Nie tak „różowo”

Kiedy „Róża” trafiła do kin, dużo mówiło się o jej niedocenieniu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Pojawiały się głosy, że to „oficjalny przegrany, nieoficjalny triumfator” (Andrzej Bukowiecki). Co ciekawe, niedawno mieliśmy niemal bliźniaczą sytuację przy okazji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego – „Dom dobry”. Obraz ten również wzbudził silne reakcje i nie przełożył się jednoznacznie na festiwalowy triumf w Gdyni. Z dzisiejszej perspektywy widać więc wyraźniej, że nie był to przypadek, lecz powtarzający się mechanizm.

Można oczywiście zastanawiać się, czy decydują gusta, polityka, czy zwykły przypadek. Można też przywołać analogię do Martina Scorsese, który przez dekady pozostawał pomijany przez Akademię mimo tak wybitnych filmów jak „Taksówkarz” czy „Wściekły byk”. Dziś jednak nie ma już większego znaczenia, jakie decyzje zapadały wtedy w Gdyni. Istotniejsze jest to, jak „Róża” działa po latach. A działa wciąż z ogromną siłą.

Wojciech Smarzowski pozostaje jednym z najbardziej bezkompromisowych twórców polskiego kina. To reżyser doskonale rozumiejący warsztat, potrafiący prowadzić aktorów i budować napięcie bez taryfy ulgowej dla widza.

„Róża” zaczyna się sceną ustawiającą natychmiast cały ton opowieści. Nie ma wprowadzenia, nie ma łagodnego wejścia. Widz zostaje wrzucony w sam środek piekła schyłku Powstania Warszawskiego. Zbliżenie na umęczoną twarz Tadeusza (Marcin Dorociński) i brutalna scena gwałtu na jego żonie, nie pozostawiają żadnych złudzeń. Tym bardziej, że kobieta jest sanitariuszką, a barbarzyński akt kończy się jej egzekucją. Humanitaryzm zderza się tu w najczystszej postaci z barbarzyństwem. To nie jest tylko przemoc fizyczna, ale symboliczne zniszczenie wszystkiego, co powinno być chronione.

Ten ton zostaje utrzymany przez cały film. Gwałty, których doświadczają kobiety na Mazurach, nie są jednorazowym szokiem, lecz elementem codzienności powojennego chaosu. Przemoc nie ma jednej twarzy ani jednego sprawcy. Jest rozlana, wpisana w rzeczywistość, gdzie nie obowiązują już żadne zasady. Reżyser nie daje szansy dystansu, a to nie każdy widz potrafi wytrzymać.

Z dzisiejszej perspektywy widać jeszcze wyraźniej, jak konsekwentny jest język tego filmu. Smarzowski buduje świat poprzez detale. Wojna nie jest spektaklem, lecz stanem wpisanym w przestrzeń. Widać ją w zniszczonych ścianach, porzuconym jeepie zatopionym w bagnie, samotnej armacie na środku pola. W krajobrazie, który nie zdążył się jeszcze podnieść. Równie ważne są drobne obserwacje obyczajowe, jak chociażby scena z przesiedleńcami z Litwy. Odwiedzając gospodarstwo Róży (Agata Kulesza), przyprowadzają ze sobą krowę z obawy przed jej kradzieżą. To właśnie w takich momentach film zyskuje wiarygodność.

Największe wrażenie robi jednak aktorstwo. Marcin Dorociński i Agata Kulesza budują relację opartą na niedopowiedzeniach, spojrzeniach i oszczędnych gestach. Ich bohaterowie nie potrzebują wielkich deklaracji. Uczucie rodzi się powoli, w cieniu przemocy i strachu.

Szczególnie poruszająca jest scena, w której siedzą razem na ławce przed domem. To moment ciszy, rzadki w tym świecie. Pojawia się oddech, cień normalności, ale nawet wtedy śmierć wydaje się obecna tuż obok. W tej prostocie jest coś niezwykle przejmującego. Nie wiem, na ile był to zabieg świadomy, lecz trudno nie odnieść wrażenia, że scena przywołuje skojarzenie z obrazem Aleksandra Gierymskiego „Trumna chłopska”. Tu trumny nie ma, tylko jej obecność czuje się w powietrzu. Śmierć nie jest wydarzeniem. Jest stanem. Niewiarygodne, ale tej sceny nie było w scenariuszu. Została dopisana dopiero na planie!

Zamykając wątek aktorski warto wspomnieć o świetnej drugoplanowej kreacji. Chodzi o rolę pastora, w którą wciela się Edward Linde-Lubaszenko. To kreacja zaskakująco powściągliwa i skupiona. Aktor znany wcześniej z zupełnie innych ról pokazał tu nowe oblicze.

Z perspektywy czasu łatwiej jednak dostrzec również słabości filmu. Najbardziej problematyczny pozostaje finał. Historia znajduje naturalne domknięcie w momencie ślubu Tadeusza z Jadwigą, córką Róży i jego aresztowania tuż po ceremonii. To mocny, symboliczny koniec niewymagający dopowiedzeń. Zamążpójście uchroniło Jadwigę przed niebezpieczeństwem deportacji. Tymczasem film idzie dalej. Sceny tortur w podziemiach UB, choć brutalne i sugestywne, sprawiają wrażenie nadmiarowych i niepotrzebnych. Nie wnoszą nowej jakości, raczej przedłużają stan będący już jasno zarysowany. Smarzowski jednak wciąż przeciąga zakończenie. Tadeusz po zesłaniu wraca do Polski, władze deportują Niemców z Mazur, gospodarstwo Róży zostaje przejęte przez sąsiadów. Nie ma tu zaskoczenia. To oczywiste, że Jadwiga czekała na niego i oczywiste, że Tadeusz po nią wraca. Być może takie domknięcie historii było potrzebne reżyserowi, ale przez ten finał gdzieś zanika nam miłość Róży i Tadeusza.

Czy takie zakończenie jest poważną wadą? Zależy od perspektywy. Dziś można je odczytać jako przejaw charakterystycznego stylu Smarzowskiego. Na szczęście, film jako całość pozostaje niezwykle spójny w swoim świecie i emocjach.

Po latach to nie nagrody okazują się najważniejsze. „Róża” pozostaje jednym z najmocniejszych filmów polskiego kina ostatnich dekad. Nie zestarzała się, nie straciła swojej intensywności. Wciąż boli, wciąż zmusza do patrzenia i wciąż nie daje żadnej ulgi.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *