Czasami wystarczy jedna, podjęta pod wpływem chwili decyzja, aby znaleźć się w sytuacji bez odwrotu. Lecz nie każdy, kto staje twarzą w twarz ze śmiertelnym zagrożeniem jest z natury bohaterem. Liczy się jednak determinacja, aby w obliczu zagłady wciąż dążyć do celu.
„Resident Evil” to franczyza, której żadnemu fanowi gier wideo nie trzeba przedstawiać – jest to najlepiej sprzedająca się, a dodatkowo bezdyskusyjnie jedna z najbardziej ikonicznych serii w swoim gatunku. Pierwszej próby przeniesienia jej sukcesu na wielki ekran podjęto się już w 2002 roku, kiedy za kamerą stanął Paul W. S. Anderson. Film krytykowano za znikome podobieństwo do pierwowzoru, lecz ostatecznie został on stosunkowo dobrze przyjęty, a historia z Millą Jovovich w głównej roli doczekała się wielu sequeli (choć ich jakość pozostaje kwestią dyskusyjną). Próba reaktywacji serii w 2021 roku niestety nie wypadła równie pomyślnie, a ewentualną kontynuację spisywano na straty jeszcze przed rozpoczęciem produkcji. Kiedy jednak ogłoszono, że za sterami zupełnie nowego projektu stanie wznosząca się gwiazda horroru, Zach Cregger („Barbarzyńcy”, „Zniknięcia”), oczekiwania wobec filmu gwałtownie wzrosły. Ale czy reżyserowi udało się im sprostać?

Osoby, które oczekiwały, że nowa adaptacja będzie podążać za fabułą gier niestety mogą poczuć się rozczarowane już w pierwszych sekundach filmu. Na ekranie nie dostrzeżemy uwielbianego przez fanów Leona Kennedy’ego, ani nawet Chrisa Redfielda, czy pojawiającego się w nowszych tytułach Ethana Wintersa. Protagoniście, którego poznajemy jest wszak bliżej do NPC, niż do typowego przystojniaka z kina akcji. Bryan (Austin Abrams) trafia w sam środek wydarzeń właściwie przez przypadek, kiedy podejmuje się dostarczenia medycznej przesyłki do pobliskiego Raccoon City. Chociaż na zewnątrz szaleje śnieżyca, a jego auto nie jest przystosowane do ekstremalnych warunków, perspektywa szybkiego zarobku i niechęć do konfrontacji z partnerką okazują się zbyt mocnymi argumentami. Droga do celu komplikuje się jednak niedługo po starcie, kiedy pod koła samochodu bohatera wpada zainfekowana kobieta. Od tamtego momentu sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, lecz Bryan jest zdeterminowany, aby za wszelką cenę wykonać zlecone mu zadanie.
Fabuła jest prosta, ale została skonstruowana w bardzo udany sposób, który konsekwentnie przypomina widzom, że nie oglądają zwykłego horroru, a adaptację gry komputerowej. Kolejne zadania przybliżające bohatera do głównego celu, podobnie jak przemieszczanie się pomiędzy nowymi lokacjami i zarządzanie zdobywanymi przedmiotami, zostały zaskakująco dobrze przełożone na język filmowy. Oglądając, jak Bryan znajduje kolejną broń, uczy się jej używać i nieskutecznie próbuje jak najszybciej przejść do kolejnej lokacji, znaczna część widzów będzie mogła przypomnieć sobie własne rozgrywki. Kto z nas nie marzył o możliwości wykorzystania siły, kiedy ukryte przedmioty i zagadki na danym poziomie staną się zbyt frustrujące?

Inscenizacja jest pełna nawiązań, które nie przysłaniają głównej fabuły, lecz są ciekawą atrakcją dla fanów serii. Podczas seansu spostrzegawczy widzowie mogą szukać porozrzucanych po tle akcji easter eggów – chociażby charakterystycznego dla „Resident Evil 2” klucza karo, czy maszyny do pisania, na której gracze mogą zapisać dotychczasowy postęp. Jest to mała rzecz, ale pokazująca, że za produkcją filmu szła szczera sympatia i uznanie dla gier.
Najwięcej serca jednak włożono w postać Bryana, dzięki czemu widz szybko zaczyna się interesować jego losem. Podejmowane przez protagonistę decyzje wprawdzie nie zawsze mają sens, a niektóre cechy jego charakteru nie wydają się najszlachetniejsze. Dzięki temu jednak powstaje kreacja niesamowicie ludzka, której można współczuć i kibicować, a wraz z rozwojem akcji dostrzegamy jak prawdziwie dobrym i wrażliwym człowiekiem jest Bryan. Duża w tym zasługa aktora, który doskonale rozumie postać i nie próbuje zrobić z niej kolejnego nudnego i powtarzalnego twardziela. Jest to dopiero druga współpraca Abramsa i Creggera, ale ich dynamika okazuje się na tyle dobra, że pozostaje czekać na kolejne projekty tego aktorsko-reżyserskiego duetu.

Równie udanym, choć dużo bardziej nieoczekiwanym elementem filmu są jego aspekty komediowe, zręcznie wplecione pomiędzy horror i dramaturgię rozgrywających się wydarzeń. Żarty nie rozładowują w pełni napięcia, ale kontrast między absurdem sytuacji a realnym niebezpieczeństwem pozwala manewrować między wywoływaniem śmiechu i budowaniem postępującej beznadziei świata przedstawionego. Abrams świetnie radzi sobie z żartami i wizualnymi gagami, które w teorii nie pasują do klimatu serii, a jednak sprawdzają się w niej idealnie.
Film trzyma wysoki poziom przez cały 1,5-godzinny seans, od powolnego i intrygującego początku, aż po pełne napięcia zakończenie, które zdecydowanie pozostanie w pamięci widzów przez dłuższy czas. Gdyby Cregger zdecydował się domknąć historię w inny sposób, z pewnością straciłaby ona na jakości. Niektórzy mogliby oczekiwać bardziej precyzyjnego i satysfakcjonującego finału, lecz to właśnie ten brak satysfakcji jest najbardziej trafnym oddaniem klimatu „Resident Evil”.
Czy fabuła i postaci z serii gier zasługują na pojawienie się na srebrnym ekranie? Jak najbardziej. Jednak większą sztuką zawsze będzie tworzenie nowej historii w znanej otoczce, niż kopiowanie tego co zostało już napisane, a Cregger po raz kolejny udowodnił, że na sztuce filmowej zna się doskonale.

Tytuł oryginalny: Resident Evil
Tytuł polski: Resident Evil
Produkcja: Czechy, Francja, Niemcy, USA / 2026 r.
Premiera (świat): 16 września 2026 r.
Premiera (Polska): 18 września 2026 r.
Reżyseria: Zach Cregger
Scenariusz: Zach Cregger, Shay Hatten
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Hays Holladay, Ryan Holladay
Obsada:
Austin Abrams (Bryan Hodukavich)
Zach Cherry (Carl)
Kali Reis (Maxine)
Johnno Wilson (oficer Wilson)
Paul Walter Hauser (Paul)
Czas: 95 min.
Dystrybucja kinowa: United International Pictures Sp z o.o.
