Wysocki bez pieśni

Czytając po latach wspomnienia Adama Hanuszkiewicza „Psy, hondy i drabina”, wróciłem do krótkiej anegdoty o spotkaniu z Włodzimierzem Wysockim. Hanuszkiewicz wspomina wieczór w moskiewskim mieszkaniu poety. Obok siedział aktor Henryk Bąk, któremu bolszewicy wymordowali rodzinę. Miał przeklinać Rosjan, płakać i powtarzać, że ich nienawidzi. A Wysocki po prostu śpiewał.

Ten obraz wrócił do mnie przy okazji ponownego seansu filmu „Wysocki. Dziękuję, że żyję” z 2011 roku.

Dzisiaj ogląda się rosyjskie kino inaczej niż kilkanaście lat temu. Wojna w Ukrainie sprawiła, że dla wielu widzów wszystko, co rosyjskie, obciążone jest dodatkowym kontekstem. Trudniej oddzielić kulturę od państwa, sztukę od propagandy, artystę od kraju, z którego pochodzi. Tym bardziej szkoda, że film o jednym z największych poetów i pieśniarzy XX wieku okazuje się przede wszystkim sprawnie zrealizowanym thrillerem.

A przecież materiał był niezwykły.

Wysocki był kimś więcej niż piosenkarzem. Dla Rosjan stał się głosem pokolenia. Dla Polaków pozostaje bliski choćby dlatego, że inspirował Jacka Kaczmarskiego. To właśnie dzięki niemu powstało „Nie lubię”, jedna z najważniejszych pieśni naszego barda. Obaj byli poetami wolności. Obaj żyli w cieniu komunizmu. Obaj zapłacili za własną intensywność życia wysoką cenę.

Film Piotra Busłowa wybiera jednak tylko krótki epizod z biografii Wysockiego – tournée po Uzbekistanie w 1979 roku, uzależnienie od narkotyków, intrygę KGB i słynną śmierć kliniczną. To nie jest zły pomysł. Problem polega na tym, że twórcy opowiadają tę historię tak, jakby kręcili kolejną część kina sensacyjnego.

Pościgi, tajniacy, konspiracja, nerwowy montaż, muzyka budująca napięcie niemal w każdej scenie. Są momenty, w których można odnieść wrażenie, że ogląda się rosyjską odpowiedź na serię o Jasonie Bourne’ie. Zwłaszcza kiedy Wysocki pędzi samochodem przez Moskwę albo gdy KGB zastawia na niego kolejne pułapki.

Niektóre sceny robią ogromne wrażenie wizualne. Rekonstrukcja Moskwy końca lat siedemdziesiątych jest znakomita. Widać dbałość o kostiumy, samochody, architekturę i sposób filmowania epoki. Busłow świadomie korzysta z anamorficznej optyki przypominającej kino tamtych lat. To procentuje. Miasto wygląda wiarygodnie i żyje.

Jeszcze większe wrażenie robi sam Wysocki. A właściwie… jego twarz.

Produkcja ukrywała nazwisko aktora. Zastosowano charakteryzację wspartą efektami komputerowymi, dzięki czemu podobieństwo do oryginału jest momentami wręcz niepokojące. Modyfikacji został też poddany głos aktora. Technicznie osiągnięto sukces. Paradoks polega na tym, że im bardziej bohater przypomina Wysockiego z wyglądu, tym mniej przypomina go jako człowieka.

Filmowy Wysocki jest uparty, egoistyczny i autodestrukcyjny. Rani bliskich, ignoruje lekarzy, odrzuca każdą próbę pomocy. Wszystko to zapewne było częścią jego życia. Tyle że twórcy niemal całkowicie zapominają pokazać, dlaczego miliony ludzi go kochały.

Brakuje poety.

Brakuje pieśni.

Brakuje magnetyzmu.

Najbardziej zaskakujące jest to, że w filmie o Wysockim… prawie nie ma Wysockiego jako artysty. Poza krótkimi fragmentami koncertów jego twórczość zostaje zepchnięta na margines. Zastępuje ją monumentalna muzyka ilustracyjna, która chwilami usiłuje narzucić emocje zamiast je wydobywać. W scenie wylotu do Uzbekistanu orkiestra gra z takim rozmachem, jakby bohater leciał rozbroić bombę atomową.

Znacznie ciekawszy okazuje się oficer KGB grany przez Andrieja Smoljakowa. To najbardziej niejednoznaczna postać filmu. Potrafi być bezwzględnym funkcjonariuszem systemu, ale w kilku scenach odsłania zwykłe ludzkie odruchy. Dzięki temu jego bohater staje się bardziej wiarygodny niż sam Wysocki. Można odnieść wrażenie, że aktor stworzył postać z podobnym wyczuciem niuansów, z jakim Robert Więckiewicz zbudował swoją kreację w filmie „Różyczka”.

Podobny problem dotyczy relacji z ukochaną graną przez Oksana Akinshina. Aktorka przekonująco pokazuje kobietę gotową zrobić dla ukochanego wszystko – nawet przemycać dla niego narkotyki przez granicę. Tyle że scenariusz nie daje nam powodów, by uwierzyć, dlaczego właściwie go kocha. Co więcej, upraszcza również sytuację samego Wysockiego. W czasie wydarzeń przedstawionych w filmie jego życie uczuciowe było znacznie bardziej skomplikowane. Formalnie pozostawał związany z Marina Vlady, która przebywała wówczas we Francji. Twórcy świadomie odsuwają ten kontekst na bok, wybierając prostszą, bardziej romantyczną historię.

Najbardziej poruszyła mnie dopiero scena śmierci klinicznej. W retrospekcji Wysocki przypomina sobie moment, gdy podczas rodzinnej podróży samochód ugrzązł w śniegu. Zdejmuje płaszcz, wkłada go pod koła, przenosi rodzinę na rękach i za wszelką cenę próbuje ruszyć dalej. To krótka chwila, ale właśnie tam po raz pierwszy pojawia się człowiek z krwi i kości. Wojownik. Ktoś, kto nigdy się nie poddaje. Szkoda, że podobnych scen jest tak niewiele.

I chyba dlatego po seansie pozostaje największy niedosyt. Nie dlatego, że to film rosyjski. Nie dlatego, że powstał w innym czasie i dziś oglądamy go przez pryzmat wojny. Przede wszystkim dlatego, że twórcy dostali w ręce historię jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku, a opowiedzieli ją językiem sprawnego kina komercyjnego. To nie jest zły thriller – ogląda się go z zainteresowaniem.

Tyle że równie dobrze jego bohater mógłby nazywać się zupełnie inaczej. A Wysocki nie był kimkolwiek.

Historia została opowiedziana. Człowiek – już nie. A przecież właśnie dla niego przyszliśmy do kina.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *