Są perypetie, które aż proszą się o przeniesienie na wielki ekran, zwłaszcza gdy łączą w sobie odrobinę tajemnicy, historyczne tło i szczyptę absurdu. Innym historiom brakuje niestety podobnego potencjału, a jednak twórcy desperacko próbują zrobić z nich porywającą opowieść. Po dekadzie przerwy od kręcenia filmów, właśnie tak prezentuje się najnowszy projekt Janusza Zaorskiego.
Warszawa, 1948 rok – czas i miejsce dobrze znane polskim entuzjastom sztuki nowoczesnej. To właśnie wtedy, przy okazji Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju, do rodzącej się na nowo Rzeczypospolitej przybył jeden z najwybitniejszych artystów XX wieku. Podczas krótkiej wizyty w stolicy Pablo Picasso odwiedził nowo budowane osiedle na wolskim Kole, doceniając jego nowoczesność i funkcjonalność. W trakcie spaceru artysta impulsywnie ozdobił ścianę jednego z pustostanów szkicem warszawskiej Syrenki, który szybko stał się lokalną sensacją. Do niewielkiego mieszkania zaczęły napływać tłumy ciekawskich, nawet kiedy zostało ono zajęte przez nowych lokatorów. Ostatecznie uzyskano zgodę na pozbycie się tej kłopotliwej atrakcji, a Syrenka została bezceremonialnie zamalowana ledwie pięć lat po jej powstaniu. Choć dzieło bezpowrotnie zniknęło, jego historia pozostaje intrygującym epizodem w losach powojennej Warszawy. Bywa ono przyczynkiem do dyskusji o współczesnej sztuce oraz inspiracją dla naśladowców hiszpańskiego mistrza. Jak pokazuje film Zaorskiego, twórczość Picassa można również wykorzystać jako punkt wyjścia do kinowego komediodramatu. Kwestią dyskusyjną jednak pozostaje, czy jest to dobry pomysł.

Główną bohaterką „Syrenki Picassa” jest Mary Becker (Magdalena Koleśnik), świeżo upieczona właścicielka mieszkania. Przy okazji drobnych renowacji Mary i jej szef-kochanek Jacek (Piotr Głowacki) odkrywają na ścianie zagadkowy rysunek. Szybko okazuje się, że ten niepozorny szkic skrywa opowieść znacznie bogatszą, niż można by przypuszczać, a jego odkrycie wywraca świat kobiety do góry nogami. Mary próbuje zdecydować, co zrobić z bezcennym znaleziskiem, jednocześnie poznając historię, w której kluczową rolę zdaje się odgrywać jej sąsiad: markotny staruszek Stefan Radomski (Andrzej Seweryn). Twórcy nie ograniczyli się jednak do jednego, linearnego wątku. Równolegle z główną fabułą poznajemy młodość Radomskiego, przedstawioną w retrospekcjach, w których w jego młodszą wersję wciela się Maciej Musiał. Na tym nie koniec: widzowie obserwują również niefortunny romans Mary z Jackiem oraz jej zawodowe perypetie w branży PR-u. Już na wstępie trzeba więc przyznać, że ambicji do upakowania jak największej ilości treści w zaledwie 90 minutach filmu nie brakowało.
Wielowątkowość obrazu prowadzi niestety do niejasności w kwestiach gatunkowych, sprawiając, iż „Syrenka…” nieudolnie balansuje na granicy komedii obyczajowej, dramatu, romansu i rozliczającego minioną epokę kina historycznego. Samo gatunkowe pomieszanie nie musi stanowić problemu, o ile poszczególne elementy wzajemnie się uzupełniają. Tutaj sprawiają raczej wrażenie konkurujących ze sobą pomysłów, którym zabrakło spójnej koncepcji. Podobnie prezentuje się kwestia pobocznych postaci, mniej lub bardziej ciekawych i istotnych dla głównej fabuły. Wątek życia zawodowego i współpracowników Mary nie zapada w pamięć, za to potencjalni kupcy Syrenki okazują się wyjątkowo zabawni, a sceny z ich udziałem pozostawiają niedosyt. Jeśli jakimś cudem film doczekałby się kontynuacji, najlepszym na nią pomysłem byłby spin-off dotyczący mecenasa Walickiego (Maciej Marczewski) i jego asystenta Ryszarda (Aleksandar Milićević).

Najlepiej wypadają jednak losy Radomskiego oraz jego dawnego romansu z sąsiadką Franciszką (Dominika Kluźniak). Miłość między młodym mężczyzną a starszą kobietą jest niestety swoistym tematem tabu w przemyśle filmowym, zdominowanym przez opowieści o młodych dziewczętach i ich dojrzałych kochankach. Próba przełamania tego trendu jest godna pochwały, nawet jeśli sam związek nie wykracza daleko poza sprawdzone schematy. Musiał i Kluźniak wykonali dobrą robotę, lecz najbardziej należy pochwalić Andrzeja Seweryna, którego umiejętności i charyzma zdecydowanie zasługują na lepsze scenariusze. Aktor doskonale rozumie swoją postać, a jego kreacja jest pełna uroku. Gdyby zaszła potrzeba wybrania jednego najlepszego epizodu z całego obrazu, bezsprzecznie byłaby to scena samotnych pląsów bohatera do muzyki Charlesa Aznavoura. Porównywanie „Syrenki…” do kinowych arcydzieł, jakimi są „Na rauszu” czy „Piękna praca”, może być przesadą, lecz wszystkie te tytuły z sukcesem pokazują piękno i siłę dobrej sceny solowego tańca.
Na tym jednak pozytywy się kończą. Przykre jest, jak schematycznie zostały potraktowane elementy krytyki ustrojowej, które pretendują do bycia istotnym lejtmotywem filmu. Scenariusz nieudolnie próbuje sformułować celny komentarz na temat Polski Ludowej i zmieniających się na przestrzeni lat nastrojów, lecz robi to w sposób powierzchowny i mało przekonujący. Otrzymujemy uproszczony obraz epoki, przypominający co najwyżej notkę po pobieżnym przeczytaniu podręcznika do historii. Nie do końca wiadomo, jakie wnioski widz powinien wyciągnąć z przedstawionych wydarzeń ani jak właściwie ocenić znaczenie tytułowego dzieła. Zakończenie filmu nie przynosi odkrywczych refleksji, a po chwili rozważań nad jego istotą przestaje mieć jakikolwiek sens. Wątpliwe jest również, aby twórcy filmu zastanowili się przez chwilę nad tłem i chronologią wydarzeń, która przy krytycznym spojrzeniu zupełnie nie trzyma się kupy.

Zdarza się, iż kiepskie filmy mogą zyskać na jakości za pomocą muzyki, elementów wizualnych i zręcznej postprodukcji. Ścieżce dźwiękowej nie można wiele zarzucić, a obecne w niej romantyczne utwory skutecznie budują romantyczny nastrój scen – jest to jednak zasługa samych klasyków, a nie projektu, do którego zostały wykorzystane. Kostiumy spełniają swoją funkcję, lecz niczym się nie wyróżniają, a przeciętny widz nawet nie zwróci na nie uwagi. Jedynym z namacalnych elementów aranżacji, który może zapaść w pamięć, jest gustownie udekorowane mieszkanie pana Stefana. Nie łudźmy się jednak, że ładnie zdobiona szafa jest w stanie drastycznie podnieść poziom seansu. Niestety, współczesne kino (a zwłaszcza polskie!) coraz częściej przypomina swoją estetyką reklamę niż pełnometrażowy film.
W obliczu setek powtarzalnych i męczących tytułów, jakie zalewają polski rynek, „Syrenka Picassa” nie jest najgorszym filmem w historii. Jego największe przewinienia nie są śmiertelną obrazą dla sztuki kinematografii, a w najlepszych momentach można dostrzec włożone w produkcję chęci. Anegdota o polskim dziele wielkiego malarza nie potrzebowała jednak kinowej ekranizacji, w której na siłę dopowiada się do niej wielką tajemnicę. Ostateczny rezultat okazuje się przede wszystkim przeciętny, a mimo starań, za parę miesięcy nikt nie będzie o nim pamiętał.

Tytuł oryginalny: Syrenka Picassa
Produkcja: Polska / 2026 r.
Premiera (świat): 21 września 2026 r.
Premiera (Polska): 23 października 2026 r.
Reżyseria: Janusz Zaorski
Scenariusz: Roman Jarosz
Zdjęcia: Łukasz Gutt
Muzyka: Paweł Stolarczyk
Obsada:
Andrzej Seweryn (Stefan Radomski)
Magdalena Koleśnik (Mary Becker)
Maciej Musiał (młody Stefan Radomski)
Dominika Kluźniak (młoda Franciszka Malicka)
Piotr Głowacki (Jacek)
Czas: 95 min.
Dystrybucja kinowa: TVP
