Świat, w którym można było się zgubić

Najpierw trzeba przyznać jedną rzecz: nie jesteśmy już dziećmi.

Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, którzy z wypiekami na twarzy oglądali po raz kolejny „Gwiezdne wojny” na kasecie VHS, próbując zrozumieć, dlaczego historia zaczyna się od części czwartej. Sam kiedyś tak często włączałem taśmę, szukając odpowiedzi na to pytanie, że w końcu magnetowid odmówił posłuszeństwa. Dzisiaj ten problem rozwiązalibyśmy w kilka sekund. Wystarczy wpisać pytanie w wyszukiwarkę.

I może właśnie tutaj kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego dawnym filmom przygodowym przypisujemy tę niezwykłą „magię podróży”. Być może nie chodzi wyłącznie o same filmy. Chodzi o nas.

Każde pokolenie ma tendencję do idealizowania własnej przeszłości. To, co kiedyś było codziennością, po latach staje się symbolem prostszego świata. Krainy, w której bohaterowie mogli wyruszyć w nieznane, a widz razem z nimi odkrywał coś po raz pierwszy.

Oczywiście język kina się zmienia, ale nie tak szybko jak my sami. Czasami nowe filmy nie tracą magii. To my tracimy zdolność, by ją w nich odnaleźć.

Ale może w tej nostalgii kryje się coś więcej niż tylko wspomnienie dzieciństwa.

Magia opowieści szczególnie mocno związana jest z okresem tak zwanego kina nowej przygody. Steven Spielberg, George Lucas, Robert Zemeckis, Richard Donner czy Chris Columbus stworzyli filmy, które dla całych pokoleń stały się definicją odkrywania świata. „Indiana Jones”, „Gwiezdne wojny”, „Goonies”, „Powrót do przyszłości”, „E.T.” czy „Pogromcy duchów” miały w sobie coś, czego dzisiaj często szukamy – poczucie tajemnicy.

Ich bohaterowie nie mieli wszystkiego pod kontrolą. Musieli ruszyć w drogę. Popełniać błędy. Błądzić. Ryzykować. I być może właśnie tego najbardziej brakuje współczesnym historiom przygodowym.

Zauważyliście, że przygoda częściowo skończyła się wraz z nowymi technologiami? GPS niemal wyeliminował ryzyko zgubienia się. Telefon komórkowy sprawił, że pomoc mamy zawsze pod ręką. A internet nauczył nas, że odpowiedź na niemal każde pytanie dzieli od nas zaledwie kilka kliknięć.

Ale przecież przygoda nigdy nie polegała wyłącznie na pokonywaniu przeszkód. Polegała na poczuciu, że przez chwilę jesteśmy poza systemem. A współczesny świat jest systemem niemal idealnym.

Mamy kilkanaście grup na WhatsAppie. Kilka kolejnych dotyczących szkoły dzieci. Osobne rozmowy o treningach, zajęciach dodatkowych, wyjazdach, zakupach i organizacji codziennego życia. Jesteśmy cały czas dostępni. Wiemy, gdzie jesteśmy, gdzie są inni i co wydarzy się za godzinę.

To oczywiście ogromne ułatwienie. Technologia rozwiązała wiele problemów, które dawniej wydawały się nie do pokonania. Ale odebrała nam też coś bardzo filmowego – przypadek.

Przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się pełna kontrola.

Trudno stworzyć historię o zagubieniu, kiedy każdy bohater ma telefon z dostępem do mapy. Trudno opowiedzieć o odkrywaniu nieznanego, kiedy każdą tajemnicę można sprawdzić w kilka sekund. Może dlatego tak często wracamy do lat osiemdziesiątych. Nie dlatego, że były lepsze. Po prostu były mniej przewidywalne.

W ostatnich latach obserwujemy ogromny powrót nostalgii. „Stranger Things” zbudował swoją popularność na estetyce dziecięcej przygody tamtych czasów. Hollywood regularnie sięga po dawne marki i próbuje przywracać bohaterów, których znamy z dzieciństwa. Problem w tym, że sama nostalgia nie wystarczy.

Powrót do przeszłości bardzo często kończy się rozczarowaniem. Kolejne części „Indiany Jonesa” nie zawsze potrafiły odzyskać dawną energię. Nawet Steven Spielberg w „Dniu objawienia”, wracając do tematów, które przez dekady definiowały jego kino (spotkań z nieznanym, fascynacji kosmosem i wiary w ludzką empatię), pokazał, że samo powtórzenie własnych fascynacji nie gwarantuje już tego samego efektu.

„Top Gun: Maverick” udowodnił, że można wrócić do dawnych emocji i zrobić to skutecznie. Ale takich przykładów jest zdecydowanie mniej niż prób, które kończą się jedynie odtwarzaniem wspomnień.

I chyba właśnie tutaj znajduje się największe wyzwanie współczesnego kina. Nie potrzebujemy kolejnych filmów udających lata osiemdziesiąte. Nie potrzebujemy kolejnych kaset VHS, starych samochodów i historii stylizowanych na Spielberga. Potrzebujemy twórców, którzy znajdą własny język.

Przecież Spielberg, Lucas czy Zemeckis również nie stworzyli swoich filmów dlatego, że kopiowali przeszłość. Stworzyli kino swojej epoki. Opowiedzieli o marzeniach, lękach i fascynacjach ludzi, którzy żyli wtedy, a nie kilkadziesiąt lat wcześniej.

Być może dzisiejsze kino też musi jeszcze trochę pobłądzić. Musi próbować, czasem ponosić porażki i szukać własnej drogi. To naturalna część poszukiwania.

Przecież właśnie tak zaczyna się każda dobra przygoda.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *