Książka była lepsza?

Chyba każdy z nas wypowiedział kiedyś zdanie: „książka była lepsza”. Sam mówiłem je wielokrotnie. Z biegiem lat moje podejście zaczęło się jednak zmieniać. Zrozumiałem, że nie zawsze w ekranizacji chodzi o wierność, ale o jakość. Coraz częściej mam też wrażenie, że bronimy nie tyle książki, ile własnych wyobrażeń o niej.

Filmowe ekranizacje od zawsze budziły wśród widzów i czytelników ogromne emocje. Nie podpieram się tu żadnymi badaniami, ale śmiało mogę założyć, że większość z nas, postawiona przed wyborem, wskaże książkę jako dzieło lepsze od jej filmowej adaptacji. Trudno się temu dziwić. Literatura i kino posługują się przecież zupełnie innymi narzędziami. Film nie jest w stanie przenieść piękna języka, zabawy słowem, stylu autora czy bogactwa narracji. Nie pokaże też wszystkich myśli bohatera. Każdy opis i każda refleksja muszą zostać zastąpione obrazem, dźwiękiem albo grą aktora. Dochodzi do tego jeszcze jedno ograniczenie: czas. Kilkusetstronicową powieść trzeba zamknąć w dwóch, czasem trzech godzinach.

A jednak zdarza się coś pozornie niemożliwego. Niektóre ekranizacje nie tylko dorównują literackiemu pierwowzorowi, ale wręcz go przewyższają. Jak to możliwe? Na ten temat można by napisać osobną książkę. Spróbujmy jednak znaleźć kilka odpowiedzi.

Zanim jednak przejdziemy dalej, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Bardzo często słyszymy, że „książka była lepsza”, ale być może nie zawsze chodzi o rzeczywistą jakość dzieła. Literatura pozostawia ogromną przestrzeń dla wyobraźni. Każdy czytelnik tworzy własnego bohatera, własne krajobrazy, własny świat. Film tę swobodę odbiera. Narzuca konkretną twarz, głos i miejsce. Dlatego pierwszą reakcją po seansie nie jest zawsze ocena filmu, tylko rozczarowanie, że bohater nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażaliśmy.

Być może więc nie bronimy książki dlatego, że jest lepsza, ale dlatego, że jest bardziej „nasza”.

Od razu przychodzą mi na myśl wszystkie dyskusje wybuchające przy okazji ogłaszania obsady. W dzisiejszych czasach Internet potrafi rozgrzać się do czerwoności z powodu jednego castingu („Odyseja”). Dobrze, że nie było go jeszcze, kiedy Jerzy Hoffman przygotowywał ekranizację „Potopu”. Wybór Daniela Olbrychskiego i Małgorzaty Braunek i tak wywoływał gorące spory – każdy miał przecież własnego Kmicica i własną Oleńkę.

Oczywiście dobra ekranizacja, to nie tylko obsada.

Nie ma chyba potrzeby przytaczania przykładów złych ekranizacji. Zła ekranizacja to przecież najczęściej po prostu zły film. W tej dyscyplinie nie chodzi o stworzenie ilustracji do książki ani ruchomej wersji okładki. To autonomiczne dzieło sztuki. Musi działać niezależnie od tego, czy widz zna materiał literacki. Nie każdy przecież czytał powieść, na podstawie której powstał scenariusz. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że kiepski film nie może być dobrą ekranizacją.

Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele filmów powstało na podstawie powieści, opowiadań czy sztuk teatralnych. Nic dziwnego, że przy Oscarach od lat rozdzielane są scenariusze na dwie kategorie: oryginalne i adaptowane. Polska szkoła filmowa również opierała się na niezwykle silnym związku kina z literaturą. Sam Andrzej Wajda przez większość kariery sięgał po gotowe teksty literackie. Można więc śmiało powiedzieć, że kino w dużej mierze stoi na barkach pisarzy.

Warto jednak rozdzielić dobre ekranizacje na dwie grupy. Pierwszą nazwijmy umownie „remisem”. To przypadki, gdy zarówno książka, jak i film osiągają poziom wybitny. Drugą kategorią będzie „przekroczenie granicy”, czyli sytuacja, w której kino nie tylko dorównuje literaturze, ale zaczyna żyć własnym życiem i często przyćmiewa pierwowzór.

Do kategorii „remis” zaliczyłbym między innymi pierwsze części „Harry’ego Pottera”, „Władcę Pierścieni”, „Rozważną i romantyczną”, „Potop”, „Psychozę”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Milczenie owiec”, „Ziemię obiecaną” czy „Świat według Garpa”.

Łączy je jedno: szacunek wobec literackiego źródła, ale też odwaga do wprowadzania zmian. To chyba największy paradoks ekranizacji – najlepsze adaptacje często nie są wierne książce. Miloš Forman znacząco przebudował „Lot nad kukułczym gniazdem”, Peter Jackson usunął całe wątki z Tolkiena, Hitchcock zmieniał fabułę i konstrukcję swoich literackich inspiracji. A mimo to powstały dzieła wybitne.

Co jest zatem tą „magiczna miksturą”, która sprawia, że adaptacja jest udana? Najważniejszym składnikiem jest to, że reżyserzy nie ilustrowali książek, ale starali się uchwycić ich ducha.

W powieści Kena Keseya narracja prowadzona jest przez Wodza Bromdena – pacjenta udającego głuchoniemego. Film Formana rezygnuje z tego rozwiązania, a mimo to zachowuje emocjonalną siłę historii. Nie tłumaczy widzowi wszystkiego. Nie korzysta z narracji offowej. Zamiast tego buduje znaczenia poprzez aktorów, relacje i sytuacje.

Podobnie Peter Jackson. Podszedł do Tolkiena z ogromną miłością i zrozumieniem. Dziś trudno czytać „Władcę Pierścieni” i nie widzieć krajobrazów Nowej Zelandii czy twarzy filmowych bohaterów.

No dobrze, a co z filmami, które poszły jeszcze dalej?

Granica między „remisem” a „przekroczeniem” jest płynna i zależy od odbiorcy. Do tej drugiej kategorii można zaliczyć między innymi: „Blade Runnera”, „Niebezpieczne związki”, „Ostatniego Mohikanina”, „Śmierć w Wenecji”, „Brokeback Mountain”, „Czas Apokalipsy”, „Wiek niewinności”, „Okruchy dnia”, „Forresta Gumpa”, „Fight Club”, „Jurassic Park”, „Ojca chrzestnego” czy „Skazanych na Shawshank”.

W tych przypadkach reżyserzy nie tylko interpretują literaturę. Tworzą z niej nowy świat.

„Blade Runner” Philipa K. Dicka pozostaje ważną powieścią, ale to Ridley Scott stworzył wizualny język cyberpunku. Dziś to neonowe ulice, deszcz i twarz Rutgera Hauera definiują ten gatunek. Podobnie „Forrest Gump”. Książka Winstona Grooma była udana, ale to obraz Zemeckisa nadał historii uniwersalny wymiar. W wielu przypadkach to właśnie ekranizacja staje się „pierwszą wersją” opowieści. Jeszcze wyraźniej widać to w „Fight Clubie”. Palahniuk napisał mocną powieść, ale David Fincher doprowadził jej sensy do skrajności i nadał im filmową intensywność, której literatura nie miała.

Na końcu tej listy stoi „Ojciec chrzestny”. Dziś rzadko myślimy o książce Mario Puzo. Myślimy o Coppoli, Brando, Pacino i muzyce Nino Roty. Film nie tylko dorównał literaturze – w pewnym sensie ją zastąpił.

I być może właśnie tu znajduje się odpowiedź na pytanie z początku. Najlepsze ekranizacje nie są najbardziej wierne, są najbardziej filmowe. Rozumieją, że kino nie powinno tłumaczyć literatury na obrazy, lecz odnaleźć dla niej własny język.

Powieść Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia” jest wybitna, ale ekranizacja Jamesa Ivory’ego z Anthonym Hopkinsem osiąga podobny poziom precyzji emocjonalnej – do tego stopnia, że trudno wskazać zwycięzcę.

Dlatego może od początku źle stawiamy pytanie. Nie warto zastanawiać się, czy książka jest lepsza od filmu. To tak, jakby porównywać muzykę i obraz. To różne języki.

Dobra ekranizacja nie polega na pokonaniu literatury. Jej zadaniem jest stworzenie nowego dzieła. A największym sukcesem reżysera jest moment, w którym przestajemy mówić: „to ekranizacja książki”, a zaczynamy mówić po prostu: „to wielki film”.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *