Czy legendom można zaufać? Zwykle czynią one bohaterów szlachetniejszymi niż byli naprawdę. Michael Sarnoski w swoim najnowszym filmie bezlitośnie rozprawia się z jednym z najpopularniejszych folkowych bohaterów.
Bajkowy krajobraz średniowiecznej Anglii rozpościera się na kinowym ekranie, czarując widzów blaskiem i kolorem. Odziany w zieleń protagonista staje do walki ze skorumpowanym szeryfem, by następnie oddać zrabowane bogactwa ubogim i potrzebującym. Dzięki swojej heroicznej postawie zdobywa serce pięknej Lady Marion i wraz z wiernymi kompanami oddala się w leśne głębiny, wyczekując kolejnej przygody. Cała historia kończy się zgodnie z utartym schematem, a happy end jest gwarantowany.
A jednak… nie tym razem.

Legenda o Robin Hoodzie trafiła na srebrny ekran już w pierwszych dekadach raczkującego przemysłu filmowego jako jeden ze sztandarowych elementów kanonu popkultury. Na przestrzeni lat opowieść o „dobrym złodzieju” doczekała się niezliczonych interpretacji, choć twórcy rzadko decydowali się porzucić sprawdzoną formułę lekkiego kina przygodowego. Do nielicznych prób uczynienia łucznika z Sherwood poważniejszą postacią można zaliczyć kreację Russella Crowe’a z „Robin Hooda” w reżyserii Ridleya Scotta, czy też propozycję Seana Connery’ego, który w „Powrocie Robin Hooda” występuje jako podstarzały krzyżowiec w poszukiwaniu utraconej miłości. Oba tytuły bladną jednak w porównaniu z najnowszym obrazem Michaela Sarnoskiego („Świnia”, „Ciche miejsce: Dzień pierwszy”), który postawił sobie za cel przedstawienie legendarnego banity w zupełnie nowej odsłonie. Inspirując się mało znaną legendą o śmierci legendarnego rozbójnika, stworzył opowieść mroczniejszą i bardziej bezkompromisową niż którakolwiek z wcześniejszych ekranizacji.

Pierwsze kadry zachwycają wizualnym kunsztem, lecz jednocześnie dają do zrozumienia, iż próżno szukać tu folkowej lekkości i romantycznych złodziejaszków z piórami w kapeluszach. Zamiast tego otrzymujemy przejmujący chłód i niepokojące widmo śmierci, wszechobecne nad pochmurnym horyzontem. Nasz bohater nie obawia się tego krajobrazu, a wręcz przeciwnie – jest jego naturalną częścią. Hugh Jackman kreuje sylwetkę słynnego banity jako mężczyzny bez grosza skrupułów, który przez lata zabijał i rabował, budując wokół siebie mit niewiele mający wspólnego z rzeczywistością. U kresu żywota nie oczekuje już od losu niczego poza długo wyczekiwanym końcem. Jednak, gdy Mały John, ostatni z jego kompanów który pozostał przy życiu, błaga go o pomoc w uratowaniu porwanej żony i dziecka, Robin zostaje wciągnięty w ostatnią, krwawą rozgrywkę.
Pierwszy akt filmu zdaje się służyć głównie pokazaniu, jak brutalny i moralnie zepsuty jest świat przedstawiony na ekranie. John i Robin mordują dojrzałych wojowników i bezbronnych chłopców, a każda kolejna konfrontacja potęguje fatalistyczny klimat. Trudno odmówić tym scenom siły oddziaływania – pełna przemocy bitwa imponuje ciężarem i fizycznością, a kostiumy i charakteryzacja dopełniają nastroju. Niemniej jednak, z każdą minutą nasuwa się nieodparte wrażenie, iż brakuje tu wyrazistego kierunku fabularnego.

Na szczęście, druga połowa seansu pozwala na przełamanie powtarzalności, jednocześnie nie kłócąc się z motywem przewodnim. Po wyczerpującym starciu, ledwo żywy Robin trafia do odludnego klasztoru, gdzie opiekuje się nim tajemnicza siostra Brigid (Jodie Comer). Podczas rekonwalescencji bohater mierzy się z nowymi odpowiedzialnościami w środowisku zupełnie odmiennym od tego, do jakiego jest przyzwyczajony. Poznając mieszkańców wyspy, Robin stopniowo odnajduje namiastkę domu, choć od początku wiadomo, że nie istnieje schronienie zdolne zagłuszyć ciężar popełnionych przez niego zbrodni. Nawet w nielicznych momentach ciepła Sarnoski nie pozwala widzowi zapomnieć, że grzechy banity są nie do odkupienia.
Największym atutem filmu są kreacje aktorskie. Jackman odnajduje w swojej roli wyjątkową równowagę między okrucieństwem a emocjonalną głębią. Doskonale rozumiemy, że mamy do czynienia z człowiekiem odpowiedzialnym za niezliczone zbrodnie, a mimo to potrafimy dostrzec tkwiące w nim resztki człowieczeństwa. To właśnie ten paradoks sprawia, że trudno pozostać obojętnym wobec tej niespotykanej inkarnacji Robin Hooda. Jodie Comer w roli Brigid uzupełnia to emocjonalne yin-yang, zestawiając wrodzoną dobroć swojej bohaterki z brakiem moralności jej ekranowego partnera. Na szczególną uwagę zasługuje także Murray Bartlett w roli Trędowatego oraz młodziutka Faith Delaney jako osierocona Margaret.

W epoce zdominowanej przez green screeny i CGI dodatkowym walorem okazuje się także wykorzystanie prawdziwych lokacji, których surowe piękno nadaje obrazowi niemal namacalny charakter. Poza kostiumami i charakteryzacją, bezbłędnie dobrana jest również ścieżka dźwiękowa, której mogłoby być nawet więcej.
Jako całość film okazuje się przedsięwzięciem udanym. Mimo nieco rozwlekłego początku pozostaje konsekwentny w swoich założeniach i z imponującą dyscypliną wykorzystuje dostępne środki wyrazu. To najbardziej nieoczywista i zarazem odważna interpretacja Robin Hooda, jaka trafiła do kinowego mainstreamu. Paradoksalnie jednak, nawet w swojej oryginalności film wpisuje się w coraz wyraźniejszy trend dominujący we współczesnym kinie kostiumowym: estetykę przygnębiającego naturalizmu, w której średniowiecze niemal zawsze oznacza błoto, szarość i brud. Aby dostrzec skalę tego zjawiska, wystarczy spojrzeć chociażby na „Króla” czy „Ostatni pojedynek”.

Sarnoski zasługuje na uznanie za stworzenie solidnego kostiumowego dramatu. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że jego sukces nie zapoczątkuje fali bezrefleksyjnych naśladowców, dla których mrok i naturalizm staną się celem samym w sobie, a nie narzędziem służącym ciekawej reinterpretacji znanej wszystkim historii.

Tytuł polski: Robin Hood: Koniec legendy
Tytuł oryginalny: The Death of Robin Hood
Produkcja: USA / 2026 r.
Premiera (świat): 28 maja 2026 r.
Premiera (Polska): 19 czerwca 2026 r.
Reżyseria: Michael Sarnoski
Scenariusz: Michael Sarnoski
Zdjęcia: Pat Scola
Obsada:
Hugh Jackman (Robin Hood)
Bill Skarsgård (Edward)
Jodie Comer (siostra Brigid)
Murray Bartlett (Trędowaty)
Noah Jupe (Arthur / Godwyn)
Czas: 123 min.
Dystrybucja kinowa: M2 Films
