Kiedy architekt staje się własnym projektem (Wielki Łuk)

Każda wielka budowla ma swoją historię. Nie zaczyna się ona jednak na placu budowy, lecz w głowie człowieka, który najpierw musi ją sobie wyobrazić. „Wielki Łuk” opowiada o duńskim architekcie Johanie Otto von Spreckelsenie (Claes Bang) niespodziewanie wygrywającym międzynarodowy konkurs na projekt monumentalnego budynku wznoszonego w Paryżu. Jego Wielki Łuk ma stać się nowym punktem na historycznej osi miasta. Za konkursem stoi prezydent François Mitterrand (Michel Fau), dla którego wielkie realizacje architektoniczne są częścią wizji nowoczesnej Francji. Sam architekt wydaje się jednak niemal całkowicie obojętny na politykę, pieniądze i własną karierę. Interesuje go przede wszystkim jedno – żeby budynek został zrealizowany zgodnie z jego wizją.

I właśnie to czyni go tak fascynującym bohaterem. Jednocześnie trudno się przez niego przebić. Nie wiemy do końca, co myśli, skąd bierze się jego upór ani dlaczego jest gotów poświęcić tak wiele dla własnego projektu. Reżyser (Stéphane Demoustier) pozostawia go w pewnym oddaleniu. Możemy obserwować jego zachowanie i słuchać argumentów, ale nie otrzymujemy prostego klucza do jego osobowości. Z czasem zaczynamy jednak rozumieć, że jego nieustępliwość wynika z pewnej niezwykłej czystości. W świecie, w którym niemal każdy chce coś ugrać dla siebie, on wydaje się zainteresowany wyłącznie architekturą.

Początek filmu jest zresztą niemal bunuelowski. W pałacu prezydenckim, w otoczeniu najważniejszych osób związanych z projektem, ma zostać ogłoszony zwycięzca międzynarodowego, anonimowego konkursu architektonicznego. Po otwarciu koperty z nazwiskiem nagle pojawia się konsternacja. Nikt właściwie nie zna twórcy, który właśnie wygrał jeden z najważniejszych konkursów we Francji. Jeszcze zabawniej wygląda moment, gdy von Spreckelsen dowiaduje się o zwycięstwie. Pływa łódką, kiedy urzędnik stojący na brzegu próbuje przekrzyczeć wodę i oznajmia mu, że to jego projekt zostanie zrealizowany. Bohater przyjmuje tę wiadomość niemal bez emocji. Człowiek, który za chwilę znajdzie się w centrum wielkiego politycznego i architektonicznego przedsięwzięcia, dowiaduje się o tym właściwie przypadkiem.

Film ma zresztą sporo takich zabawnych momentów, choć zdecydowanie nie jest komedią. Humor pojawia się przede wszystkim wtedy, gdy wielkie ambicje projektu zderzają się z prozą budowy. Jedną z najlepszych scen jest test marmuru przeprowadzony przez samego prezydenta. Na placu budowy, wśród błota, robotników z polewaczkami i grupy wykonawców przekonujących, że wybrany przez architekta materiał jest zbyt śliski i wszyscy będą się na nim przewracać, Mitterrand osobiście sprawdza, czy rzeczywiście można po nim chodzić. Wszyscy widzą problem, czekają na poślizgnięcie się głowy pastwa. Tylko von Spreckelsen pozostaje przekonany, że dokonał właściwego wyboru. Takie sceny sprawiają, że film nie zamienia się w pomnikową opowieść o wielkim artyście. Przypominają, że nawet najbardziej wzniosłe idee muszą ostatecznie zmierzyć się z rzeczywistością.

A rzeczywistość, w której powstaje Wielki Łuk, jest szczególna. Francja lat osiemdziesiątych wydaje się krajem gotowym na odważne projekty mające zmienić nie tylko architekturę, ale również sposób myślenia o mieście. Wielki Łuk powstaje obok innych realizacji, mających stać się symbolami tej epoki. Jedną z nich jest szklana piramida przed Luwrem. Spotkanie von Spreckelsena z jej architektem, Ieoh Mingiem Peiem, w celu konsultacji dotyczących łączenia szkła w budynkach, ma w sobie coś niezwykłego. To jak spotkanie dwóch ludzi o podobnej duszy. Obaj próbują stworzyć rzeczy nie będące jedynie użytkowymi obiektami, lecz znakami swoich czasów.

Na tym tle ciekawie wypada również Mitterrand. Początkowo wydaje się postacią niemal nudną, politykiem, który po prostu stoi za projektem. Z czasem okazuje się jednak człowiekiem znacznie bardziej fascynującym – wrażliwym na piękno, zainteresowanym sztuką i świadomym tego, że architektura może stać się częścią politycznego dziedzictwa. Nie bez powodu von Spreckelsen określa go jako „mojego klienta”. Ich relacja jest czymś więcej niż współpracą polityka z twórcą. Mitterrand daje mu możliwość realizacji niezwykłego projektu, ale jednocześnie potrzebuje człowieka zdolnego tę wizję doprowadzić do końca.

Dopóki Mitterrand pozostaje u władzy, projekt ma polityczne zaplecze. Kiedy przegrywa wybory, wszystko zaczyna się sypać. Pojawiają się nowe interesy, nowe oczekiwania i coraz więcej prób wprowadzenia kompromisów. Ludzie, którzy wcześniej byli gotowi realizować śmiałą wizję, zaczynają myśleć przede wszystkim o tym, co da się zrobić taniej, łatwiej i bezpieczniej. Von Spreckelsen nie potrafi się na to zgodzić. Im więcej pojawia się nacisków, tym mocniej trzyma się pierwotnego projektu.

W jego otoczeniu każdy próbuje coś dla siebie ugrać. Architekt pełniący funkcję menadżera projektu chce zwiększyć swoją rolę i przeforsować własne rozwiązania. Kolejni ludzie mają swoje interesy, stanowiska, pieniądze albo polityczne kalkulacje. Von Spreckelsen pozostaje wobec tego niemal całkowicie obojętny. Co ciekawe, jego stosunek do pieniędzy pokazuje tę cechę jeszcze wyraźniej. Nawet kiedy otrzymuje umowę gwarantującą mu wysokie wynagrodzenie za autorstwo, jest przekonany, że nie powinien dostawać aż tyle pieniędzy. Jego żona uważa inaczej i, jak się okazuje, ma rację. Bez problemu wszyscy przyjmują jego warunki.

W bohaterze jest coś z herzogowskich postaci – człowieka podążającego własną drogą i nie potrafiącego z niej zejść, nawet kiedy świat zaczyna się temu sprzeciwiać. Jednocześnie ma w sobie francuski intelektualny spokój i erudycję. Nie jest awanturnikiem ani szaleńcem. Jest człowiekiem całkowicie przekonanym, że jego wizja jest właściwa. I właśnie tutaj pojawia się pewien paradoks. Im bardziej von Spreckelsen pozostaje idealistą, tym bardziej sam staje się swoją ideą. Zaczyna być trudno oddzielić człowieka od projektu, którego broni.

Dlatego jego późniejsza decyzja ma tak dużą siłę. Kiedy kolejne kompromisy coraz bardziej oddalają realizację od pierwotnego zamysłu, bohater ostatecznie się wycofuje. Mówi, że to nie jest już jego projekt. To jedna z najbardziej gorzkich refleksji filmu o sztuce. Twórca może wygrać konkurs, zdobyć polityczne poparcie i dostać możliwość zrealizowania swojej wizji, a mimo to przegrać w momencie, gdy dzieło zaczyna żyć własnym życiem. Najbardziej doskonałe dzieło zawsze istnieje przecież tylko w głowie twórcy.

„Wielki Łuk” wymaga jednak od widza pewnej cierpliwości. Film nie spieszy się, długo przygląda się projektowaniu, materiałom, kolejnym decyzjom i sporom wokół budowy. Dla kogoś zainteresowanego architekturą i sztuką może być to fascynująca podróż w świat, zwykle nie oglądany od środka. Dla pozostałych widzów niektóre fragmenty mogą jednak okazać się zwyczajnie nużące. Również chłodniejsze podejście do bohatera, chociaż dobrze ilustrujące problem, dystansuje widzów od postaci. Reżyser nie próbuje bowiem zamienić tej historii w dynamiczny dramat o wielkim człowieku. Pozwala jej toczyć się w rytmie samego projektu.

„Wielki Łuk” jest przy tym bardzo dobrze zrealizowany. Piękne zdjęcia idealnie pokazują epokę i pozwalają poczuć atmosferę Francji lat osiemdziesiątych. Film nie próbuje sztucznie stylizować tamtego czasu, ale potrafi wydobyć jego charakter – od wnętrz po place budowy i wielkie projekty architektoniczne. Bardzo dobrze wypada również francuskie aktorstwo: powściągliwe, precyzyjne i pozbawione potrzeby nadmiernego podkreślania emocji.

Ostatecznie jest to więc film nie tyle o powstaniu Wielkiego Łuku, ile o konflikcie między wizją a rzeczywistością. Von Spreckelsen fascynuje właśnie dlatego, że nie potrafimy do końca zrozumieć jego obsesji. Możemy jedynie obserwować człowieka próbującego ochronić własną ideę przed światem, aż w końcu dochodzi do wniosku, że skoro dzieło przestało być tym, co zobaczył w swojej głowie, nie może już nazywać go swoim.

I być może właśnie w tym tkwi największy paradoks sztuki. Artysta może stworzyć dzieło, ale nigdy nie ma nad nim pełnej kontroli. Najdoskonalsze pozostaje zawsze to, które jeszcze istnieje tylko w jego wyobraźni.

Ocena: ★★★★★★★☆☆☆ Jakub Kossakowski

Za seans dziękujemy Kinotece.

Tytuł polski: Wielki Łuk
Tytuł oryginalny: L’inconnu de la Grande Arche
Produkcja: Dania, Francja / 2025
Premiera (świat): 16 maja 2025 r.
Premiera (Polska): 10 lipca 2026 r.
Reżyseria: Stéphane Demoustier
Scenariusz: Stéphane Demoustier
Zdjęcia: David Chambille
Muzyka: Olivier Marguerit
Obsada:
Claes Bang (Otto von Spreckelsen)
Sidse Babett Knudsen (Liv von Spreckelsen)
Xavier Dolan (Jean-Louis Subilon)
Swann Arlaud (Paul Andreu)
Michel Fau (François Mitterrand)
Czas: 107 min.
Dystrybucja kinowa: Kinoteka Multiplex

Na podstawie: Laurence Cossé, „La Grande Arche”(powieść)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *