Są filmy, do których wracamy bez najmniejszego wahania. Nie raz, nie dwa, ale regularnie, czasem nawet co roku. Boże Narodzenie trudno wyobrazić sobie bez „Kevina samego w domu”, „Szklanej pułapki” czy „To właśnie miłość”. Wielkanoc dla wielu nie istnieje bez „Znachora”. Ale święta nie są przecież konieczne, by ponownie włączyć „Misia”, „Rejs”, „Samych swoich” albo urządzić sobie kolejny maraton „Władcy Pierścieni” – oczywiście w wersji reżyserskiej. Sam co kilka miesięcy wracam także do „Ojca chrzestnego”, „Obcego” czy „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Z dobrym filmem jest trochę jak z ulubioną książką. Wiemy, co się wydarzy, a mimo to chcemy przeżyć tę historię jeszcze raz.
Są jednak produkcje, które podziwiamy równie mocno, ale niemal nigdy do nich nie wracamy. „Idź i patrz”, „Funny Games”, „Manchester by the Sea”, „Dom dobry”, „Syn Szawła”, „Nieodwracalne”. Te wybitne dzieła zostawiają po sobie coś więcej niż wspomnienie dobrze opowiedzianej historii. Zostawiają ciężar. I właśnie dlatego drugi seans wydaje się bardziej próbą charakteru niż przyjemnością.
Piszę o tym nieprzypadkowo. Do kin wraca właśnie tytuł, będący chyba najlepszym przykładem tego paradoksu. Mija dwadzieścia pięć lat od premiery „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego. To jeden z tych filmów, o których wielu widzów mówi: „genialny”, a chwilę później dodaje: „ale drugi raz już go nie obejrzę”.

Aronofsky zwrócił na siebie uwagę świata swoim pierwszym pełnometrażowym filmem „Pi”. Surowy, psychodeliczny obraz zainteresował krytyków i widzów na tyle, że Hollywood postanowiło dać mu szansę na realizację kolejnego, już w profesjonalnym systemie. Dla wielu reżyserów taki przeskok nie kończy się najlepiej. Niezależność ustępuje miejsca producentom, wytwórniom oraz osobom odpowiedzialnym za dystrybucję i promocję. „Final cut”, czyli prawo reżysera do decydowania o ostatecznym kształcie montażu, zarezerwowane jest de facto dla najbardziej doświadczonych i kasowych twórców.
Aronofsky miał więc przed sobą niełatwe zadanie. Wyszedł z niego zwycięsko, zachowując dużą swobodę twórczą (współpracował też z mniejszą firmą produkcyjną). W późniejszych latach stworzył kilka bardzo dobrych filmów, między innymi „Zapaśnika”, „Czarnego łabędzia” czy „Wieloryba”, ale to właśnie „Requiem dla snu” pozostaje w mojej ocenie jego najlepszym dziełem.

Nie bez znaczenia jest fakt, że sam wybrał historię, którą chciał opowiedzieć. Na powieść Huberta Selby’ego Jr. trafił właściwie przypadkiem. Zainteresował go jej tytuł, a po lekturze postanowił, że właśnie na jej podstawie chce zrealizować kolejny obraz. Po sukcesie „Pi” zaproponował producentom jej ekranizację. Można mówić o przypadku albo przeznaczeniu.
Historia produkcji szybko zaczęła zresztą przypominać sam film: jego twórcy nie zamierzali iść na łatwe kompromisy. Aronofsky nie oszczędzał ani siebie, ani aktorów. Na planie wprowadzał nawet nietypowe ograniczenia dotyczące cukru i seksu, chcąc wzbudzić poczucie nienasycenia i nieustannego pragnienia. Niektórzy sami szli jeszcze dalej.

Jared Leto, młody wówczas aktor, już wtedy pokazywał swoje nieszablonowe podejście do ról. Żeby wiarygodnie zagrać narkomana, schudł do roli, a także włóczył się po ulicach Nowego Jorku i spędzał czas wśród bezdomnych oraz osób uzależnionych. Jennifer Connelly starała się z kolei stworzyć wokół siebie przestrzeń pasującą do swojej bohaterki. Wynajęła podobne mieszkanie, odizolowała się od ludzi i sama projektowała ubrania dla swojej postaci, a część z nich została później wykorzystana w filmie.
Równie duże poświęcenie było po stronie utytułowanej i doświadczonej Ellen Burstyn. Jej charakteryzacja na planie zajmowała codziennie około czterech godzin. Wysiłek się opłacił – aktorka otrzymała za tę rolę nominację do Oscara.
Aronofsky nie zamierzał jednak poprzestać na wymagającej pracy z aktorami. Od początku odważnie eksperymentował z formą. Dziś wiele z zastosowanych przez niego rozwiązań nie robi już takiego wrażenia, szczególnie w dobie Internetu, ale w 2000 roku były czymś wyjątkowym. Jednym z najbardziej charakterystycznych zabiegów była Snorricam, czyli kamera przymocowana bezpośrednio do aktora. Dzięki niej można było stworzyć niezwykle intensywne ujęcia pokazujące uzależnienie, głód czy zagubienie bohaterów.

Teledyskowy, a może lepiej – reklamowy montaż, z cięciami co kilka klatek, tworzył charakterystyczne sekwencje zażywania narkotyków. Robiły wrażenie wtedy i robią je do dziś. Aronofsky eksperymentował również z prędkością zdjęć, dzielił ekran, stosował ekstremalnie szerokokątne obiektywy, a wraz z operatorem Matthew Libatique’em konsekwentnie budował kolorystyczną przemianę filmu.
To właśnie kolor stał się jednym z najważniejszych elementów opowiadania historii. Wraz z rozwojem uzależnienia świat bohaterów staje się coraz ciemniejszy, bardziej przytłaczający i pozbawiony ciepła. Libatique zwrócił uwagę na zdanie padające w historii: „Summer seems a long time ago”. Stało się ono jednym z punktów wyjścia do pokazania przemijania czasu.

Za zmianą wyglądu obrazu kryła się zresztą bardzo precyzyjna koncepcja. Aronofsky od początku nie chciał, żeby film stał się formalnym popisem w stylu MTV, w którym sama forma zaczyna dominować nad historią. Wszystkie eksperymenty miały służyć opowieści. Szczególne znaczenie miała przemiana bohaterów.
Aronofsky i Libatique inspirowali się między innymi malarstwem Goi. Podobnie jak w późnych „czarnych obrazach” hiszpańskiego malarza, piękno i światło stopniowo ustępują miejsca coraz większej ciemności. Twórcy określali tę drogę jako przejście od „magicznego realizmu” do „sztucznego naturalizmu”. Początek miał być ciepły i niemal baśniowy, kolejna pora roku przynosiła pierwsze pęknięcia, a finał stawał się światem sztucznym, pełnym zimnego światła, fluorescencyjnych lamp i coraz bardziej odpychającej rzeczywistości.
I właśnie tutaj „Requiem dla snu” przestaje być jedynie opowieścią o uzależnieniu. Forma zaczyna działać jak samo uzależnienie. Wciąga widza, przyspiesza, powtarza te same czynności, odbiera poczucie sprawczości. Nie obserwujemy już tylko ludzi, którzy tracą kontrolę nad własnym życiem. Sami zaczynamy doświadczać czegoś podobnego.

Dlatego tak trudno wrócić do tego filmu. Nie tylko obserwujemy – współodczuwamy. Finał nie przynosi nadziei. Każdy z bohaterów zmierza ku własnemu upadkowi, a widz zostaje wciągnięty w tę samą pułapkę. Nie ma jak uciec. Na polskim gruncie chyba tylko Wojciech Smarzowski potrafi z podobną intensywnością opowiadać o świecie, z którego widz chciałby się wydostać, ale nie może. Nie bez powodu jeden z jego filmów znalazł się zresztą wymieniony na początku.
Co ciekawe, nawet jeden z aktorów „Requiem dla snu”, Marlon Wayans, nigdy nie odważył się obejrzeć gotowego filmu.

Teraz mamy okazję powrócić do świata Aronofsky’ego w kinie. Minęło dwadzieścia pięć lat, czyli właściwie całe pokolenie. Dla części widzów będzie to pierwszy kontakt z filmem, obrosłym przez lata niemal legendą. Dla innych – próba zmierzenia się z historią pamiętaną być może aż nazbyt dobrze.
Bo są filmy, do których wracamy, żeby znów poczuć się jak w domu. I są takie, od których musimy odpocząć.
