Biografie wybitnych artystów, twórców i innych znanych postaci od zawsze inspirowały kino. W polskiej kinematografii przez długi czas stanowiły jednak stosunkowo rzadki gatunek. Sytuacja zaczęła się zmieniać między innymi za sprawą sukcesu „Bogów” Łukasza Palkowskiego, filmu, który udowodnił, że rodzima biografia może być nie tylko opowieścią o ważnym człowieku, ale również pełnokrwistym, emocjonującym kinem. Od tamtej pory regularnie pojawiają się kolejne produkcje biograficzne, niestety niewiele z nich dorównuje znakomitemu poprzednikowi. Filmy o Jerzym Kuleju, Kalinie Jędrusik czy Michalinie Wisłockiej, choć realizowane z ambicjami, nie zapisały się szczególnie mocno w pamięci widzów. Najnowsza opowieść o Violetcie Villas niestety wpisuje się w ten mniej udany nurt.
A przecież trudno wyobrazić sobie postać bardziej predestynowaną do przeniesienia na ekran. Violetta Villas była zjawiskiem. Artystką obdarzoną niezwykłym głosem, sceniczną charyzmą i ekscentryczną osobowością. Przez lata fascynowała publiczność, by z czasem stać się postacią coraz bardziej groteskową, osamotnioną, a wreszcie tragiczną. Jej życie zawierało właściwie wszystkie elementy wielkiego dramatu: ogromny talent, ambicję, sukces, konflikt z otoczeniem, samotność i stopniowy upadek. Tymczasem powstał film zaskakująco nudny, pozbawiony rozmachu i, co najważniejsze, niepotrafiący przekonująco opowiedzieć o fenomenie swojej bohaterki.
Reżyserka Karolina Bielawska zdecydowała się oprzeć historię przede wszystkim na relacji Violetty Villas z jej synem. Sam pomysł wydaje się interesujący. Pozwala uniknąć jednej z najczęstszych pułapek filmów biograficznych, czyli mechanicznego odhaczania kolejnych wydarzeń z życia bohatera. Zagraniczne kino przyniosło nam przecież tak nieoczywiste biografie jak niedawny, kameralny „Bruce” o Bruce’ie Springsteenie czy znakomity „Rocketman” o Eltonie Johnie. W przypadku Villas historia matki i syna mogłaby stać się osią emocjonalną całej opowieści. Problem polega na tym, że koncentrując się na życiu prywatnym bohaterki, twórcy niemal całkowicie zgubili jej artystyczną wielkość.

Film rozpoczyna się sceną, w której młoda Violetta zamierza opuścić rodzinne strony, aby rozpocząć karierę. Trzyma na rękach małe dziecko. Jej matka przekonuje ją, żeby zostawiła chłopca pod opieką rodziny, zamiast zabierać go w niepewną podróż. Ostatecznie Violetta, a właściwie Czesława Gospodarek, zgadza się na rozstanie. Scena ma dramatyczny potencjał. Widzimy cierpienie młodej matki, ale także jej determinację. Przez moment można nawet odnieść wrażenie, że to babka chłopca staje się przeszkodą na drodze do szczęścia córki. Problem ujawnia się później. Kiedy Villas wraca po kilku latach do syna i matki, trudno odnieść wrażenie, że ten czas znacząco przybliżył ją do spełnienia marzeń. Być może tak właśnie wyglądały początki jej kariery, ale film nie potrafi nadać tym wyrzeczeniom odpowiedniego znaczenia. Nie chodzi o usprawiedliwienie porzucenia dziecka późniejszym sukcesem, lecz o zrozumienie siły ambicji, która skłoniła bohaterkę do tak dramatycznego wyboru. Tymczasem widz odnosi wrażenie, że Violetta opuściła syna przede wszystkim po to, by prowadzić swobodne, wygodne życie i realizować własne zachcianki.
Od samego początku bohaterka przedstawiana jest jako kobieta ekscentryczna, nadmiernie pewna siebie, infantylna, chwilami wręcz groteskowa. Widzimy jej ambicje i przekonanie o własnej wyjątkowości, ale film nie dostarcza wystarczających dowodów, że przekonanie to miało uzasadnienie. Nie chodzi przecież o to, aby bohaterkę koniecznie polubić. Znacznie ważniejsze jest jej zrozumienie. Tymczasem nie poznajemy rzeczywistej skali talentu Villas, nie odczuwamy ogromu popularności ani fascynacji, jaką wzbudzała. A skoro nie widzimy jej wielkości, trudno nam później naprawdę przeżyć jej upadek.
Jednym z najbardziej zaskakujących braków filmu jest niewielka obecność samej muzyki. Violetta Villas była przecież przede wszystkim zjawiskiem wokalnym. Jej głos, niezwykła skala i możliwości interpretacyjne stanowiły podstawę artystycznej legendy. Tymczasem oglądamy zaledwie pojedyncze występy, między innymi koncert w Sali Kongresowej, jeden z ostatnich, przerwany zresztą przez samą Villas. Pojawiają się sceny w studiu telewizyjnym, fragmenty nagrań i występów radiowych. Brakuje jednak wielkich widowisk, tłumów publiczności i entuzjazmu fanów. Chciałoby się zobaczyć festiwal w Opolu, koncerty i skalę jej popularności. Również amerykański epizod, związany z występami w Las Vegas, zostaje przedstawiony stosunkowo skromnie. Można oczywiście zrozumieć ograniczenia budżetowe. Rekonstrukcja kilkudziesięciu lat historii, obejmującej realia PRL-u i amerykańskiego show-biznesu, stanowi ogromne wyzwanie produkcyjne. Jednak nawet przy ograniczonych środkach można próbować oddać wielkość artysty za pomocą odpowiednio zaprojektowanych scen, reakcji publiczności czy samej muzyki.

Tymczasem również utworów Villas jest zdecydowanie za mało. Brakuje scen prób, pracy nad repertuarem i rozwijania umiejętności. Film wspomina o problemach z edukacją muzyczną, ale nie wykorzystuje tego wątku, aby pokazać, jak bohaterka kształtowała swój talent. Nie dowiadujemy się, ile wysiłku kosztowało ją osiągnięcie artystycznej doskonałości. W rezultacie zamiast portretu wielkiej śpiewaczki otrzymujemy przede wszystkim obraz ekscentrycznej kobiety, której fryzury stają się coraz bardziej rozbudowane, a zachowanie coraz bardziej groteskowe. W filmie o Violetcie Villas jest po prostu za mało Violetty Villas.
Wybór perspektywy syna również okazuje się problematyczny. Historia została oparta na relacji matki i dziecka, ale nie jest konsekwentnie opowiedziana z punktu widzenia żadnego z nich. Częściowo przyjmujemy perspektywę chłopca, ponieważ niewiele wiemy o życiu Violetty poza ich wspólnymi spotkaniami. Jednocześnie film nie staje się pełnoprawną opowieścią o dorastaniu w cieniu sławnej matki. Dobrym przykładem niewykorzystanego potencjału jest wątek nastoletniego syna Villas i jego szkolnej znajomej. Kiedy dziewczyna przychodzi do jego domu, chłopak nie otwiera drzwi. W środku znajduje się matka, próbująca przejść domowy detoks. Syn wstydzi się sytuacji i nie chce dopuścić dziewczyny do rodzinnego dramatu. Kiedy po pewnym czasie próbuje odnowić kontakt, okazuje się, że jest już za późno. To niewielka scena, która w istocie opowiada o czymś bardzo ważnym. Pokazuje, jak życie chłopca zostaje podporządkowane problemom matki, jak jej uzależnienia i emocjonalna niestabilność odbierają mu możliwość normalnego dorastania. Niestety film jedynie sygnalizuje ten problem. Podobnych tropów jest więcej, ale żaden nie zostaje wystarczająco pogłębiony.
Ostatnia część życia bohaterki mogłaby stanowić materiał na osobny, niezwykle przejmujący film. Artystka stopniowo traci kontakt z rzeczywistością. Pojawiają się problemy psychiczne, uzależnienie od leków, narastająca samotność i coraz bardziej destrukcyjne zachowania. Jednak film nie pogłębia wystarczająco przyczyn tego procesu. Można przecież było opowiedzieć historię kobiety, która nie potrafi pogodzić się z przemijaniem własnej popularności. Artystki, której świat zmienił się szybciej, niż była w stanie zaakceptować. Osoby niezrozumianej przez społeczeństwo, uwikłanej w realia polityczne, czego przykładem są próby werbunku przez SB, i zderzającej się z ograniczeniami narzucanymi przez władzę. Można było również mocniej pokazać, jak dawna wielkość przeradza się w autoparodię. Wszystkie te elementy pojawiają się w filmie, ale pozostają jedynie zasygnalizowane.

W efekcie trudno współczuć bohaterce. Widzimy przede wszystkim kobietę, która krzywdzi ludzi próbujących jej pomagać. Szczególnie problematyczne są relacje z przyjaciółką i dawnymi adoratorami. Osoby te przez lata pozostają przy Violetcie, mimo że jej zachowanie staje się coraz trudniejsze, a chwilami wręcz okrutne. Film nie wyjaśnia przekonująco, dlaczego tak się dzieje. Można zrozumieć postawę matki, której miłość do córki jest bezwarunkowa. Znacznie trudniej pojąć motywacje pozostałych osób. Co sprawia, że wciąż pozostają przy Villas? Fascynacja jej talentem? Wspomnienie dawnej wielkości? Przywiązanie? Poczucie odpowiedzialności? Gdybyśmy wcześniej zobaczyli wielką artystkę, łatwiej byłoby zrozumieć, dlaczego ludzie przez lata nie potrafili jej opuścić.
Na szczęście film ma również swoje mocne strony. Najważniejszą z nich jest Sandra Drzymalska, jedna z najciekawszych polskich aktorek młodszego pokolenia. Już w „Simonie Kossak” pokazała, że potrafi tworzyć postacie nieoczywiste i wielowymiarowe. Dysponuje przy tym szczególnym rodzajem urody i ekranowej plastyczności. W zależności od roli może być zarówno niezwykle atrakcyjna, jak i niemal całkowicie pozbawiona konwencjonalnego filmowego piękna. Widać to również w jej kolejnych kreacjach, między innymi w „Lalce”. Rola Violetty Villas wydawała się dla niej wyjątkowo interesującym wyzwaniem, wymagającym połączenia wielkiej ekspresji, ekscentryczności, infantylności, teatralności i postępującego rozpadu psychicznego.
Drzymalska radzi sobie z tym zadaniem bardzo dobrze. Potrafi szarżować, ale nie przekracza granicy, za którą aktorska ekspresja zamienia się w niezamierzoną parodię. Znajduje własny sposób na przedstawienie infantylności bohaterki, jej manieryzmów i specyficznej osobowości. W niektórych scenach naprawdę staje się Violettą Villas. Problem polega jednak na tym, że scenariusz nie daje jej wystarczających możliwości. Ostatecznie nie udaje się sprawić, byśmy postać polubili, a przede wszystkim – byśmy ją zrozumieli. Nie jest to jednak porażka Drzymalskiej. Przeciwnie, jej kreacja stanowi jeden z najmocniejszych elementów filmu.

Na pochwałę zasługuje również pozostała część zespołu aktorskiego. Szczególnie interesujący jest sposób przedstawienia syna Violetty na różnych etapach życia. W ciągu kilkudziesięciu lat ekranowej historii postać tę odgrywa kilku młodych aktorów – od małego dziecka, przez chłopca w wieku szkolnym, aż po nastolatka i młodego dorosłego. To bardzo trudne zadanie castingowe i realizacyjne. Twórcy musieli znaleźć wykonawców, którzy nie tylko będą do siebie fizycznie podobni, ale przede wszystkim stworzą wrażenie ciągłości psychologicznej jednej postaci. I to się udało. Każdy z młodych aktorów bardzo dobrze radzi sobie z rolą, a zmiany obsady nie zakłócają odbioru historii.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje także kreacja matki Violetty, granej przez Jowitę Budnik. Aktorka przekonująco pokazuje kobietę rozdwojoną między miłością do córki a troską o wnuka. Matkę, która próbuje zrozumieć decyzje własnego dziecka, choć nie zawsze potrafi je zaakceptować. W jej zachowaniu wyczuwalny jest ból, bezradność i nieustająca potrzeba chronienia rodziny. To postać zbudowana z drobnych niuansów, bez nadmiernej ekspresji i dramatycznych gestów. Cały podstawowy zespół aktorski prezentuje wysoki poziom. Tym bardziej rozczarowuje fakt, że tak dobre kreacje nie składają się na równie dobry film.
Pod względem realizacyjnym „Violetta Villas” prezentuje się całkiem dobrze. Scenografia przekonująco odtwarza realia kolejnych dekad. Wnętrza mieszkań, kostiumy i fragmenty przestrzeni miejskiej pozwalają poczuć atmosferę epoki. Widać jednak ograniczenia produkcyjne. Ulice często przedstawiane są w niewielkich fragmentach, a świat zewnętrzny pozostaje stosunkowo ograniczony. Podobnie wygląda amerykański epizod. Las Vegas sprawia momentami wrażenie przedstawionego nieco oszczędnie, choć twórcom udaje się częściowo zamaskować ograniczenia realizacyjne. Zdjęcia dobrze współgrają z charakterem opowieści, ale nie nadają jej szczególnej tożsamości wizualnej. Ostatecznie, mimo staranności scenografów, brakuje poczucia rozmachu kariery Villas.
Znacznie ciekawiej prezentuje się charakteryzacja. W przypadku Sandry Drzymalskiej nie ograniczono się jedynie do charakterystycznych fryzur i kostiumów Villas. Zadbano również o odpowiednie modelowanie rysów twarzy, policzków i innych elementów fizjonomii. Dzięki temu aktorka potrafi przekonująco przypominać pierwowzór, zachowując jednocześnie swobodę aktorską. Nagroda za charakteryzację na festiwalu w Gdyni wydaje się więc w pełni uzasadniona.

Największym rozczarowaniem filmu pozostaje zmarnowany potencjał historii. Twórcy dysponowali niezwykłą bohaterką, znakomitą aktorką pierwszoplanową, dobrym zespołem aktorskim i interesującym pomysłem na odejście od klasycznej konstrukcji filmu biograficznego. Niestety zabrakło przekonującego scenariusza. Koncentracja na relacji matki i syna miała nadać opowieści osobisty wymiar, ale ostatecznie doprowadziła do zubożenia portretu artystki.
Violetta Villas była artystką, której życie wielokrotnie wymykało się wszelkim schematom. Była wielka, ekscentryczna, chwilami nieznośna, a w końcu tragiczna. Jej filmowa biografia nie musiała jej usprawiedliwiać ani nawet wzbudzać sympatii. Powinna jednak pozwolić zrozumieć, skąd wziął się jej fenomen i dlaczego jego utrata była tak bolesna. Niestety, zamiast wielkiej artystki otrzymaliśmy przede wszystkim portret trudnej kobiety. A to zdecydowanie za mało.

Tytuł oryginalny: Violetta Villas
Produkcja: Polska, Bułgaria / 2026
Premiera (świat): 21 września 2026 r.
Premiera (Polska): 27 listopada 2026 r.
Reżyseria: Karolina Bielawska
Scenariusz: Karolina Bielawska, Małgorzata Gospodarek
Zdjęcia: Bartosz Świniarski
Obsada:
Sandra Drzymalska (Violetta Villas)
Jowita Budnik (babcia)
Mateusz Banasiuk (Mariusz)
Borys Szyc (oficer SB)
Dorota Kuduk (Irena)
Czas: 126 min.
Dystrybucja kinowa: Kino Świat
