Cztery „Lalki”, trzy postacie i wiele sposobów na Prusa (cz. 3)

W poprzednich częściach cyklu przyjrzeliśmy się Ignacemu Rzeckiemu i Stanisławowi Wokulskiemu, porównując ich ekranowe wcielenia. Pozostała jeszcze trzecia postać, bez której „Lalka” nie byłaby tą samą opowieścią.

Kobieta, którą trudno polubić

Izabela Łęcka stanowi szczególne wyzwanie dla filmowców. W powieści Prusa narrator pozwala nam zajrzeć głębiej w jej sposób myślenia, zrozumieć wychowanie, przekonania i mechanizmy rządzące jej zachowaniem. Na ekranie trzeba zbudować tę postać przede wszystkim poprzez aktorstwo i sytuacje dramaturgiczne. A punkt wyjścia nie jest łatwy. Izabela to młoda kobieta wychowana w luksusie, przyzwyczajona do uprzywilejowanej pozycji, próżna, kapryśna i przekonana o własnej wyjątkowości. Trudno o zestaw cech automatycznie budzących sympatię widza. Tym większym wyzwaniem staje się stworzenie bohaterki wielowymiarowej, a nie jedynie obiektu romantycznych westchnień Wokulskiego.

W interpretacji Beaty Tyszkiewicz u Hasa Izabela zostaje przedstawiona niemal posągowo. Jest piękna, elegancka i emocjonalnie niedostępna. Sprawia wrażenie osoby odciętej od rzeczywistości, zamkniętej we własnym świecie. Przypomina chodzące dzieło sztuki, doskonałe w formie, ale pozbawione autentycznego życia wewnętrznego. W tym sensie chyba najbardziej ze wszystkich ekranowych Izabel zasługuje na miano tytułowej lalki. Nieprzypadkowo tak istotną funkcję pełni Florentyna, stanowiąca dla niej kontrast. Lepiej rozumie otaczający świat, ludzi i ich emocje. Na jej tle panna Łęcka wydaje się jeszcze bardziej oderwana od rzeczywistości.

Takie przedstawienie postaci można oczywiście uznać za psychologiczne uproszczenie. Jednak w kontekście twórczości Hasa nabiera ono innego znaczenia. Reżyser nie próbuje przecież stworzyć realistycznej panoramy społeczeństwa. Jego Warszawa jest światem schyłkowym, dekadenckim, pełnym przesytu i niepokoju. Beata Tyszkiewicz doskonale wpisuje się w tę poetykę. Jest nie tyle kobietą, ile wyobrażeniem kobiety, projekcją pragnień Wokulskiego. Jej emocjonalna niedostępność staje się częścią rzeczywistości, w której bohater nie potrafi odnaleźć własnego miejsca.

Inaczej wygląda Izabela Małgorzaty Braunek w serialu Bera. Pozostaje próżna, kapryśna i przekonana o własnej wyjątkowości. W jej zachowaniu widać jednak więcej dziewczęcej naiwności i niedojrzałości. Ma wysokie wymagania wobec potencjalnego męża, oczekuje od życia tego, co najlepsze, i długo nie dopuszcza do siebie myśli, że uprzywilejowana pozycja może być zagrożona. Stopniowo zaczyna jednak rozumieć rzeczywistą sytuację finansową rodziny. Świadomość zbliżającego się bankructwa zmienia jej stosunek do Wokulskiego. Mężczyzna, którego wcześniej mogła lekceważyć, staje się potencjalnym ratunkiem przed utratą dotychczasowego życia. Izabela zaczyna odczuwać, że sama może stać się przedmiotem transakcji. Jeśli ma zostać niejako sprzedana w zamian za bezpieczeństwo rodziny, nie zamierza przynajmniej sprzedać się tanio.

W tej interpretacji pojawia się więc wyraźniejszy konflikt wewnętrzny. Izabela wciąż pozostaje egoistyczna i naiwna, ale zaczyna dostrzegać ograniczenia własnej sytuacji. Jej bunt bywa dziecinny, a decyzje niekonsekwentne, jednak postać zyskuje dramatyczny wymiar. Nie jest już wyłącznie pięknym przedmiotem adoracji.

Kamila Urzędowska w filmie Kawalskiego proponuje jeszcze inne odczytanie. To kobieta znacznie dojrzalsza, mniej naiwna i bardziej świadoma własnej pozycji. Doskonale rozumie, jak działa na mężczyzn i jakie możliwości daje jej obecność w arystokratycznym towarzystwie. Potrafi być sprytna, manipulować otoczeniem i prowadzić własne intrygi. Jednocześnie w chwilach szczerości ujawnia bardziej ludzką twarz, dzięki czemu wzbudza sympatię. Paradoksalnie jednak ta większa świadomość nie zawsze przekłada się na dramaturgiczną wyrazistość. Izabela Kawalskiego ma swoje zalety i słabości, lecz trudno odnaleźć w niej równie silny konflikt wewnętrzny jak u Braunek. Jest bardziej samodzielna, ale mniej dramatyczna.

Najdalej idącą reinterpretację proponuje ponownie serial Maślony. Izabela grana przez Sandrę Drzymalską zostaje wyposażona w cechy, których próżno szukać w literackim pierwowzorze. Ma ambicje reporterskie, interesuje się sprawami społecznymi i próbuje wyrwać się z ograniczeń narzucanych kobietom przez epokę. Nie oznacza to jednak, że przestaje być próżna, kapryśna czy egoistyczna. Przeciwnie, wszystkie te cechy pozostają obecne, lecz zostają zestawione z inteligencją, zaradnością i autentyczną potrzebą niezależności.

Izabela potrafi błyskawicznie zmieniać sposób działania. Raz zachowuje się jak naiwna arystokratka, innym razem staje się przebiegłą intrygantką, by za chwilę ujawnić determinację i umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji. Co istotne, jej działania nie zawsze kończą się sukcesem. Bywają sytuacje, gdy przekonana o własnej sile i sprawczości brutalnie zderza się z ograniczeniami otaczającego świata. Musi się wycofać, zaakceptować porażkę albo uświadomić sobie, że jej pozycja nie jest tak niezależna, jak chciałaby wierzyć.

To właśnie te sprzeczności czynią ją tak interesującą. Izabela Maślony nie jest już wyłącznie obiektem uczuć Wokulskiego. Staje się jego pełnoprawną partnerką dramaturgiczną, a chwilami wręcz przeciwniczką. Podobnie jak on pragnie przekraczać własne ograniczenia i zmaga się z oczekiwaniami społecznymi. Oboje próbują wyrwać się z narzuconych im ról, choć ich ambicje i sposoby działania pozostają odmienne.

Sandra Drzymalska otrzymuje dzięki temu ogromną przestrzeń aktorską. Jej Izabela potrafi wzbudzać zarówno sympatię, jak i irytację. Można ją podziwiać, współczuć jej, a chwilę później zdecydowanie potępiać jej zachowanie. To bez wątpienia najpełniejsza i najbardziej wyrazista spośród czterech ekranowych interpretacji Izabeli Łęckiej. Trzeba jednak pamiętać, że jest to już w znacznym stopniu reinterpretacja postaci, a nie próba wiernego odtworzenia bohaterki Prusa.

Cztery epoki, cztery spojrzenia

Czy zatem można wskazać najlepszą ekranizację „Lalki”? Nie sądzę, aby miało to szczególny sens. Nie jest to przecież konkurs piękności, w którym należałoby wybrać zwycięzcę. Każda epoka posługuje się innym językiem, a każdy twórca wnosi do znanej historii własną wrażliwość.

Dobra literatura ma tę niezwykłą właściwość, że pozwala kolejnym pokoleniom odkrywać w sobie nowe znaczenia. Nie wyczerpuje się po jednej, nawet wybitnej ekranizacji. W ostatnich latach obserwujemy zresztą prawdziwy powrót do klasyki. Francuzi po raz kolejny sięgnęli po „Nędzników” Victora Hugo, tym razem w reżyserii Freda Cavayé, mimo że powieść doczekała się już licznych filmowych i telewizyjnych interpretacji na całym świecie. Nowe „Wichrowe wzgórza” ponownie wywołały dyskusję o granicach swobody adaptacyjnej. Na ekrany trafiła także kolejna wersja „Rozważnej i romantycznej”, choć po znakomitym filmie Anga Lee z Emmą Thompson mogło się wydawać, że w tej historii powiedziano już wszystko. A jednak kolejne pokolenia wciąż odnajdują w tych powieściach coś własnego.

Podobnie jest z „Lalką”. Has stworzył dzieło podporządkowane autorskiej wizji świata, opowieść o wyobcowaniu, przemijaniu i niemożności odnalezienia własnego miejsca. Ber, dysponując znacznie większą ilością czasu ekranowego, mógł pozwolić sobie na pełniejsze odtworzenie powieści i pogłębienie psychologii bohaterów. Kawalski wydobył przede wszystkim wymiar romantyczny, tworząc historię przystępniejszą, być może szczególnie atrakcyjną dla młodszej publiczności. Maślona z kolei wykorzystał Prusa do opowiedzenia o emancypacji, poszukiwaniu własnej drogi i próbie wyrwania się z narzuconych konwenansów. Każda z tych interpretacji akcentuje coś innego. Żadna nie unieważnia pozostałych.

Gdybym jednak miał wskazać ekranizację najbliższą mojemu sposobowi odczytywania „Lalki”, wybrałbym serial Ryszarda Bera. Przede wszystkim ze względu na pełnię opowieści, psychologiczną złożoność postaci i znakomite aktorstwo, zwłaszcza Bronisława Pawlika i Jerzego Kamasa. Nie oznacza to jednak, że pozostałe realizacje uważam za mniej wartościowe. Przeciwnie, mamy wyjątkowy komfort posiadania czterech interesujących, odmiennych ekranizacji tej samej powieści. Każda oferuje coś, czego nie znajdziemy w pozostałych. I co najważniejsze, żadnej nie można uznać za artystyczną porażkę.

A skoro na potrzeby tego tekstu obejrzałem wszystkie cztery niemal jedna po drugiej, żeby odświeżyć sobie pamięć i porównać szczegóły, mam tylko jedną, całkiem osobistą nadzieję: że przez najbliższe dziesięć lat nikt już nie wpadnie na pomysł nakręcenia kolejnej „Lalki”.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *