Człowiek przeciwko pogodzie (Niebo nad Normandią)

II wojna światowa wydaje się być niewyczerpanym tematem dla pisarzy i filmowców. Po przepracowaniu traum i artystycznych rozliczeniach coraz częściej pojawiają się publikacje i produkcje zaskakujące podejściem do tematu. A my, widzowie, naprawdę lubimy oglądać to, co decydowało o wielkich wydarzeniach. Zaglądać za kurtynę, dowiadywać się o udziale „maluczkich”, którzy zmieniali bieg dziejów, poznawać historie wydające się jedynie drobnymi, nieistotnymi epizodami, a jakże istotnymi i fascynującymi. Niedawno mieliśmy okazję oglądać „Operację Mincemeat” o wielkim fałszerstwie mającym przekonać Niemców o innej dacie i miejscu lądowania aliantów na Sycylii. Do tej kategorii produkcji możemy zaliczyć również „Niebo nad Normandią”.

Czy można zrobić ciekawy i trzymający w napięciu film o pogodzie i meteorologu, którego jedynym zadaniem jest przewidzenie idealnego, wąskiego okienka na lądowanie największego desantu wojskowego w historii? Można. O takim właśnie „bezimiennym” bohaterze opowiada film w reżyserii Anthony’ego Marasa „Niebo nad Normandią”.

James Stagg (Andrew Scott) to wybitny brytyjski meteorolog. Na kilka dni przed planowanym wielkim D-Day zostaje przeniesiony do sztabu naczelnego dowódcy, samego Dwighta Eisenhowera (Brendan Fraser). Do tej pory opierano się na prognozach amerykańskiego specjalisty Irvinga P. Kricka (Chris Messina), ale przy tak istotnym wydarzeniu zdecydowano się na pomoc Brytyjczyka, za którego ręczy sam Winston Churchill. Nie trzeba chyba dodawać, że sztab oczekuje tylko dobrych wieści i nie bierze pod uwagę zmiany terminu lądowania wojsk sojuszniczych. Zmiana na czele grupy meteorologów, przy jednoczesnym pozostawieniu poprzedniego szefa w jej składzie, tworzy naturalny konflikt kompetencyjny. Zwłaszcza że główny bohater przewiduje zupełnie inną pogodę niż jego poprzednik i wojskowi. Wyznaczony termin oznacza bowiem, według niego, środek olbrzymiego sztormu.

Reżyser dobrze radzi sobie z kameralnością tej opowieści. Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej (której autor był również współscenarzystą), co z oczywistych względów ogranicza epickość. To, co najciekawsze, dzieje się w sztabie i biurze meteorologów. Wyzwaniem było takie poprowadzenie historii, by pozostała ciekawa dla widza. Nie dlatego, że tajniki pracy meteorologa mogą być mało filmowe, skądinąd tak jest w istocie, ale przede wszystkim dlatego, że nawet osoba będąca na bakier z historią wie, jak zakończyła się operacja Overlord. Stawką nie jest więc to, czy aliantom się uda, ale czy osobiste ambicje zwyciężą i czym właściwie jest odpowiedzialność za decyzję, od której zależą tysiące ludzkich istnień. Dlatego reżyser postawił przede wszystkim na relacje bohaterów i ich konflikty.

Głównym antagonistą jest oczywiście pogoda. Nieprzewidywalna, okrutna, mogąca zniweczyć cały wojenny wysiłek. W historii mieliśmy przecież wiele przypadków, gdy potężne siły nie były w stanie oprzeć się naturze. Tak było chociażby z hiszpańską Armadą próbującą najechać Anglię Elżbiety I czy flotą Persów przypuszczających atak na Greków. Raz ruszonej tak olbrzymiej machiny nie można jednak zatrzymać bez kosztów. Ryzyko odkrycia planów przez wroga może doprowadzić do katastrofy.

Nie bez powodu reżyser zaczyna swoją opowieść od tragicznych w skutkach ćwiczeń przed planowaną inwazją. Drobne, wydawałoby się nieistotne błędy doprowadziły do masakry żołnierzy. Dwight Eisenhower, widząc rozmiar tragedii, wie już, że przy właściwej operacji nie można pozwolić sobie na najmniejsze zaniedbanie. Z kolei James Stagg musi pogodzić poczucie odpowiedzialności z życiem prywatnym. Wezwany do sztabu zostawia w domu ciężarną żonę, a w trakcie najtrudniejszych decyzji dowiaduje się o zbombardowaniu szpitala, do którego trafiła. Brak wiadomości i możliwości opuszczenia placówki sprawia, że konfrontacja między naczelnym dowódcą a szefem meteorologów nabiera wręcz antycznego wymiaru.

Jak wypada ten pojedynek aktorski? Niestety, dosyć nierówno. Andrew Scott tworzy jedną ze swoich najlepszych ról. Nie powinno to jednak nikogo dziwić. Aktor wielokrotnie udowodnił swoją klasę. Jego rola jest wyjątkowo oszczędna. Skupiony, stonowany, ale w środku aż kipi od emocji. Jego największą siłą jest opanowanie. Niestety Brendan Fraser nie do końca udźwignął rolę legendarnego generała. Aktor po wielkim powrocie na ekrany w świetnym „Wielorybie” przeszarżował w swojej kreacji. Wydaje się, jakby jego rola sprowadzała się na przemian do przypominania o ciężarze decyzji i zadawania kolejnych pytań o pogodę. Zabrakło czegoś, co powiedziałoby o tej postaci coś więcej. Chciałoby się poczuć, dlaczego zaszedł tak daleko. Jest na szczęście jeden moment, w którym Fraser pokazuje swoje najlepsze aktorstwo: decyzja o wstrzymaniu inwazji. To właśnie ona sprawia, że mimo mankamentów jego kreacja ostatecznie się broni.

Co dziwi, tak ważny aspekt meteorologiczny wyjątkowo mało zajmuje miejsca w filmie. Oczywiście pojawiają się analizy, widzimy skomplikowany proces zbierania danych, ale była szansa na znacznie głębsze wejście w temat. Nawet niezrozumienie widza miałoby tutaj swoją wartość, ponieważ pokazałoby, jak szalenie złożony jest proces przewidywania pogody. Zamiast tego film zbyt mocno skupia się na zderzeniu dwóch racji: opinii, że pojawi się idealne okno pogodowe, i przekonaniu Stagga, że nadciąga sztorm.

Jest jednak jeden magiczny moment, który staje się sercem filmu. Po ostatecznej decyzji wstrzymania inwazji, Stagg zasypia przy swoim biurku. Rano okna są jeszcze szczelnie zasłonięte z powodu nocnego zaciemnienia. Kiedy je otwiera, uderza go intensywne słońce. Wieścił załamanie pogody, ale nic takiego nie nastąpiło. Wychodzi na zewnątrz. Na niebie nie ma ani jednej chmury. Dochodzi do kościółka, gdzie na mszy zebrał się cały sztab. Spojrzenia, jakie mu posyłają, mówią wszystko. Nagle jednak pojawia się wiatr, kołysze trawami, zaczyna robić się ciemno. Następuje gwałtowne załamanie pogody, deszcz pojawia się niemal znikąd.

Stagg miał rację. Tyle że jego zwycięstwo jest gorzkie. Trafna prognoza nie oznacza dobrej decyzji, a wiedza nie daje tu komfortu. Daje odpowiedzialność. Właśnie w tym momencie film najlepiej pokazuje, czym tak naprawdę jest jego praca. Nie chodzi o przewidzenie pogody samo w sobie, ale o świadomość, że za każdą pomyłką stoją ludzie.

Finał to oczywiście D-Day w innym terminie, w znalezionym oknie pogodowym. Czekanie na meldunki z plaż Omaha, Utah, Gold, Sword i Juno oraz próby nawiązania komunikacji niosą w sobie napięcie, chociaż doskonale wiemy, że operacja Overlord zakończyła się sukcesem. Wstawki archiwalne mają swój ciężar, przypominają o prawdziwych ludziach, żołnierzach, którzy zdobywali przyczółek. Niepotrzebna jest natomiast inscenizacja samego lądowania. „Szeregowiec Ryan” ustawił poprzeczkę tak wysoko, że nie warto było z tym konkurować. Trzaski radiostacji i przedzieranie się kolejnych komunikatów robią stukrotnie mocniejszy efekt. W tym filmie więcej można było osiągnąć przez to, czego nie widzimy.

„Niebo nad Normandią” pozostaje więc solidnym kinem, które znalazło interesujący i rzadko pokazywany fragment historii. Największą jego siłą jest Andrew Scott, ale również sam pomysł, by wielką operację wojenną oglądać z perspektywy ludzi siedzących nad mapami pogody. Szkoda tylko, że film nie zawsze ufa własnemu pomysłowi. Chwilami ucieka w bardziej konwencjonalny dramat wojenny, choć właśnie wtedy najbardziej brakuje mu tego, co było w nim najciekawsze.

Bo przecież wiemy, jak skończył się D-Day. Nie wiemy natomiast, co czuli ludzie, którzy musieli zdecydować, czy w ogóle powinien się rozpocząć. I właśnie w tej niepewności, pomiędzy prognozą a decyzją, „Niebo nad Normandią” jest najciekawsze.

Ocena: ★★★★★★★☆☆☆ Jakub Kossakowski

Tytuł polski: Niebo nad Normandią
Tytuł oryginalny: Pressure
Produkcja: Francja, USA, Wielka Brytania / 2026
Premiera (świat): 28 maja 2026 r.
Premiera (Polska): 11 września 2026 r.
Reżyseria: Anthony Maras
Scenariusz: David Haig, Anthony Mara
Zdjęcia: Jamie Ramsay
Muzyka: Volker Bertelmann
Obsada:
Brendan Fraser (Dwight D. Eisenhower)
Andrew Scott (James Stagg)
Kerry Condon (Kay Summersby)
Damian Lewis (Bernard Montgomery)
Chris Messina (Irving P. Krick)
Czas: 100 min.
Dystrybucja kinowa: Kino Świat

Na podstawie: David Haig, „Pressure” (sztuka)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *