Tylko Kieślowski potrafił opowiadać jak Kieślowski (Historie równoległe)

Zastanawiam się, kiedy w końcu twórcy zostawią Kieślowskiego w spokoju. Nie dlatego, że nie wolno inspirować się wielkimi poprzednikami. Kino od zawsze prowadzi dialog z tym, co powstało wcześniej. Problem zaczyna się wtedy, kiedy inspiracja zamienia się w próbę odtworzenia cudzego języka. A twórczość Krzysztofa Kieślowskiego pokazuje, że tylko Kieślowski potrafił opowiadać jak Kieślowski.

Były już przecież „Niebo” i „Piekło” („Czyściec” nie doczekał się ekranizacji), które miały być próbą rozwinięcia pomysłu „Trzech kolorów”. Na naszym podwórku starano się stworzyć cykl: „Wiara”, „Nadzieja” i „Miłość”. Kolejne próby inspirowania się jego językiem przechodziły bez większego echa. A jednak twórcy wciąż podejmują następne. Czasem chodzi o hołd, czasem o wejście w dialog z jego kinem, czasem o sprawdzenie, czy opowiedziane przez niego historie nadal mogą działać. Tyle, że bardzo łatwo wpaść przy tym w pułapkę. Można powtórzyć konstrukcję, przywołać motywy i odtworzyć atmosferę. Znacznie trudniej znaleźć własny powód, żeby opowiedzieć taką historię jeszcze raz.

Tym razem próbę podjął Asghar Farhadi. Irański reżyser, dwukrotny zdobywca Oscara, twórca „Rozstania” i „Klienta”, od dawna mówił o fascynacji kinem Kieślowskiego. Początkowo nie był jednak zainteresowany projektem inspirowanym „Dekalogiem”. Przekonała go dopiero rozmowa z Krzysztofem Piesiewiczem, współautorem scenariuszy do filmów Kieślowskiego. To on zaproponował mu zmierzenie się z jednym z dzieł jego przyjaciela. Farhadi wybrał „Krótki film o miłości” i zrealizował jego współczesną, francuską wariację. Projekt dojrzewał przez kilka lat, a wśród jego producentów wykonawczych znaleźli się między innymi Maciej Musiał i Piesiewicz. „Historie równoległe” miały premierę w Cannes. W tym samym czasie do twórców dotarła wiadomość o śmierci Piesiewicza. Nie doczekał więc premiery projektu, do którego sam przekonał irańskiego reżysera.

Miało być pięknie. Tymczasem film zamiast prowadzić z Kieślowskim ciekawy, twórczy dialog, chwilami sprawia wrażenie, jakby próbował odtworzyć i przywołać jego kino z pamięci. A szkoda, bo punkt wyjścia jest naprawdę interesujący.

Sylvie, doświadczona pisarka grana przez Isabelle Huppert, mieszka samotnie w Paryżu. Poszukując inspiracji do nowej powieści, podgląda przez teleskop mieszkańców kamienicy naprzeciwko – trójkę pracowników studia dźwiękowego: Nitę, Nicolasa i Théo (Virginie Efira, Vincent Cassel i Pierre Niney). Nie zna ich, ale zaczyna wyobrażać sobie ich życie: romanse, zdrady, konflikty i ukryte pragnienia. Widz początkowo nie wie, co jest prawdą, a co fikcją. Dopiero później okazuje się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

W tym momencie Farhadi stawia pytanie, które mogłoby być znakomitym punktem wyjścia dla całego filmu: gdzie kończy się obserwacja drugiego człowieka, a zaczyna zawłaszczanie jego życia?

I tutaj pojawia się Kieślowski. U niego podglądanie miało w sobie coś z niewinności. Tomek obserwował kobietę z mieszkania naprzeciwko, bo się w niej zakochał. Jego ciekawość była niezręczna, momentami obsesyjna, ale przede wszystkim wynikała z samotności i potrzeby bliskości. U Farhadiego ta sama sytuacja wygląda już inaczej. Współczesne podglądanie nie jest romantyczne. Jest niepokojące. Sylvie nie poznaje swoich sąsiadów. Ona ich wymyśla.

Jeszcze ciekawsze jest to, że jej fikcja zaczyna żyć własnym życiem. Fragmenty powieści trafiają do Adama (Adam Bessa), młodego człowieka mającego problemy z prawem, pomagającego pisarce w przeprowadzce. Chłopak czyta rękopis, fascynuje się opisanymi postaciami, zaczyna podglądać ich życie, a w końcu – próbuje ingerować w rzeczywistość. Fikcja zaczyna wpływać na ludzi, których pierwowzorami byli bohaterowie powieści.

To naprawdę dobry pomysł. Farhadi próbuje zbudować film o tym, jak opowieści tworzą rzeczywistość. Ludzie obserwują innych, dopowiadają sobie ich życie, tworzą własne wersje wydarzeń, a później zaczynają zachowywać się tak, jakby te wyobrażenia były prawdą. Do tego dochodzi studio dźwiękowe, gdzie bohaterowie tworzą sztuczne odgłosy do filmów. Rzeczywistość jest tam nieustannie konstruowana: coś, co wygląda i brzmi prawdziwie, zostało wcześniej wymyślone, spreparowane, nagrane i zmontowane.

Problem w tym, że „Historie równoległe” mają więcej ciekawych pomysłów niż potrafią unieść. Bo zamiast jednej historii dostajemy cały katalog odniesień. „Przypadek”, „Dekalog”, „Podwójne życie Weroniki”, „Krótki film o miłości”. W pewnym momencie pojawia się nawet skojarzenie z „Krótkim filmem o zabijaniu”. Muzyka Zbigniewa Preisnera dodatkowo wzmacnia poczucie, że obraz nieustannie przypomina nam, do jakiego świata próbuje się odwoływać. Zamiast odkrywać kolejne podobieństwa, zaczynamy je odhaczać. Na szczęście pominięto motyw pojawiającej się tej samej postaci, jak miało to miejsce w “Dekalogu”.

Najbardziej interesującym motywem jest to, jak zmieniła się postać młodego obserwatora. Bohater Kieślowskiego był niewinnym, zakochanym chłopakiem, trochę nieporadnym w swoim uczuciu i przez to budzącym sympatię (i litość). Tutaj podobna fascynacja cudzym życiem ma już zupełnie inny ciężar. Nie ufamy Adamowi. Nie wiemy, dlaczego robi to, co robi i dokąd właściwie zmierza. To mogło być punktem wyjścia do naprawdę ciekawej opowieści o granicy między fascynacją drugim człowiekiem a obsesją. Film jednak nie potrafi tego wykorzystać.

I chyba właśnie dlatego po seansie łatwiej analizować ten film, niż go przeżywać. Można długo rozmawiać o konstrukcji, granicy między fikcją i rzeczywistością, dźwięku, podglądaniu, Kieślowskim i kolejnych znaczeniach. Znacznie trudniej wskazać bohatera, z którym naprawdę zostajemy po wyjściu z kina.

Isabelle Huppert jest świetna, ale to aktorka tej klasy, że potrafi zagrać nawet to, czego w filmie właściwie nie ma. Jest w niej inteligencja, zmęczenie i ekscentryczność, których scenariusz nie zawsze potrafi odpowiednio wykorzystać.

Problem „Historii równoległych” nie polega na tym, że mnoży byty i tematy. Jest fikcja i rzeczywistość, literatura, dźwięk, kino, miłość, zdrada, samotność, pamięć i manipulacja. Są świetni aktorzy i ciekawe pomysły formalne. Problemem jest to, że w środku tej opowieści zieje pustką. Gdzieś po drodze znika też najważniejsze pytanie (i odpowiedź): po co tę historię opowiadać?

I właśnie tutaj Farhadi wpada w pułapkę własnego projektu. Zamiast potraktować Kieślowskiego jako punkt wyjścia, zbyt często traktuje go jak wzór do odtworzenia. Przywołuje jego motywy, konstrukcje i muzykę, ale nie znajduje dla nich wystarczająco mocnego, własnego uzasadnienia. Farhadi jest zbyt dobrym reżyserem, żeby potrzebować cudzego języka. Szkoda, że w „Historiach równoległych” nie znalazł własnego.

Ocena: ★★★★★☆☆☆☆☆ Jakub Kossakowski

Tytuł polski: Historie równoległe
Tytuł oryginalny: Histoires parallèles
Produkcja: Belgia, Francja, USA, Włochy / 2026
Premiera (świat): 14 maja 2026 r.
Premiera (Polska): 14 sierpnia 2026 r.
Reżyseria: Asghar Farhadi
Scenariusz: Asghar Farhadi, Saeed Farhadi
Zdjęcia: Guillaume Deffontaines
Muzyka: Zbigniew Preisner
Obsada:
Isabelle Huppert (Sylvie)
Adam Bessa (Adam)
Virginie Efira (Anna / Nita)
Vincent Cassel (Pierre / Nicolas)
Catherine Deneuve (Céline)
Czas: 139 min.
Dystrybucja kinowa: Monolith Films

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *