Bogowie odeszli. Został człowiek (Odyseja)

Powrót do domu bywa najdłuższą z podróży. Zwłaszcza wtedy, gdy drogę wyznaczają bogowie, fatum i własne błędy. Odyseusz nie walczy wyłącznie z cyklopami, syrenami czy gniewem Posejdona. Próbuje ocalić coś znacznie trudniejszego – przekonanie, że nadal może decydować o własnym życiu. Bo z przeznaczeniem nie da się wygrać. Można jedynie zdecydować, jak na nie odpowiedzieć. O tym opowiada „Odyseja” Homera.

A o czym jest „Odyseja” Christophera Nolana? No właśnie – nie do końca o tym samym.

Już na początku eposu Zeus wypowiada jedno z najważniejszych zdań całej greckiej literatury: „Ach, jakże śmiertelnicy obwiniają bogów! Mówią, że od nas pochodzą ich nieszczęścia, a przecież sami przez własną nierozwagę sprowadzają na siebie cierpienia ponad to, co było im przeznaczone.”

To zdanie jest właściwie kluczem do zrozumienia Homera. Fatum istnieje, bogowie ingerują w życie ludzi, ale człowiek nadal ponosi odpowiedzialność za własne decyzje. Odyseusz nie cierpi wyłącznie dlatego, że rozgniewał Posejdona. Jego los jest również konsekwencją pychy, uporu i nierozwagi. Właśnie to napięcie między przeznaczeniem a wolną wolą sprawia, że historia sprzed niemal trzech tysięcy lat nadal pozostaje aktualna.

Nolan postanowił opowiedzieć tę historię inaczej. Nie pyta, czy bogowie istnieją. Zastanawia się raczej, jak wyglądałaby ta sama opowieść, gdyby wszystkie mity można było wyjaśnić racjonalnie. I trzeba przyznać, że momentami robi to znakomicie.

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, jak naprawdę wyglądało oczekiwanie we wnętrzu konia trojańskiego? Menelaos (Jon Bernthal) opowiada Telemachowi (Tom Holland) o trzech dniach spędzonych w ścisku, smrodzie i własnych nieczystościach. Mit nagle nabiera fizycznego wymiaru. Nolan konsekwentnie odbiera wojnie romantyzm. Tak jak Erich Maria Remarque odarł pierwszą wojnę światową z heroicznej legendy, tak tutaj koń trojański przestaje być symbolem sprytnego zwycięstwa, a staje się wojskową operacją okupioną strachem, zmęczeniem i upokorzeniem.

Trudno odmówić Nolanowi jednego – potrafi budować widowisko. Wojna trojańska ma ciężar, skalę i fizyczność, których często brakuje współczesnemu kinu historycznemu. Kamera Hoyte van Hoytemy nie tworzy pocztówkowej wizji antyku. Jest blisko ludzi, błota, krwi i zmęczenia. Ten świat nie przypomina muzealnej rekonstrukcji. To miejsce, w którym naprawdę można było umrzeć.

Także warstwa audiowizualna podporządkowana jest tej wizji. Muzyka Ludwiga Göranssona nie służy jedynie budowaniu epickiego rozmachu. Często tworzy poczucie nieuchronności, jakby bohaterowie od początku zmierzali ku wydarzeniom, których nie są w stanie zatrzymać. Nolan dobrze rozumie, że mit działa nie tylko poprzez fabułę, ale również poprzez atmosferę.

Podobnie przedstawiona została Itaka. Zalotnicy nie są już wyłącznie natrętnymi konkurentami Penelopy. To ludzie wykorzystujący polityczną próżnię. Im dłużej Odyseusza nie ma, tym bardziej jego królestwo przestaje do niego należeć. Wojna nie kończy się wraz z opuszczeniem Troi. Jej konsekwencje trwają długo po zakończeniu walk.

Penelopa w interpretacji Anne Hathaway nie jest jedynie wierną żoną czekającą na powrót męża. To kobieta zmuszona przez lata samotnie utrzymywać władzę i chronić syna. Aktorka pokazuje zmęczenie osoby żyjącej w zawieszeniu między nadzieją a świadomością, że świat może już nigdy nie wrócić do dawnego porządku.

Nolan idzie nawet krok dalej, sugerując, że sama wojna trojańska nie wybuchła z powodu Heleny. Piękna królowa staje się jedynie wygodnym pretekstem. W tle znajdują się wpływy, handel i walka o dominację. To interpretacja bardzo współczesna, ale trudno odmówić jej logiki.

Największe trudności pojawiają się wtedy, gdy Nolan próbuje w podobny sposób potraktować elementy nadprzyrodzone. Bogowie niemal znikają z tej opowieści. Posejdon, który u Homera jest siłą napędzającą całą wędrówkę Odyseusza, pozostaje właściwie nieobecny. Atena (Zendaya) nie jest już realną boginią czuwającą nad bohaterem, lecz bardziej projekcją wojennej traumy i wspomnieniem ofiar konfliktu. Pojawia się i znika, ale jej obecność nie ma takiego znaczenia, jakie miała w oryginale.

A przecież konflikt z bogami stanowi fundament całej „Odysei”. To gniew Posejdona sprawia, że powrót bohatera zamienia się w dziesięcioletnią tułaczkę. Bez niego podróż Odyseusza zaczyna przypominać serię nieszczęśliwych przypadków, a nie zmaganie człowieka z siłami większymi od niego. Kiedy odchodzą bogowie, znika również fatum.

Najlepiej widać to na przykładzie dwóch kobiecych postaci. Kirke została poprowadzona znakomicie. Samantha Norton tworzy jedną z najlepszych kreacji w całym filmie. Jest tajemnicza, ale jednocześnie bardzo ludzka. Dzięki niej scena przemiany załogi Odyseusza zachowuje niezwykłość, mimo że Nolan konsekwentnie próbuje osadzić mit w realistycznej konwencji.

Reżyser nie pokazuje jej jako klasycznej czarodziejki z mitologii. Bardziej interesuje go człowiek ukryty za legendą. I właśnie dlatego ta zmiana działa. Kirke nie jest jedynie przeszkodą na drodze bohatera, lecz kimś, kto również nosi własne rany.

Oczywiście Homer opowiadał tę historię inaczej. Odyseusz spędza na jej wyspie blisko rok, a ich relacja prowadzi nawet do narodzin syna. Nolan świadomie rezygnuje z części tego wątku, ale robi to w sposób, który nie niszczy emocjonalnego znaczenia tej postaci.

Kalipso wypada znacznie słabiej. Nie dlatego, że Charlize Theron źle gra tę rolę. Słabość tej postaci wynika przede wszystkim ze scenariusza. Widz nie do końca rozumie, że Odyseusz jest więźniem kogoś, kto sam żyje w pewnego rodzaju niewoli. Brakuje tu tajemnicy i niezwykłości obecnej u Homera. Sama relacja bohaterów pozostaje niejasna, a dodatkowo utrata pamięci Odyseusza komplikuje narrację do tego stopnia, że zamiast dzielić jego zagubienie, sami zaczynamy się gubić.

Od początku ogromne emocje wzbudzała również obsada. Internet poświęcił więcej uwagi kolorowi skóry aktorki grającej Helenę (Lupita Nyong’o) niż samej postaci, która w filmie ma przecież znaczenie marginalne. Paradoks polega na tym, że postać Heleny pełni w tej historii rolę przede wszystkim symboliczną. Zarzut wobec samego pomysłu castingu wydaje się więc bardziej wynikiem współczesnych sporów niż rzeczywistego problemu z adaptacją.

Jeżeli można mieć zastrzeżenia do obsady, dotyczą one zupełnie innych kwestii. Tom Holland tworzy bardzo dobrego Telemacha, ale trudno uwierzyć, że należy do tego śródziemnomorskiego świata. Momentami wygląda bardziej jak współczesny aktor przeniesiony do antycznej rzeczywistości niż członek rodu królewskiego z Itaki.

Podobne wątpliwości można mieć wobec Matta Damona jako Odyseusza. To aktor niezwykle doświadczony i charyzmatyczny, ale trudno porównać tę kreację z bardziej zniuansowanymi interpretacjami tej postaci. Niedawno mogliśmy zobaczyć „Powrót Odyseusza” Umberta Pasoliniego, gdzie w tytułową rolę wcielił się Ralph Fiennes. Oba filmy opowiadają o tym samym bohaterze, ale stawiają inne akcenty, dlatego takie zestawienie nie jest do końca sprawiedliwe. Na szczęście u Nolana dominacja akcji i widowiska sprawia, że Damon nie musi budować Odyseusza wyłącznie poprzez subtelności. Z czasem broni się ekranową obecnością.

U Homera Odyseusz zwycięża przede wszystkim dzięki inteligencji. Siła pozostaje ostatecznością, a największą bronią bohatera są spryt i umiejętność przewidywania ruchów przeciwnika.

Najlepiej widać to w historii Polifema. Odyseusz przedstawia się jako „Nikt”, dzięki czemu przechytrza cyklopa. Jednak nawet wtedy nie potrafi całkowicie zapanować nad własną naturą. Po zwycięstwie ulega pysze i zdradza swoje prawdziwe imię. W ten sposób sprowadza na siebie gniew Posejdona, ponieważ Polifem jest jego synem.

To jeden z najważniejszych momentów całego eposu. Odyseusz nie jest ofiarą wyłącznie losu. Sam przyczynia się do własnego cierpienia.

U Nolana ten wymiar bohatera zostaje mocno ograniczony. Jego Odyseusz częściej działa siłą niż intelektem. Spotkanie z Polifemem nie jest już starciem dwóch umysłów, lecz fizyczną konfrontacją. Po ucieczce z jaskini bohater posyła jeszcze strzałę w kierunku cyklopa, ale dla widza znającego Homera jest to decyzja trudna do zrozumienia. Znika bowiem element czyniący tę postać wyjątkową – świadomość, że największym przeciwnikiem Odyseusza zawsze pozostawał on sam.

W tym sensie bohater Nolana przypomina bardziej Oppenheimera niż klasycznego herosa. Własny geniusz prowadzi go do katastrofy, nad której konsekwencjami nie jest już w stanie zapanować. Koń trojański staje się odpowiednikiem bomby atomowej – triumfem ludzkiej inteligencji, ale jednocześnie źródłem moralnego ciężaru, którego nie sposób się pozbyć.

Ciekawą decyzją jest również sposób przedstawienia Agamemnona. Nolan niemal całkowicie ukrywa jego twarz, budując z niego bardziej symbol władzy niż pełnoprawną postać. Dowódca wyprawy na Troję staje się uosobieniem ambicji, politycznej siły i mechanizmu wojny.

To interesujący zabieg. Agamemnon traci wymiar indywidualny. Nie jest już tylko człowiekiem podejmującym decyzje, lecz figurą systemu, który wysyła innych na śmierć. Czasami jednak stylizacja zaczyna dominować nad samą postacią. Zamiast tajemniczej postaci z mitu otrzymujemy niemal ikonę popkultury, bardziej przypominającą Dartha Vadera niż władcę starożytnego świata.

Czy oznacza to jednak, że Nolan nakręcił złą „Odyseję”? Wręcz przeciwnie. Stworzył własną interpretację eposu. Odebrał mitowi bogów i pozostawił człowieka. W jego świecie nie ma już sił nadprzyrodzonych kierujących ludzkim losem. Jest wojna, trauma, odpowiedzialność i cena, jaką trzeba zapłacić za zwycięstwo.

I właśnie tutaj pojawia się największy problem tej adaptacji. Bo wraz z odejściem bogów znika również niezwykłe napięcie między przeznaczeniem a wolną wolą, które od blisko trzech tysięcy lat stanowi serce opowieści Homera. „Odyseja” nigdy nie była wyłącznie historią o potworach, syrenach i niezwykłych przygodach. To przede wszystkim opowieść o człowieku próbującym odnaleźć drogę powrotną do miejsca być może bezpowrotnie utraconego.

Najważniejsze pytanie Homera brzmiało więc znacznie prościej: Czy po tak długiej drodze można jeszcze wrócić do domu? I czy dom nadal będzie domem?

Nolan odpowiada inaczej niż grecki poeta. W jego zakończeniu Odyseusz i Penelopa po rozprawieniu się z zalotnikami (z Robertem Pattinsonem tworzącym wyjątkowo odpychającą kreację jednego z nich), nie wracają już do dawnego świata. Nie próbują odbudować rzeczywistości sprzed wojny. Wybierają dobrowolne wygnanie. To odważna decyzja, bo całkowicie zmienia sens tej historii.

U Homera powrót do Itaki jest zwycięstwem. U Nolana dom, do którego bohater wraca, nie jest już tym samym miejscem. Wojna odebrała mu dawną tożsamość, a lata tułaczki zmieniły zarówno jego, jak i Penelopę.

Odyseusz nie odzyskuje utraconego świata. Odzyskuje jedynie siebie. To historia człowieka, który przeżył własną legendę.

Ocena: ★★★★★★★★☆☆ Jakub Kossakowski

Za seans dziękujemy sieci kin Multikino.

Tytuł polski: Odyseja
Tytuł oryginalny: The Odyssey
Produkcja: USA, Wielka Brytania / 2026
Premiera (świat): 6 lipca 2026 r.
Premiera (Polska): 17 lipca 2026 r.
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
Muzyka: Ludwig Göransson
Obsada:
Matt Damon (Odyseusz)
Anne Hathaway (Penelopa)
Zendaya (Atena)
Tom Holland (Telemach)
Robert Pattinson (Antinoos)
Czas: 173 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.

Na podstawie: Homer, Odyseja (poemat)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *