Ile jesteśmy w stanie wytrzymać? (Kopnęłabym cię, gdybym mogła)
Seans to dwugodzinne przeciążenie. Historia zamyka nas w jednym, silnym stanie emocjonalnym. Jakbyśmy zostali uwięzieni w szklanej kuli pełnej napięcia, bez możliwości ucieczki.
Seans to dwugodzinne przeciążenie. Historia zamyka nas w jednym, silnym stanie emocjonalnym. Jakbyśmy zostali uwięzieni w szklanej kuli pełnej napięcia, bez możliwości ucieczki.
Hollywood uwielbia przenosić książkowe bestsellery na ekran. A jeszcze bardziej kocha te, które… wcześniej zostały już zekranizowane (najlepiej w języku innym, niż angielski).
„Doprowadź mnie do szaleństwa”. Pod takim właśnie hasłem trwa promocja najnowszej ekranizacji „Wichrowych wzgórz” w Anglii i USA. Czy film faktycznie ma tę moc? Oj, ma! Tylko nie wiem czy o taki rodzaj szaleństwa chodziło jego twórcom.
„Wartość sentymentalna” ma wszystko to, z czym kojarzymy kino skandynawskie: chłód relacji, znaczenie gestów, spojrzeń i pauz ważniejszych, niż wypowiadane dialogi. Głęboko skrywane traumy i skomplikowaną przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć.
Del Toro opowiada „Frankensteina” z empatią, ale empatia nie zawsze prowadzi do prawdy. Czasem wygładza to, co powinno pozostać niepokojące. Jego świat jest piękny, ale mniej dotkliwy emocjonalnie.
Dla tych, którzy w kinie szukają emocji i prawdy, a nie taniej sensacji, „Hamnet” może okazać się jednym z najważniejszych seansów tego roku. To nie jest film o Williamie Szekspirze. To filmowy poemat o radzeniu sobie ze stratą.
Cofnijmy się na chwilę w czasie do Stanów Zjednoczonych lat osiemdziesiątych. Dlaczego? Ponieważ fascynująca jest dziś lektura recenzji czołowych amerykańskich krytyków, napisanych tuż po premierze tego jednego, konkretnego filmu.
„Wielki Marty” to jeden z najlepszych filmów roku, a tytułowa rola jest najciekawszą kreacją aktorską w dotychczasowej karierze Chalameta. Tytuł okazuje się wręcz proroczy.
Autorzy próbują zmieścić w jednym tomie tak wiele wątków, że pod koniec czytelnik przestaje mieć pewność, o czym właściwie jest ta książka. Odpowiedź brzmi: o wszystkim naraz. I niestety, to nie jest komplement.
„Dom dobry” to film ważny – nie tylko ze względu na poruszaną tematykę, ale także przyjętą formę. Jest trudny, bolesny, szczególnie dla kobiet, ale warto go obejrzeć nawet wtedy, gdy nie jest się fanem kina Smarzowskiego.