Nie taka znowu „żelazna”

O „Żelaznej Damie” było głośno jeszcze na etapie produkcji. Wszystkie elementy wskazywały na wielkie filmowe wydarzenie: temat, czyli biografia Margaret Thatcher, oraz obsada, przede wszystkim Meryl Streep, rekordzistka oscarowych nominacji. Zdjęcia z planu, w których aktorka pojawiała się w pełnej charakteryzacji, tylko podsycały oczekiwania. Spektakularny trailer zapowiadał wielką aktorską ucztę. Wydawało się, że Meryl Streep przeszła samą siebie, a widzowie otrzymają kolejny, po „Królowej” i „Jak zostać królem”, znakomity obraz z kręgu brytyjskiej polityki. No właśnie, wydawało się.

Akademia doceniła rolę Meryl Streep, przyznając jej Oscara, ale sam film został w innych kategoriach w dużej mierze pominięty. Wyjątkiem była statuetka za charakteryzację, co zresztą uważam za dość niesprawiedliwe wobec „Alberta Nobbsa”. Gdybym miał streścić „Żelazną Damę” jednym zdaniem, brzmiałoby ono mniej więcej tak: szkoda tak wielkiego wysiłku Meryl Streep na tak słabą produkcję.

Czekałem na ten tytuł, tym większe było więc rozczarowanie. Przypomniał mi się przy tym Szekspir, rodak Margaret Thatcher:

„Dalej, dalej, siostry wiedźmy,
Czarodziejski krąg zawiedźmy
Ot tak, ot tak, ot tak;
Trzykroć tak i trzykroć wspak,
Trzykroć jeszcze do dziewięciu:
Pst! – już po zaklęciu.”

Skąd to skojarzenie z „Makbetem”? Bo właśnie w ten sposób wyobraziłem sobie producentów i twórców filmu próbujących „ugotować” produkcję oscarową. Dorzucają kolejne składniki do kotła: odrobinę komediowości znanej z „Jak zostać królem”, trochę politycznej odpowiedzialności z „Królowej”, mieszają, aż powstaje kompozycja, która ostatecznie okazuje się zwyczajnie zbyt ciężka i chaotyczna.

Skojarzenia z „Królową” i „Jak zostać królem” są zresztą oczywiste. To nie tylko zbliżony czas ich realizacji. Wynikają przede wszystkim z wyboru tematu i przekonania, że sprawdzony schemat można bez końca powielać. Sama biografia Margaret Thatcher jest bez wątpienia fascynująca i aż prosi się o wielkie kino, ale w tym przypadku trudno oprzeć się wrażeniu kalkulacji.

Siłą „Królowej” i „Jak zostać królem” były trzy elementy konstrukcyjne. Po pierwsze, skupienie się na wycinku biografii zamiast na całości życia. W filmie Stephena Frearsa był to moment śmierci księżnej Diany, a w historii Jerzego VI okres objęcia tronu i II wojny światowej. Po drugie, wyraźny konflikt i stawka, które nadawały narracji napięcie. Po trzecie, silny antagonista, czy to w postaci Tony’ego Blaira, czy wewnętrznej walki z własnymi ograniczeniami.

Tego wszystkiego w „Żelaznej Damie” zabrakło albo zostało bardzo osłabione. Można oczywiście twierdzić, że to inny projekt i inna konstrukcja, ale efekt pozostaje ten sam: brak wystarczająco mocnego rdzenia opowieści.

Wydawało się, że twórcy znaleźli ciekawy klucz do historii. Głównym problemem bohaterki jest demencja starcza. Z dala od wielkiej polityki, zamknięta w domu, traktowana przez rodzinę i opiekunów jak osoba krucha, pozostaje w dialogu głównie z wyobrażeniem zmarłego męża. Z jej pamięci wyłaniają się fragmenty życia, które składają się na nielinearną narrację: ślub, wybory, przywództwo w partii, premierostwo, wojna o Falklandy. Taka konstrukcja miała dać twórcom większą swobodę formalną, ale w praktyce wprowadziła chaos.

Każda scena staje się przy tym zbyt dosłowna, jakby była ilustracją tezy, a nie częścią żywej opowieści. Przykładem może być sekwencja bombardowania Londynu. Rodzina schodzi do schronu, a ojciec sklepikarz pyta, czy ktoś przykrył masło w sklepie. Młoda Margaret natychmiast biegnie na powierzchnię, by je zabezpieczyć. Tego typu scen jest więcej i każda z nich zamiast budować postać, upraszcza ją do schematu. Jeżeli miało być to celowe infantylizowanie tłumaczące chorobę bohaterki, to uzyskano przeciwny efekt. Wątpię jednak, byśmy mieli do czynienia tu z przemyślanym działaniem.

Nie pomaga też brak spójności tonalnej. Sceny z młodości utrzymane są w lekkiej, momentami niemal komediowej konwencji, podczas gdy część „dorosła” przechodzi w ton dramatyczny, często ocierający się o melodramat. Efektem jest bohaterka pozbawiona naturalnej ciągłości rozwoju. Młoda Margaret wydaje się pozbawiona charyzmy, co utrudnia uwierzenie w jej przyszłą polityczną siłę.

Jej mąż również nie zostaje zbudowany jako pełnoprawna postać. Denis Thatcher (Jim Broadbent) pełni raczej funkcję komentatora niż realnego partnera czy przeciwnika. Nie wynika to z gry aktorskiej, lecz z konstrukcji scenariusza, który nie daje mu przestrzeni na rozwój.

Ostatecznie „Żelazna Dama” traci na tym, że próbuje objąć zbyt wiele, nie pogłębiając żadnego z wątków. Kopalnie, protesty górników, IRA czy wojna o Falklandy pojawiają się jedynie w skrótach, archiwaliach lub symbolicznych scenach. Brakuje im dramaturgicznej wagi, jakby były jedynie tłem do portretu jednostki.

W efekcie pozostaje pytanie, kim właściwie jest filmowa Margaret Thatcher. Nie widzimy ani wielkiego polityka, ani szczególnie złożonego człowieka. Zostaje obraz, który w dużej mierze ratuje Meryl Streep, dźwigająca na sobie ciężar roli i tekstów, brzmiących momentami jak zapis politycznego sloganu.

„Uważaj na myśli, bo stają się słowami. Uważaj na słowa, bo stają się działaniem. Uważaj na działania, bo stają się zwyczajami. Uważaj na zwyczaje, bo stanowią o charakterze. I uważaj na charakter, bo staje się twoim przeznaczeniem. Stajemy się tym, co myślimy.”

Być może właśnie za sposób, w jaki nadała sens tej szeleszczącej papierem scenie, Meryl Streep otrzymała swojego Oscara. A na kolejne zmagania z postacią brytyjskiej premier, musieliśmy poczekać kilka lat. Na szczęście warto było. Kreacja Gillian Anderson w serialu „The Crown” była rewelacyjna i niestety – jasno pokazała jak bardzo twórcy zmarnowali filmowy temat „Żelaznej Damy”.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *