Zapamiętać na zawsze…

„Gdy miałem 15 lat, zobaczyłem Kinskiego w antywojennym filmie Dzieci, matki i generał. Grał porucznika, prowadzącego uczniów na front… Wszyscy kładą się spać. O świcie kolega szturcha Kinskiego. Sposób, w jaki ten się budzi, zapamiętałem na zawsze…”

To słowa Wernera Herzoga z jego dokumentu „Mój ukochany wróg”. Opowiada w nim o swojej burzliwej, niemal patologicznej relacji z Klausem Kinskim. O szaleństwie, które ich połączyło. To właśnie ono sprawiło, że sam zakochałem się w kinie. Byłem w podobnym wieku, kiedy zobaczyłem „Fitzcarraldo”. Obrazy z filmów tego duetu zostały ze mną na zawsze.

Dlaczego wracam do tego cytatu? Bo kryje się w nim coś, co mówi o istocie kina.

Przez długi czas byłem przekonany, że o sile filmu decyduje przede wszystkim historia. Kino przecież wyrasta z literatury. Wydawało mi się oczywiste, że to właśnie opowieść przyciąga widza i zostaje z nim najdłużej. I wciąż częściowo tak myślę. Z czasem jednak zrozumiałem, że jako widz zapominałem o czymś znacznie ważniejszym. Nie pamiętamy filmów w całości. Pamiętamy je fragmentami.

Oczywiście są osoby potrafiące odtworzyć fabułę scena po scenie, dialog po dialogu. Większość z nas jednak przechowuje w pamięci pojedyncze obrazy, momenty, emocje. To zresztą działa podobnie jak w życiu. Kiedy wracamy myślami do przeszłości, nie widzimy ciągłej narracji. Widzimy krótkie przebłyski. Dwutygodniowy wyjazd nad morze może sprowadzić się do jednej sceny: oświadczyn na plaży. Jednej chwili, która nadaje sens całości.

Tak samo jest z filmami.

Ile jest takich, co naprawdę zostają z nami na długo? Niewiele. A ile takich, które zostawiły w naszej pamięci choć jeden obraz, jedną scenę, jeden gest? Niewiele więcej. Zdarza się, że jeśli produkcja mnie nie poruszy, zostaje po niej jedynie wrażenie. Jak po zwiastunie. Jakaś twarz, jakieś ujęcie, nieuporządkowany zbiór obrazów.

Spróbujmy prostego eksperymentu. Cofnijmy się o kilkanaście lat. Na przykład do 2011 roku. Filmy nagradzane, głośne, „ważne”. Ile z nich naprawdę pamiętamy?

W moim przypadku niewiele. Niemniej jest tytuł, który został ze mną do dziś: „Debiutanci”.

Nie ze względu na nagrody, choć Christopher Plummer zdobył za swoją rolę Oscara. Nie ze względu na całą historię. Z powodu jednej sceny.

Bohaterowie, grani przez Mélanie Laurent i Ewana McGregora, poznają się na imprezie. Oboje są samotni. Ona nie może mówić z powodu choroby, on próbuje poukładać życie po śmierci matki. Kiedy się rozstają, wydaje się, że to koniec. A jednak chwilę później dzwoni telefon. Nie słyszymy słów. Słyszymy tylko sygnały. „Piknięcia”, którymi ona próbuje się z nim porozumieć. Wychodzi z przyjęcia. Spotykają się ponownie. Spędzają razem noc.

Ta scena jest czystą magią.

Kiedy dziś myślę o tym filmie, nie widzę całej fabuły. Widzę właśnie ten moment. I to wystarczy, by wiedzieć, że miałem do czynienia z czymś wyjątkowym.

A inne produkcje z tamtego okresu? „Hugo i jego wynalazek”, „Artysta” (czy ktokolwiek pamięta jeszcze ten obraz?), „Żelazna dama”… Zostały gdzieś na poziomie wrażeń. Rozmytych, nieuchwytnych.

Jest jeszcze kolejny zachowany obraz. Finał „Spadkobierców”. Ojciec i dwie córki siedzą na kanapie, jedzą lody, patrzą w telewizor. Prosta scena, bez efektów, bez wielkich słów. A jednak wystarczy. To właśnie jest magia kina.

Film może być wszystkim: sztuką, rozrywką, ucieczką, intelektualnym wyzwaniem. Szukamy w nim siebie, swoich emocji, swoich doświadczeń. Tak naprawdę czekamy na coś znacznie prostszego. Na moment. Na tę jedną scenę, jeden gest, jedno spojrzenie, o którym będziemy mogli kiedyś powiedzieć dokładnie to samo, co Werner Herzog: zapamiętałem na zawsze.

A że takich momentów jest niewiele? Może właśnie dlatego mają aż taką wartość.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *