wykrzesać ze swych emocji siłę.
Jak wyobrażam sobie przedwczesne rodzicielstwo, takim też widzą je bracia Dardenne. Obrazek wzbudzający we mnie dość niejasne emocje. Jako widzka czułam się zmuszona do zanurzenia w klimacie bezwładu i słodkiej goryczy. W klimacie, w którym każde młode, stające się matką dziewczę jest skazane, by się odnaleźć.
Wątłe, bezbronne sylwetki. Delikatne, dziewczęce buzie. Ta kruchość, wręcz anemiczność tych młodych kobiet sprawiła, że pełniej dojrzałam znaczenie ich dramatu. Ciężar, który niosą na swych wiotkich barkach. Walka, którą toczą. Żal, który boli. Odpowiedzialność, która przerasta.

Czy można winić te dziewczęta za ich młodość, za frywolność, za wolnego ducha? Czy można je winić za niedojrzałość, naiwność, być może lekkomyślność, nieodpowiedzialność? Czy można je osądzać za niewłaściwe decyzje? Pewnie tak. Ale co jeśli żadna z nich nie rozumiała, że właśnie je podejmuje? Co jeśli żadna z nich nie wiedziała, że właśnie staje przed wyborem, którego echo wybrzmiewać będzie już do końca ich dni? Co jeśli szczenięca głupota przyćmiła wskazaną racjonalność? Co jeśli do tej pory nie pojawił się nikt, kto mógłby je przed tą głupotą uchronić lub chociażby przestrzec? I w końcu, czy można je tym bardziej winić za ich bezsilność, za głęboką żałobę po swojej niewinności?
Gdy krzyk jest głuchy, a słowa nic nie znaczą. Gdy przekleństwo staje się błogosławieństwem, a lęk nową nadzieją. Gdy pokrzepia niewymuszona jedność, a obcy stają się najbliżsi. Gdy tracisz grunt, by go odzyskać. O tym jest ten film i z tych powodów absolutnie zasługuje na uznanie. Lubię go za normalność i za ciszę mówiącą najwięcej.

Tytuł polski: Młode matki
Tytuł oryginalny: Jeunes mères
Produkcja: Belgia, Francja / 2025 r.
Premiera (świat): 23 maja 2025 r.
Premiera (Polska): 22 maja 2026 r.
Reżyseria: Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne
Scenariusz: Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne
Zdjęcia: Benoît Dervaux
Obsada:
Babette Verbeek (Jessica)
Lucie Laruelle (Perla)
Elsa Houben (Julia)
Janaïna Halloy-Fokan (Ariane)
Samia Hilmi (Naïma)
Czas: 105 min.
Dystrybucja kinowa: Aurora Films
