Katarzyna Gacek, autorka kryminałów i scenarzystka, opowiada o tworzeniu historii dla czytelników i widzów, fenomenie cosy crime oraz miejscach, które w jej twórczości stają się pełnoprawnymi bohaterami.
Punktem wyjścia do rozmowy jest najnowsza powieść Katarzyny Gacek „Zbrodnia, której nie było”, dostępna od 3 czerwca i będąca kolejną odsłoną serii „Pensjonat Jaśminowy Dwór”. W wywiadzie dla Filmiks.pl pisarka opowiada o kulisach powstawania cyklu, którego akcję osadziła w Nałęczowie — mieście łączącym spokój niewielkiej społeczności z nieprzewidywalną energią kuracjuszy i turystów. Mówi również o psychologii ofiar oszustw matrymonialnych, odpowiedzialności twórców kryminałów oraz różnicach między konstruowaniem powieści a pisaniem dla kina. Nie zabrakło także tematów filmowych. Katarzyna Gacek wspomina pracę nad ekranizacją „W jak morderstwo”, zdradza, że chętnie zobaczyłaby „Pensjonat Jaśminowy Dwór” w formie serialu, a także opowiada o współpracy z Magdaleną Nieć przy filmie „Przepis na święta”.
Nałęczów w serii „Pensjonat Jaśminowy Dwór” nie jest jedynie dekoracją dla kryminalnych wydarzeń — ma własny charakter, atmosferę i wyraźnie wpływa na bohaterów. Co sprawiło, że właśnie w tym mieście dostrzegła Pani idealną przestrzeń dla opowieści kryminalnej?
Tworząc nową serię kryminałów cosy crime dla wydawnictwa Agora na początku stworzyłam bohaterkę, byłą policjantkę, która miała prowadzić pensjonat. Musiałam tylko znaleźć miejscowość, w której taki pensjonat miałby rację bytu. Przez przypadek znalazłam się akurat wtedy w Nałęczowie i autentycznie się tym miasteczkiem zachwyciłam. Z jednej strony było niewielkie, a dla tego typu kryminałów, które piszę, im mniejsza społeczność, tym lepiej (możemy wtedy łatwiej żonglować emocjami, powiązaniami, tajemnicami z przeszłości). Z drugiej zaś strony obecność kuracjuszy i turystów wprowadza w tej przestrzeni pewien niepokój i specyficzne zawirowania. Połączenie tych dwóch płaszczyzn – ciszy, spokoju, sennej atmosfery z energią z zewnątrz wydało mi się bardzo interesujące i fabularnie atrakcyjne.
Cosy crime opiera się na ciekawym kontraście: z jednej strony pojawia się zbrodnia, zagadka i poczucie zagrożenia, z drugiej — humor, ciepło oraz bezpieczna, niemal domowa atmosfera. Jak konstruuje Pani tę równowagę, aby powieść trzymała w napięciu, ale nie przytłaczała czytelnika brutalnością?
W moich książkach zbrodnia jest pretekstem do pokazania rozbudowanego tła obyczajowego. I to ono właśnie staje się tą przeciwwagą, łagodzi historię, daje przestrzeń na humor. Prawdę mówiąc pisząc nie zastanawiam się, jak ułożyć te proporcje, właściwie wszystko dzieje się samo. Bo chociaż cały wątek kryminalny mam zawsze bardzo szczegółowo rozpisany, to obyczaj piszę na wyczucie, i jakoś zawsze udaje się odpowiednio wyważyć te dwa wątki.
Główną bohaterką cyklu jest Gabriela — była policjantka, która wraca w rodzinne strony. Co było dla Pani ważniejsze podczas tworzenia tej postaci: jej doświadczenie śledcze czy emocjonalny proces radzenia sobie ze stratą, poczuciem winy i koniecznością rozpoczęcia nowego etapu?
Zaczęło się od tego, że potrzebowałam bohaterki o bystrym, analitycznym umyśle, która jednocześnie będzie pracowała w pensjonacie na recepcji. Czułam, że te dwie opcje ciężko będzie pogodzić, i wtedy wpadłam na pomysł z policją, tragicznym wypadkiem, rzuceniem przez Gabi pracy i przeniesieniem się do Nałęczowa. Potem raz na pierwszy plan wysuwały się jej umiejętności śledcze, raz – te wszystkie skomplikowane emocje, związane ze stratą. Bardzo zależało mi na tym, żeby Gabriela była osobą z krwi i kości, żebyśmy mogli jej współczuć, dopingować jej, ale też – żeby to, co się z nią dzieje, dawało czytelnikowi nadzieję. A integralną częścią tej nadziei stała się energia, z jaką Gabi prowadzi śledztwo. Tak więc te dwa aspekty idealnie się przenikają.
W „Zbrodni, której nie było” pojawia się temat oszustw matrymonialnych oraz ludzi, którzy pod wpływem potrzeby bliskości są gotowi zaufać osobie poznanej w internecie, a niekiedy oddać jej cały swój majątek. Jak przygotowywała się Pani do przedstawienia tego mechanizmu? Czy bardziej interesowała Panią sama metoda działania oszusta, czy psychologia osoby, która stopniowo zostaje przez niego emocjonalnie uzależniona?
Bardzo dużo czytałam na temat oszustw matrymonialnych, które są niestety coraz bardziej popularne, i to nie tylko za granicą, ale w naszym kraju również. Mechanizm działania oszustów nie jest skomplikowany: najpierw bombardowanie miłością, potem niewielka pożyczka, jej zwrot, potem kolejna pożyczka, i kolejna, i kolejna… Dużo ciekawsza dla mnie była odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, że kobiety dają się oszukiwać. W tym wypadku psychologia ofiary wydaje mi się zdecydowanie ciekawsza.
Pisząc o ofiarach takich oszustw, łatwo nieświadomie oceniać ich łatwowierność albo sprowadzić problem do stwierdzenia, że „powinny były wiedzieć lepiej”. W jaki sposób jako pisarka, ale również osoba z wykształceniem psychologicznym, stara się Pani pokazać ich sytuację bez protekcjonalności? Czy literatura kryminalna może w tym zakresie pełnić również rolę edukacyjną?
Pisząc o ofiarach wyobrażałam sobie, że to ja jestem na ich miejscu. Życie nauczyło mnie, że nigdy nie możemy być pewni tego, jak się zachowamy. Umiem też bardzo dobrze postawić się w pozycji osoby potrzebującej zainteresowania i dowartościowania, bo sama jestem po brzegi pełna kompleksów i myślę, że idealnie nadaję się na ofiarę takiego oszustwa. Zresztą kiedyś o mało mi się ono nie przytrafiło. Mam dużo współczucia i zrozumienia dla kobiet oszukanych w ten sposób, a jednocześnie uważam, że trzeba o tym mówić, uświadamiać, uczulać. Więc jeżeli choć jedna osoba po przeczytaniu Zbrodni, której nie było stanie się ostrożniejsza i mniej ufna, to będzie mój wielki sukces.
Czy wybierając takie problemy społeczne jak: stalking, żałoba po stracie bliskiej osoby, późne macierzyństwo, zaczyna Pani od tematu, który chce przeanalizować, a dopiero później buduje wokół niego zagadkę kryminalną, czy przeciwnie — najpierw powstaje intryga, a jej konsekwencje prowadzą Panią do poważniejszych zagadnień?
Bardzo mi zależy, żeby w książkach, które piszę, było drugie dno, jakiś temat przewodni, który w danym czasie jest dla mnie ważny, zajmuje mi myśli, czy z którym egoistycznie sama chcę się uporać. To właśnie on stanowi punkt wyjścia, do którego potem dobieram historię kryminalną. Która oczywiście jest ściśle związana z tematem przewodnim książki.
W nowej powieści granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać, ponieważ śmierć miejscowej lekarki może być inspirowana wydarzeniami opisanymi w książce omawianej na spotkaniu czytelniczym. Czy podczas pisania zastanawia się Pani nad odpowiedzialnością twórcy za historie, które oddaje odbiorcom, oraz nad tym, co dzieje się z utworem, kiedy czytelnik zaczyna interpretować go zupełnie inaczej, niż zamierzał autor?
Uważam, że tak, jesteśmy odpowiedzialni za historie oraz za emocje, które wywołujemy u czytelnika. My, twórcy kryminałów, szczególnie. Istnieje przecież pojęcie copycat, czyli mordercy naśladującego zbrodnię z literatury lub filmu. Mając tego świadomość, sama piszę kryminały raczej lekkie i mało krwawe, pozbawione brutalności i przemocy, a temat zbrodni zmiękczam ciepłą i lekko humorystyczną warstwą obyczajową. Staram się, żeby moje książki były raczej naładowane dobrą, a nie złą energią.
Pracuje Pani zarówno nad powieściami, jak i scenariuszami filmowymi. Jak zmienia się Pani sposób myślenia o historii w zależności od medium? Czy podczas pisania książki widzi Pani sceny, kadry i aktorów, czy przeciwnie — stara się Pani uwolnić od ograniczeń filmu i wykorzystać to, czego ekran nie potrafi przekazać tak dobrze jak literatura: narrację wewnętrzną, skojarzenia oraz myśli bohaterów?
Pisanie scenariusza od pisania książki różni się diametralnie. Po pierwsze scenariusze prawie zawsze piszę z kimś. Najwięcej wspólnych filmów, bo aż cztery, mam na koncie z Magdaleną Nieć, z którą pracuję od dziesięciu lat. I kiedy kończę pisać książkę i siadam do scenariusza, to właśnie od Magdy słyszę: weź się uspokój z tą literaturą. Bo widać wtedy jak na dłoni nadmiar słów i kwiecistość języka, rzecz w scenariuszu niedopuszczalna, za to w książce – niezbędna. I odwrotnie, kiedy się przesiadam ze scenariusza do książki, dłuższą chwilę mi zajmuje, zanim się rozbujam i pozwolę sobie na pisanie bohaterem, a nie tylko akcją. Za to i przy pisaniu książek, i scenariuszy myślę scenami i staram się zapisać to, co widzę oczami wyobraźni. Często słyszę, że czytając moją książkę, ktoś czuł się tak, jakby oglądał film, i traktuję to jako komplement.
Na podstawie Pani powieści powstał film „W jak morderstwo”, przy którego scenariuszu również Pani pracowała. Akcja zarówno książki, jak i filmu była mocno związana z Podkową Leśną. Jak wyglądało przenoszenie literackiego obrazu tego miejsca na ekran? Czy zdarzało się, że rozwiązanie atrakcyjne w powieści trzeba było całkowicie zmienić, aby dobrze działało w filmie — albo że dopiero kamera wydobyła z danej sceny coś, czego nie było w pierwotnym tekście?
Jeśli chodzi o pierwowzór literacki, w mojej książce Podkowa jest zdecydowanie pełnoprawnym bohaterem i nie mieliśmy problemów z przeniesieniem tego na ekran. Rozbudowaliśmy jednak jej obecność, dodając kilka scen, na przykład wymyśliliśmy, że akcja będzie się toczyć w trakcie Otwartych Ogrodów, czyli cyklicznej imprezy, podczas której mieszkańcy zapraszają gości do swoich ogrodów, dzieląc się swoimi pasjami, muzyką, sztuką. Dzięki temu mogliśmy pokazać Podkowę jeszcze szerzej i jeszcze bardziej interesująco. Ogromna tu zasługa reżysera i współscenarzysty, Piotra Mularuka, który tak jak ja jest z Podkowy, zna i kocha to miasto, i pokazał je naprawdę pięknie. Natomiast jeśli chodzi o fabułę, to oczywiście adaptacja wymagała sporo zmian, dopisaliśmy cały wątek bioenergoterapeuty, którego zagrał brawurowo Piotr Adamczyk, komisarz Sikora, który w książce był mężem przyjaciółki głównej bohaterki, w filmie został jej bratem, żebyśmy mogli wpleść wątek romantyczny…
W kinie i serialach coraz częściej poszukuje się historii, które można rozwijać przez kilka sezonów lub części. „Pensjonat Jaśminowy Dwór” ma wyraziste miejsce akcji, powracających bohaterów i kolejne zagadki, więc wydaje się materiałem podatnym na ekranizację. Czy widzi Pani tę serię bardziej jako film, serial czy może cykl telewizyjnych opowieści? A gdyby mogła Pani zachować na ekranie tylko jeden element książek — ich humor, kryminalną intrygę, bohaterów albo atmosferę Nałęczowa — który z nich byłby dla Pani absolutnie najważniejszy?
Najchętniej obejrzałabym, czy raczej – napisałabym – z Jaśminowego Dworu serial, bo fantastycznie można by było rozwinąć bohaterów i spokojnie starczyłoby historii na kolejne sezony – jeden tom, jeden sezon. Natomiast gdybym miała zachować na ekranie tylko jeden element z książki, to w ogóle nie brałabym się za robienie ekranizacji, bo wszystkie są ze sobą tak ściśle powiązane, że wyrzucenie choć jednego z nich rozchwiałoby całą konstrukcję i w efekcie nie wszyłoby z tego nic dobrego.
Na zakończenie chciałbym zapytać o film „Przepis na święta”, którego scenariusz napisała Pani wspólnie z reżyserką Magdaleną Nieć, a który trafi do kin 6 listopada. To historia łącząca świąteczną atmosferę, romantyczną opowieść, rodzinne komplikacje i humor, czyli elementy bardzo odległe od kryminalnych intryg znanych z Pani książek. Co było największą przyjemnością, a co największym wyzwaniem w tworzeniu tej historii? I czego widzowie mogą spodziewać się po filmie — klasycznej świątecznej komedii romantycznej czy może opowieści, która pod lekką formą porusza również poważniejsze tematy związane z rodzicielstwem, odpowiedzialnością i budowaniem rodziny?
No cóż, w Przepisie największym wyzwaniem dla mnie był brak intrygi kryminalnej. Czułam się bez niej jak bez ręki i trudno było mi się odnaleźć w historii, w której nie musiałam szukać mordercy 🙂 Najmocniej tego doświadczyłam, kiedy pisałyśmy książkę (bo obok filmu ukaże się również książka pod tym samym tytułem). Natomiast największą przyjemnością była praca z Magdą, uwielbiam, kiedy coś razem wymyślamy. Do tej pory pisałyśmy głównie dla młodej widowni, dlatego pójście w stronę świata dorosłych i komedii dało nam ogromną frajdę i satysfakcję.
Przepis jest z jednej strony klasycznym filmem świątecznym, w którym działa magia świąt i który otula jak ciepły kocyk, ale rzeczywiście starałyśmy się przemycić w nim trochę ważnych prawd na temat relacji, priorytetów, wartości i rodzicielstwa. A czy nam się to udało, możecie Państwo sprawdzić już od szóstego listopada, kiedy odbędzie się premiera filmu, na który serdecznie w imieniu swoim i Magdy Nieć zapraszam.
Rozmawiał: Radosław Sztaba
Fot. Adam Stępień / Ministerstwo Portretu

