Ale to już było… (Dzień objawienia)

Steven Spielberg znowu to zrobił! Po serii zaangażowanych filmów politycznych i obyczajowych („Lincoln”, „Czwarta władza”), a także kilku produkcji, które trudno uznać za niezbędne w jego dorobku („BFG”, „West Side Story”, „Player One”), powrócił do tematu fascynującego go od początku kariery – kontaktu z pozaziemską inteligencją.

W „Dniu objawienia” znajdziemy niemal wszystkie jego dawne fascynacje: odwiedziny kosmitów, organizację próbującą ukryć wiedzę o ich obecności na Ziemi (prowadzącą przy okazji kolejne badania i eksperymenty), ludzi wybranych przez los, widzących i czujących więcej niż inni, a także charakterystyczną dla Spielberga dziecięcą wiarę w to, że ludzkość potrafi się zmienić i że z natury jest dobra. Tak, to brzmi tak, jakby Spielberg połączył „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „E.T.” i „Czwartą władzę” w jeden film. Na papierze wygląda to jak przepis na sukces. Problem w tym, że tym razem coś się po drodze zgubiło.

Steven Spielberg to cudowne dziecko Hollywood. Współtwórca kina nowej przygody, reżyser wybitnych obrazów ważnych społecznie, ale też tych rozrywkowych z najwyższej półki. Niewielu jest twórców potrafiących łączyć pokolenia i sprawiać, że przed srebrnym ekranem równie dobrze bawią się dorośli i dzieci. Talent oraz doświadczenie nie pozwalają mu zrobić filmu naprawdę złego. Czasem jednak w jego filmografii pojawiają się produkcje, które nie potrafią oczarować widza. Niby wszystko się zgadza, niby trudno wskazać poważne błędy, Spielberga mamy dokładnie sto procent w Spielbergu, a mimo to podskórnie czujemy, że coś nie zadziałało. I właśnie takim filmem jest w mojej ocenie „Dzień objawienia”.

Akcja filmu rozgrywa się we współczesnym świecie stojącym na krawędzi kolejnego wielkiego konfliktu. Główni bohaterowie, specjalista od cyberbezpieczeństwa Daniel Kellner (Josh O’Connor) oraz prezenterka telewizyjna Margaret Fairchild (Emily Blunt), zostają wciągnięci w wir wydarzeń mogących zmienić losy całej ludzkości. Rozpoczynają podróż prowadzącą do odkrycia prawdy skrywanej przez dekady przez rządy i potężne organizacje. Dysponują dowodami na wieloletnie ukrywanie kontaktów z pozaziemską inteligencją. Z czasem thriller spiskowy przeobraża się w opowieść o empatii, odpowiedzialności i potrzebie porozumienia ponad podziałami. Spielberg po raz kolejny wykorzystuje kino science fiction, by opowiedzieć przede wszystkim o ludziach.

Problem w tym, że bohaterom daleko do wyrazistości Roya Neary’ego z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” czy nawet Elliota z „E.T.”. Trudno zaangażować się w ich emocje. Emily Blunt tworzy świetną kreację, ale sam scenariusz nie daje widzowi szansy na pełne przeżywanie losów postaci.

Tu pojawia się pewien dysonans. Spielberg znakomicie komponuje poszczególne sceny, a sekwencje akcji stoją na najwyższym poziomie, z widowiskowym epizodem rozgrywającym się w pociągu na czele. Problem tkwi jednak w konstrukcji opowieści. Scenariusz Davida Koeppa jest zbyt rozwlekły, teorie spiskowe bywają naciągane, a zamiast naturalnych rozmów między bohaterami otrzymujemy momentami intelektualne wykłady. Wątek religijny oraz rozważania o tym, czy istnienie pozaziemskiej inteligencji podważa nasze wyobrażenia o Bogu, wypadają zaskakująco naiwnie. Brakuje otoczki tajemnicy, niepokoju i napięcia. Czegoś, co Denis Villeneuve znakomicie uchwycił w „Nowym początku”.

Patrząc na „Dzień objawienia”, można odnieść wrażenie, że Spielberg stał się własnym epigonem. Wraca do tematów, obrazów i emocji, które kiedyś definiowały jego kino, ale tym razem trudno odnaleźć w nich świeżość. Być może jest to naturalny etap twórczości artysty dokonującego pewnego podsumowania. Tyle że znacznie lepiej wyszło mu to w półautobiograficznych „Fabelmanach”.

Wiara w empatię i drugiego człowieka jest piękna, ale również wyjątkowo naiwna. Spielberg zdaje się wierzyć, że ujawnienie prawdy odmieni ludzkość. Staniemy się bardziej solidarni, bardziej otwarci na siebie i gotowi do współpracy. Nastąpi właśnie ten prawdziwy „dzień objawienia”. Obawiam się jednak, że mówi nam to więcej o marzeniach reżysera niż o współczesnym świecie. A moralizatorstwo i sentymentalność zdecydowanie nie pomagają.

„Dzień objawienia” to wciąż dobre kino i wysoka jakość wykonania, ale daleko mu do najlepszych dokonań reżysera. Spielberg powrócił do swoich ikonicznych tematów i fascynacji, nie proponując jednak niczego naprawdę nowego. Oczywiście nikomu nie musi już niczego udowadniać. Powrót do tematu kosmitów jest w pewnym sensie fan serwisem dla miłośników jego twórczości. Kiedy jednak spojrzymy na film bez kontekstu nazwiska reżysera, zobaczymy po prostu solidnie zrealizowane widowisko science fiction.

Nie jest ani wybitny, ani nieudany. To po prostu solidny Spielberg. Problem polega na tym, że od Spielberga oczekujemy czegoś więcej niż solidności.

Ocena: ★★★★★★☆☆☆☆ Jakub Kossakowski

Tytuł polski: Dzień objawienia
Tytuł oryginalny: Disclosure Day
Produkcja: USA / 2026
Premiera (świat): 2 czerwca 2026 r.
Premiera (Polska): 10 czerwca 2026 r.
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: David Koepp
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: John Williams
Obsada:
Emily Blunt (Margaret Fairchild)
Josh O’Connor (dr Daniel Kellner)
Colin Firth (Noah Scanlon)
Eve Hewson (Jane Blankenship)
Colman Domingo (Hugo Wakefield)
Czas: 145 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *