Mit powrotu, którego nie ma (Odyseja)

Jak wrócić do domu, jeśli dom przestał istnieć – nie jako miejsce, ale jako stan ducha? Historia Odyseusza od tysięcy lat pozostaje jedną z najważniejszych opowieści o powrocie, stracie i próbie odnalezienia własnej tożsamości. Pod warstwą mitu o potworach, bogach i odległych krainach kryje się jednak znacznie bardziej przyziemna historia – opowieść o kimś, kto przeżył wojnę, ale nie jest już tym samym człowiekiem.

O najnowszym filmie Christophera Nolana było głośno na długo przed premierą. Choć jego poprzedni projekt został bardzo dobrze przyjęty, paradoksalnie to właśnie sukces „Oppenheimera” sprawił, że oczekiwania wobec kolejnego przedsięwzięcia reżysera osiągnęły poziom niemożliwy do spełnienia. Internauci zaczęli krytykować wszystko, od castingu, poprzez kostiumy, aż po sam fakt podjęcia się homeryckiej klasyki przez reżysera kojarzonego głównie z science fiction. Po miesiącach teorii i doniesień przyszła jednak pora na zderzenie z rzeczywistością. Medialny szum ustąpił miejsca gotowemu dziełu i pozostało tylko pytanie: czy Nolanowi udało się udźwignąć ciężar jednej z najważniejszych opowieści w historii kultury?

Zacząć warto od kwestii, która powraca przy każdej ekranizacji, czyli relacji wizji reżysera z materiałem źródłowym. W środowisku amatorów kina wciąż dominuje przekonanie, że podstawowym obowiązkiem filmowców jest jak najbardziej wierne odtworzenie literackiego pierwowzoru. Nolan nie zastosował się do tej wyimaginowanej reguły, wycinając lub zmieniając wydźwięk wielu scen. Oczywiście część zmian wynika z ograniczeń trzygodzinnego metrażu (w końcu czym jest parę godzin w porównaniu z kilkusetstronicowym eposem?), lecz nie da się nie zauważyć wyraźnego trendu w doborze scen, które pozostawiono poza ekranem. Znawcy antycznej literatury mogą lamentować nad brakiem Eola, czy zaskakująco marginalną rolą bogów. Pozwala to jednak na reinterpretację bohatera jako postaci, która jest czymś więcej niż pionkiem w rozgrywkach Olimpu. Odyseusz jest człowiekiem wyniszczonym wojną, dręczonym poczuciem winy i kwestionującym, czy pozostawiony przez niego świat nie stanął w płomieniach. Sprawia to, że przedstawienie głównego bohatera jest bezbłędne – zarówno na polu scenariuszowym, jak i aktorskim, dzięki świetnemu popisowi Matta Damona.

Szkoda tylko, że aktor aktorowi nierówny i nie o wszystkich z reszty gwiazdorskiej obsady można powiedzieć to samo. Do świetnie napisanych postaci należy Penelopa, której Nolan nie traktuje wyłącznie jako cień jej męża i nagrodę czekającą na końcu drogi do domu. Staje się ona pełnoprawną postacią, która posiada sprawczość i własne przekonania; może wydawać się to oczywiste, ale wiele adaptacji potrafi o tym zapomnieć. Zawsze cieszy podarowanie obiektowi uczuć bohatera własnej osobowości, podobnie jak Denis Villeneuve postąpił z Chani w swojej wersji „Diuny”. Niestety, popis Anne Hathaway jest dość chaotyczny – momentami aktorka wyraźnie przesadza z ekspresją i stawia na przerysowaną demonstracyjność. Z kolei Menelaos (Jon Bernthal) czy Antinoos (Robert Pattinson) wypadli świetnie, lecz ich do bólu współczesny wygląd i zachowanie momentami nie pozwalają w pełni wczuć się w klimat. Najgorzej jednak prezentuje się Kalipso (Charlize Theron), której historia nie porusza, wygląd nie pasuje do świata przedstawionego, a kostiumy kojarzą się z tanimi reklamami.

W kontraście do tej niezapadającej w pamięć roli stoi Kirke, której przedstawienie odbiega od wizerunku utrwalonego w popkulturze. Znana wszystkim femme fatale, definiowana w znacznej mierze przez własną seksualność, przybiera nowe oblicze. Samantha Morton skupia na sobie uwagę za każdym razem jak pojawia się na ekranie, a motywacje jakie kierują Kirke wyraźnie jawią się jako konsekwencje traumy, kierowane czymś więcej niż kaprysem. To najciekawiej napisana rola kobieca w „Odysei” i zarazem trafna odpowiedź na często powtarzany zarzut, jakoby Nolan nie potrafił tworzyć kobiecych postaci.

Nieco więcej zastrzeżeń mam natomiast do warstwy wizualnej, a konkretnie do kostiumów. Nie są złe, spełniają swoją funkcję, ale zwyczajnie brakuje im charakteru, co najbardziej widać na przykładzie zbroi noszonych przez bohaterów. Przy okazji każdej premiery osadzonej w przeszłości Internet błyskawicznie zapełnia się samozwańczymi profesorami, wyliczającymi każdą historyczną nieścisłość. Kino jednak ani nie jest rekonstrukcją, ani nie powinno pretendować do bycia muzealnym eksponatem (i mówię to jako historyczka z wykształcenia). Nie oczekuję więc od twórców stuprocentowej zgodności z realiami epoki – zwłaszcza gdy opowiadają własną interpretację mitu. Wolność artystyczna jest nie tylko przywilejem, ale wręcz koniecznością. Film nie musi być historycznie poprawny, ale musi zachwycać widza. Momentami jednak tego zabrakło.

Nie można za to odmówić Nolanowi kunsztu w kwestii efektów specjalnych, które wciąż stara się tworzyć z jak najmniejszym użyciem CGI. Starcie z cyklopem Polifemem i scena przemiany załogi w świnie zostały nakręcone głównie z wykorzystaniem kukieł, animatroników i zręcznych ujęć kamery. Nie dziwi też fakt, że wielu fanów czeka, aż reżyser podejmie się nakręcenia pełnoprawnego dreszczowca – wizyta na wyspie Kirke wywołała w widzach emocje, jakich nie powstydziłyby się klasyki body horroru, takie jak „Mucha” czy „Substancja”.

Przez większość seansu wszystkie te elementy pozostają w równowadze. Największe atuty filmu maskują jego słabe strony i vice versa – niedociągnięcia nie pozwalają całemu widowisku w pełni rozłożyć skrzydeł. Kino imponuje rozmachem, ale jednocześnie nie wykracza ponad bycie zwyczajnie poprawnym filmem.

Wszystko ratuje jednak ostatni akt, który jest jedną z najlepszych ekranowych realizacji motywu zemsty od lat. Cierpliwie budowane napięcie w końcu znajduje ujście, a finał nie tylko dostarcza satysfakcji, ale również brutalnie przypomina o cenie przemocy. Po raz ostatni zostaje podkreślony główny motyw filmu, stawiający człowieka i jego decyzje ponad kaprysy bóstw i natury.

Nolanowi udało się wydobyć z eposu to, co najbardziej uniwersalne i wciąż ważne, nawet po tysiącach lat. Czy film był o greckim wojowniku spod Troi, czy może jednak amerykańskim żołnierzu wracającym z Wietnamu, do ojczyzny która na niego nie czeka? Na to każdy z widzów może odpowiedzieć sobie sam.

Ocena: ★★★★★★★★☆☆ Julia Cisłak

Za seans dziękujemy Kinotece.

Tytuł polski: Odyseja
Tytuł oryginalny: The Odyssey
Produkcja: USA, Wielka Brytania / 2026
Premiera (świat): 6 lipca 2026 r.
Premiera (Polska): 17 lipca 2026 r.
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
Muzyka: Ludwig Göransson
Obsada:
Matt Damon (Odyseusz)
Anne Hathaway (Penelopa)
Zendaya (Atena)
Tom Holland (Telemach)
Robert Pattinson (Antinoos)
Czas: 173 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.

Na podstawie: Homer, Odyseja (poemat)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *