Są filmy, które fascynują od pierwszych minut, choć po seansie trudno jednoznacznie określić, o czym właściwie opowiadają. „Primetime” Lance’a Oppenheima należy właśnie do tej kategorii. To kino niezwykle sugestywne, znakomicie zagrane, konsekwentne formalnie, a jednocześnie pozostawiające widza w stanie pewnej konfuzji. Nie dlatego, że historia jest niezrozumiała. Przeciwnie, jej przebieg śledzimy z ogromnym zainteresowaniem. Problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy uchwycić sens całej opowieści. Być może jednak właśnie w tej niejednoznaczności tkwi jej największa wartość.
Film rozpoczyna się od sytuacji budzącej natychmiastowy niepokój. Mężczyzna przychodzi do domu, w którym spodziewa się spotkać nieletniego. Nie wiemy jeszcze, że obserwujemy starannie przygotowaną prowokację telewizyjną, a za jej kulisami znajduje się cały zespół realizacyjny. Dziecko jest w rzeczywistości dorosłą aktorką, potrafiącą dzięki dziecięcej fizjonomii i odpowiedniej charakteryzacji przekonująco wcielić się w nastolatkę. W odpowiednim momencie pojawia się prowadzący program, Chris Hansen (Robert Pattinson). Aktor konfrontuje mężczyznę z treścią jego internetowych rozmów. Następnie do akcji wkracza policja.
Program oparty na takim mechanizmie rzeczywiście istniał. „To Catch a Predator”, emitowany w amerykańskiej telewizji NBC, zdobył ogromną popularność, jednocześnie wywołując dyskusje dotyczące granic dziennikarstwa i etyki medialnej. Już sam punkt wyjścia filmu jest więc wyjątkowo kontrowersyjny. Z jednej strony mamy realną walkę z przestępczością seksualną wobec dzieci, z drugiej telewizyjne widowisko, którego atrakcyjność opiera się na publicznym upokorzeniu człowieka.

Oppenheim bardzo umiejętnie przenosi nas do świata amerykańskiej telewizji pierwszej dekady XXI wieku, okresu rozkwitu reality shows i programów opartych na prowokacji. Charakterystyczna estetyka nagrań wideo, techniczne podglądy, kineskopowe monitory, obraz przypominający materiały słabszej jakości sprzed ery HD, Betacam, tworzą atmosferę wykraczającą poza nostalgiczną rekonstrukcję epoki. Jest w niej coś niepokojącego. Rzeczywistość oglądamy przez kolejne kamery i ekrany, uczestnicząc w wydarzeniach mających z założenia być autentyczne, choć jednocześnie zostały starannie zainscenizowane.
Właśnie tutaj pojawia się pierwsza interpretacyjna pułapka. Można uznać, że „Primetime” jest opowieścią o mediach, które potrafią sprzedać wszystko. Ludzką tragedię, intymność, przemoc, upokorzenie, a nawet walkę z przestępczością. Im większa kontrowersja, tym większa oglądalność. Problem w tym, że byłaby to diagnoza mało odkrywcza. Żyjemy przecież w świecie, gdzie influencerzy sprzedają własną prywatność, ciało, emocje i przekonania. Trudno więc uznać samo obnażenie tego mechanizmu za wystarczająco interesujący temat filmu.
Twórcy pokazują również komercyjną stronę przedsięwzięcia. Program zdobywa coraz większą popularność, a kierownictwo stacji rozważa przeniesienie go do atrakcyjniejszego pasma, gdzie miałby konkurować między innymi z „Lost”, jednym z symboli nowej ery telewizyjnej fikcji. To interesujące zestawienie dwóch światów: wysokobudżetowej opowieści fabularnej i widowiska, które swoją siłę czerpie z rzeczywistych ludzkich zachowań. Ale czy film rzeczywiście chce jedynie powiedzieć, że telewizja jest cyniczna, a oglądalność usprawiedliwia wszystko?

Rosnąca popularność programu prowadzi jednak do coraz większej presji. Zwykłe prowokacje przestają wystarczać. Twórcy zaczynają obsesyjnie poszukiwać „grubej ryby”, kogoś rozpoznawalnego, najlepiej ze świata polityki. Takie publiczne zdemaskowanie zapewniłoby im rekordową oglądalność. W końcu udaje im się osiągnąć cel, ale sukces zamienia się w tragedię. Mechanizm telewizyjnego widowiska ujawnia swoją najbardziej niebezpieczną stronę. Nie wystarczy już pokazywać rzeczywistości. Trzeba nieustannie podnosić stawkę, nawet jeśli konsekwencje mogą wymknąć się spod kontroli.
Znacznie ciekawsza wydaje mi się konstrukcja głównego bohatera. Chris Hansen jest człowiekiem, którego trudno jednoznacznie zdefiniować. Wiemy, że pragnie sukcesu, popularności i jak największej oglądalności. Jest rozpoznawalny, ludzie zaczepiają go na ulicy, a on chętnie korzysta ze swojej sławy. Jednocześnie trudno określić, do czego naprawdę dąży. Mam wrażenie, że nie wie tego nawet on sam.

W klasycznej konstrukcji dramaturgicznej bohater powinien mieć jasno określony cel, napotykać przeszkody, a następnie pod wpływem wydarzeń przechodzić przemianę. Tymczasem Hansen nieustannie się zmienia, choć nie mamy pewności, czy te zmiany są trwałe, czy wynikają jedynie z okoliczności. Nie postrzegam tego jako błędu scenariuszowego. Wręcz przeciwnie. Jest w tym coś niezwykle ludzkiego. Przecież w rzeczywistości rzadko doświadczamy jednoznacznych, permanentnych przemian. To raczej domena klasycznych opowieści filmowych.
Hansen bywa obsesyjnie zaangażowany w swoją pracę. W jednej ze scen nagrywa komentarz lektorski do programu, powtarzając tę samą kwestię kilkanaście razy, choć kolejne wersje brzmią niemal identycznie. Innym razem wraca późno do domu, budzi swoich dwóch synów i pokazuje im materiał montażowy programu. Dzieci nie bardzo rozumieją, na co patrzą, ale ojciec jest wyraźnie dumny ze swojej pracy. Przekracza granicę, której zapewne nie powinien przekraczać, a jednocześnie trudno odmówić mu szczerego zaangażowania.
Podobną niejednoznaczność odnajdujemy w jego życiu prywatnym. Żona jest wściekła z powodu romansu, a ich małżeństwo znajduje się na granicy rozpadu. Początkowo wszystko zapowiada schematyczną historię sławnego mężczyzny, zdradzającego rodzinę, obiecującego poprawę, by przy pierwszej okazji ponownie wrócić do kochanki. Tymczasem podczas kolejnego spotkania obserwujemy coś innego. Kobieta próbuje go uwodzić, on zaś stara się zakończyć relację. Nagle nasza wcześniejsza ocena zostaje podważona. Popełnił błąd, ale próbuje go naprawić. Nie jest ani krystalicznie uczciwy, ani jednoznacznie cyniczny.

Kiedy spotkanie z kochanką zostaje zarejestrowane przez dziennikarzy, Hansen sam staje się obiektem medialnego zainteresowania. Sytuacja przypomina mechanizm programu, który prowadzi. Tam również ludzie zostają skonfrontowani z własnym zachowaniem, a ich słowa i czyny stają się przedmiotem publicznego osądu. Byłoby jednak zbyt łatwo potraktować to jako prostą moralną odpłatę. Nie można przecież stawiać znaku równości między zdradą małżeńską a przestępstwami seksualnymi wobec dzieci. Co więcej, Hansen rzeczywiście wierzy w sens swojej pracy. Jego program jest widowiskiem, przynosi pieniądze i popularność, ale jednocześnie prowadzi do rzeczywistych aresztowań. Czy fakt, że dobro staje się produktem medialnym, automatycznie odbiera mu wartość? A może problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy forma widowiska staje się ważniejsza od jego pierwotnego celu?
W pewnym momencie równorzędnym bohaterem filmu staje się młody aktor, Dan Plumb (Skyler Gisondo), zatrudniony do odgrywania roli nieletniego chłopca. Dan dopiero rozpoczyna zawodową drogę i marzy o prawdziwym aktorstwie. Początkowo nie rozumie, w jakim przedsięwzięciu ma uczestniczyć. Pierwsza konfrontacja jest dla niego wstrząsem. Dopiero rozmowa z Hansenem, który przekonuje go, że wykonuje ważne zadanie i może realnie pomagać ludziom, zmienia jego nastawienie. Chłopak zaczyna angażować się coraz bardziej i staje się wyjątkowo skuteczny.

Jego marzeniem jest uzyskanie karty członkowskiej gildii aktorskiej. To nie tylko kwestia zawodowych przywilejów, ale przede wszystkim symboliczne potwierdzenie własnej tożsamości. Dowód, że naprawdę jest aktorem. W finale, jakiś czas po zakończeniu wydarzeń związanych z programem, Dan otrzymuje przesyłkę z upragnioną kartą. Uśmiecha się. Spełnił swoje marzenie. Ale czy rzeczywiście powinniśmy się razem z nim cieszyć?
Czy jego doświadczenie było początkiem prawdziwej kariery, czy może stało się kolejną odsłoną tej samej pułapki? Zdobył przecież zawodowe uznanie dzięki uczestnictwu w widowisku, w którym aktorstwo służyło manipulowaniu rzeczywistymi ludźmi. Czy teraz będzie dążył do własnego „primetime”, chwili największej widoczności, popularności i sukcesu? A może finał mówi nam coś znacznie bardziej niepokojącego: że w świecie przedstawionym przez Oppenheima nie istnieje już wyraźna granica między odgrywaniem roli a rzeczywistym życiem?
Ten trop wydaje mi się szczególnie interesujący. W gruncie rzeczy niemal wszyscy bohaterowie filmu coś odgrywają. Dan wciela się w nastolatka, Hansen w telewizyjnego moralistę, producenci i realizatorzy kreują rzeczywistość, sprawiającą wrażenie spontanicznej. Każdy uczestniczy w jakimś przedstawieniu, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Być może więc „Primetime” nie jest przede wszystkim filmem o mediach, lecz o człowieku, który tak głęboko wchodzi w odgrywaną rolę, że przestaje rozpoznawać granicę między nią a własną tożsamością.

Ogromną zasługę w budowaniu tej niejednoznaczności mają aktorzy. Robert Pattinson po raz kolejny udowadnia, że należy do najciekawszych wykonawców swojego pokolenia. Dawno przestaliśmy postrzegać go wyłącznie przez pryzmat „Zmierzchu” czy roli Cedrika w „Harrym Potterze”. Seria odważnych, często kontrowersyjnych projektów pokazała, że nie boi się trudnych tematów i nieoczywistych postaci. Tutaj tworzy bohatera ambitnego, chwilami narcystycznego, przekonanego o słuszności własnych działań, a jednocześnie zaskakująco zagubionego. Nie próbuje uczynić go na siłę sympatycznym ani jednoznacznie odpychającym.
Równie interesujący jest Skyler Gisondo, który wnosi do filmu niezwykłą naturalność i niewinność. To cechy szalenie trudne do zagrania, szczególnie w historii, gdzie temat nieustannie ociera się o moralny dyskomfort. Świetnie wypada również pozostała obsada, w tym Merritt Wever jako producentka programu. To świat ludzi dalekich od ekranowej idealizacji. Każdy ma własną skazę, historię i słabości. Nawet momenty pewnego przerysowania pozostają w granicach przyjętej konwencji.

„Primetime” jest więc filmem trudnym do jednoznacznego określnia. Można zarzucić mu, że nie formułuje dostatecznie wyraźnej myśli, że pod efektowną formą kryje się opowieść, która nie potrafi zdecydować, czym właściwie chce być. Ale można również uznać, że właśnie odmowa łatwego osądu stanowi o jego sile. Że zamiast kolejnej historii o cynicznych mediach i ludziach sprzedających wszystko dla popularności otrzymujemy portret człowieka nie do końca rozumiejącego własne pragnienia.
Pozostaje jednak pytanie, czy ta niejednoznaczność jest w pełni świadomym zamysłem twórców, czy może próbą nadania głębi historii niemającej ostatecznego dramaturgicznego rozstrzygnięcia.
Nie jestem pewien odpowiedzi. Wiem natomiast, że „Primetime” należy do tych filmów niekończących się wraz z napisami. Pozostawiają obrazy, sytuacje i pytania, do których chce się wracać. A to, niezależnie od wszystkich wątpliwości, jest już niemałą wartością.
Za seans dziękujemy Cinema City.

Tytuł oryginalny: Primetime
Produkcja: USA / 2026
Premiera (świat): 5 września 2026 r.
Premiera (Polska): 9 października 2026 r.
Reżyseria: Lance Oppenheim
Scenariusz: Ajon Singh
Zdjęcia: David Bolen
Muzyka: Ari Balouzian
Obsada:
Robert Pattinson (Chris Hansen)
Skyler Gisondo (Dan Plumb)
Merritt Wever (Andie Bender)
Phoebe Bridgers (Del)
Matthew Maher (Xavier Von Erck)
Czas: 107 min.
Dystrybucja kinowa: M2 Films
Na podstawie: Luke Dittrich (artykuł)
