Są filmy pokazujące nam przede wszystkim rzeczywistość, nie zawsze mające ambicję odpowiedzieć na wszystkie pytania. Czasem wystarczy, że pozwolą nam przez dwie godziny znaleźć się w miejscu, do którego sami nigdy nie chcielibyśmy trafić. „Ktoś całkiem obcy” Brandta Andersena zabiera nas do Syrii, a dokładniej do Aleppo ogarniętego wojną. I robi to z dużą siłą.
Aleppo wygląda tutaj niezwykle wiarygodnie. Nie jest efektowną filmową ruiną, lecz miejscem, w którym ludzie próbują jeszcze normalnie żyć pomiędzy kolejnymi bombardowaniami. Kamera jest blisko bohaterów, a zagrożenie narasta stopniowo. Nie zawsze widzimy, co się wydarzy, ale coraz wyraźniej czujemy, że coś nadchodzi. Andersen potrafi budować napięcie, a przemoc szybko staje się częścią codzienności. Wojna jest obecna zarówno w każdym miejscu, jak i w zachowaniu ludzi, w ich spojrzeniach i decyzjach. Postacie są dobrze napisane i dobrze zagrane, dzięki czemu kolejne tragedie nie pozostają wyłącznie elementem wojennego widowiska.

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie, o czym właściwie jest ten film.
Jeżeli chodzi tylko o pokazanie tragedii wojny i losu ludzi, których życie zostaje przez nią zniszczone, wystarczyłby przecież dobry film dokumentalny. Od fabuły oczekujemy jednak czegoś więcej. Chcemy nie tylko obserwować bohaterów, ale również zobaczyć, jak wydarzenia ich zmieniają. Zrozumieć ich wybory, lęki, nadzieje i to, kim stają się po traumatycznych doświadczeniach.
„Ktoś całkiem obcy” opowiada o kilku takich osobach. Ich historie zostały podzielone na rozdziały. Czasami bohaterowie pojawiają się w opowieściach innych, ich losy przecinają się albo następują po sobie w czasie. Ta konstrukcja, stara jak kino i literatura, sama w sobie oczywiście nie jest żadnym problemem. Powstały przecież znakomite filmy zbudowane właśnie w ten sposób. Tutaj pojawia się jednak pewien dystans. Kiedy kończy się jeden rozdział i zaczyna następny, mamy wrażenie, jakbyśmy rozpoczynali kolejną historię od zera. Zamiast powieści zaczynamy momentami oglądać zbiór nowel.

Podobny problem pojawił się niedawno w „Domu pełnym dynamitu” Kathryn Bigelow. Tam również mieliśmy napięcie, dobre aktorstwo i temat o ogromnym ciężarze, a mimo to film chwilami bardziej prześlizgiwał się po bohaterach i wydarzeniach, niż próbował się w nich naprawdę zanurzyć. W „Kimś całkiem obcym” jest podobnie. Fabularnie idziemy naprzód: lekarka pracuje w Aleppo, ginie jej rodzina, próbuje wydostać się z kraju, trafia do obozu dla uchodźców, ucieka z niego, a następnie próbuje przedostać się drogą morską do Grecji. Historia się rozwija, ale emocjonalnie nie zawsze mamy poczucie ciągłości. Każdy kolejny etap wydaje się trochę nowym początkiem.
Szkoda, bo poszczególne sceny potrafią robić olbrzymie wrażenie. Rozmowa żołnierza (Yahya Mahayni) walczącego dla reżimu z ojcem, otwarcie sprzeciwiającym się władzy, ratowanie uchodźców na morzu czy śmierć rodziny lekarki (Yasmine Al Massri) podczas bombardowania są mocne, chociaż niekoniecznie potrzebnie podkreślone. Atak bombowy w czasie zapalania świeczek na torcie jest zbytecznym melodramatyzmem, podobnie jak zmuszenie dziecka do zostawienia swojego psa w obozie po zdecydowaniu się na próbę nielegalnej ucieczki przez morze.

Andersen zdaje się jednak nie ufać własnej historii i próbuje jeszcze mocniej podbić emocje. Nie zawsze jest to potrzebne. Śmierć, utrata domu, rozdzielenie rodziny czy ucieczka przez morze mają siłę, której nie trzeba wzmacniać kolejnym emocjonalnym uderzeniem. Wojna sama w sobie jest wystarczająco dramatyczna. Zamiast następnej sceny mającej nami wstrząsnąć wolałbym dostać kilka dodatkowych minut z bohaterami. Dowiedzieć się, co myślą, czego się boją, co tracą, poza tym, co już widzimy na ekranie. Bo największą siłą tego filmu mogliby być właśnie ludzie.
Najlepiej widać to na przykładzie żołnierza. To właściwie jedyna postać, której przemianę rzeczywiście obserwujemy. Jego rozmowa z ojcem sprawia, że zaczyna podważać świat, w którym dotąd funkcjonował, czego katalizatorem staje się uczestnictwo w egzekucji wrogów politycznego porządku, czyli zwykłych, zdesperowanych cywilów, w tym kobiet i dzieci. Człowiek walczący po stronie reżimu zaczyna dostrzegać jego prawdziwe oblicze. Pojawia się możliwość zmiany, może nawet moralnego przebudzenia. I właśnie wtedy bohater znika ze swojej opowieści. Dołącza do kolejnego rozdziału wraz z lekarką, ale kamera nie podąża już za nim. Czy rzeczywiście się zmienił? Jesteśmy zbyt daleko od niego i nie poznajemy odpowiedzi.

O dziwo, najsłabsza okazuje się natomiast historia przemytnika ludzi, granego przez Omara Sy. To aktor, którego obecność od początku przyciąga uwagę, tym bardziej więc szkoda, że jego bohater nie dostaje równie interesującej historii. Mamy relację z chorym synem, próby zapewnienia mu lepszego życia, nawet kosztem innych. Organizuje nielegalne przerzuty uchodźców za pieniądze, wykazuje niewiele empatii wobec potrzebujących, momentami bywa wręcz okrutny. Historia nie próbuje go jednak ani usprawiedliwiać, ani pokazać jego konfliktu moralnego. Wydawałoby się, że wszystkie elementy są na miejscu, ale całość pozostaje zaskakująco letnia. Film opowiada nam, co się z tym człowiekiem dzieje, ale nie pozwala naprawdę zrozumieć, co dzieje się w nim samym.

Być może problem pogłębia również brak szerszego kontekstu. Film pokazuje żołnierzy reżimu, służby, bombardowania i cywilów próbujących przetrwać, ale nie do końca pozwala nam zorientować się, w jakim świecie politycznym i społecznym funkcjonują bohaterowie. Oczywiście można założyć, że widz zna historię wojny w Syrii. Tylko czy powinien ją znać, żeby w pełni zrozumieć opowieść?
W „Krwawą niedzielę” Paul Greengrass również nie urządza widzowi wykładu z historii konfliktu w Irlandii Północnej. Potrafi jednak zbudować sytuację tak, że widz rozumie jej mechanizm. Wie, kto przeciw komu występuje, skąd bierze się napięcie i dlaczego wydarzenia prowadzą do tragedii. Jest emocja i poczucie prawdy, ale jest również kontekst. W „Kimś całkiem obcym” tego ostatniego momentami brakuje. Bez dodatkowej wiedzy o wojnie w Syrii możemy zobaczyć przede wszystkim ciąg kolejnych tragedii: bombardowanie, śmierć, ucieczkę, obóz, przemyt ludzi i przeprawę przez morze. Wszystko to jest wiarygodne, ale trudniej dostrzec większy obraz. Prawdopodobnie uczynienie bohaterem ostatniego rozdziału kapitana statku straży przybrzeżnej (Constantine Markoulakis) miało właśnie takie zadanie. Tu jednak historia niepotrzebnie poszła w stronę tezy o braku empatii zachodniego społeczeństwa. Kolacja w restauracji i uwagi znajomych, że uchodźcy są jedynie kłopotem, spłaszczają tę historię.

Najciekawsze jest jednak to, co dzieje się z bohaterami już po opuszczeniu Syrii. Film nie kończy ich historii wraz z przekroczeniem granicy. I bardzo dobrze. Ucieczka nie oznacza przecież końca wojny w życiu człowieka. Dla wielu uchodźców zaczyna się wtedy zupełnie inny rodzaj walki. Szkoda tylko, że ten etap obserwujemy właściwie wyłącznie w przypadku lekarki. Oczywiście nie każdy z bohaterów może dostać dalszą historię – część z nich ginie. Ale w przypadku żołnierza materiał na jej kontynuację był gotowy. Jego los mógłby pokazać, że przemiana człowieka nie kończy się wraz z ostatnią sceną rozgrywającą się na statku straży przybrzeżnej.
Historia lekarki prowadzi nas natomiast do innego, bardzo konkretnego problemu. Kobieta posiadająca wiedzę i doświadczenie medyczne po dotarciu do bezpiecznego kraju pracuje jako sprzątaczka. Kiedy przypadkiem słyszy rozmowę dotyczącą diagnozy dziecka, potrafi rozwiązać problem, z którym nie radzą sobie inni lekarze. Robi to jednak anonimowo. Jej wiedza pozostaje niewidoczna, a ona sama funkcjonuje poniżej swoich zawodowych możliwości. To oczywiście prawdziwy i ważny problem. Wielu wykształconych uchodźców po przybyciu do nowego kraju musi wykonywać pracę znacznie poniżej swoich kwalifikacji. Znamy to również z naszego podwórka. Tyle tylko, że jeśli właśnie to ma być jedna z najważniejszych puent filmu, pozostaje ona zbyt mała wobec historii, którą wcześniej oglądaliśmy.

Bo ostatecznie nadal nie wiemy, co Andersen chce nam powiedzieć. Wojna jest zła, ludzie cierpią, uchodźcy tracą domy i próbują znaleźć bezpieczne miejsce. To wszystko jest prawdą, ale też wiemy o tym po kilku minutach filmu. „Ktoś całkiem obcy” ma materiał, z którego mogłaby powstać opowieść znacznie bardziej uniwersalna: o tym, co wojna robi z człowiekiem, jak zmienia jego wybory, moralność i sposób patrzenia na świat. Tymczasem poszczególne historie pozostają przede wszystkim zapisem kolejnych tragedii, a próba dopisania do nich tezy o obojętności Zachodu dodatkowo je upraszcza.
I chyba właśnie tego najbardziej szkoda. Film jest mocny, wiarygodny i chwilami naprawdę przejmujący. Ma dobrze zarysowanych bohaterów i sceny, które zostają w pamięci. Nie potrafi jednak połączyć ich losów w opowieść większą niż suma ich cierpienia.
„Ktoś całkiem obcy” pokazuje nam wojnę. Znacznie mniej przekonująco pokazuje, co wojna robi z człowiekiem.

Tytuł polski: Ktoś całkiem obcy
Tytuł oryginalny: I Was a Stranger
Produkcja: Turcja, USA, Palestyna, Jordania / 2024
Premiera (świat): 23 lutego 2024 r.
Premiera (Polska): 4 września 2026 r.
Reżyseria: Brandt Andersen
Scenariusz: Brandt Andersen
Zdjęcia: Jonathan Sela
Muzyka: Nick Chuba
Obsada:
Omar Sy (Marwan)
Yasmine Al Massri (Amira Homsi)
Jay Abdo (ojciec Homsi)
Mahmood Bakri (Tarek)
Saleh Bakri (Alaa)
Czas: 103 min.
Dystrybucja kinowa: Galapagos Films
