Sam Neill – sztuka sprzeczności

Listopad jest naturalnym czasem wspominania tych, którzy odeszli. Zarówno naszych bliskich, jak i osób mających w jakiś sposób wpływ na nasze życie. Każdy rok przynosi również straty w świecie kultury. 13 lipca tego roku odszedł Sam Neill, jeden z najbardziej charakterystycznych aktorów swojego pokolenia. Nie chciałbym jednak, aby ten tekst był kolejnym zestawieniem najważniejszych ról czy rodzajem epitafium. Zależy mi raczej na pokazaniu, na czym polegała jego wyjątkowość i jak wielką stratę poniosło kino.

Sam Neill nie był supergwiazdą w hollywoodzkim rozumieniu tego słowa. A jednak trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzyłby jego twarzy. Dla większości widzów pozostanie niezapomnianym doktorem Alanem Grantem z „Parku Jurajskiego” Stevena Spielberga. Dla miłośników kina artystycznego – aktorem, który stworzył niezwykłą, wręcz ekstremalną kreację w „Opętaniu” Andrzeja Żuławskiego. Wielbiciele horroru i science fiction pamiętają go z „Omenu III”, „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera czy „Ukrytego wymiaru” Paula W.S. Andersona. Trudno też zapomnieć jego drugoplanową rolę w „Polowaniu na Czerwony Październik” Johna McTiernana czy tytułowego „Merlina” z telewizyjnego miniserialu z 1998 roku. Ten ostatni pozostaje zresztą jednym z moich ulubionych występów Neilla. To opowieść niezwykle urocza, momentami chwytająca za serce, mówiąca również o przemijaniu. Ale dla mnie Sam Neill na zawsze pozostanie związany przede wszystkim z jednym filmem -„Fortepianem” Jane Campion.

Warto przypomnieć sobie „Fortepian”, choć nie jest to kino łatwe. To film wymagający emocjonalnie, a jednocześnie jeden z najpiękniejszych przykładów kina totalnego. Jest w nim właściwie wszystko, co składa się na magię kina. Wybitna reżyseria Jane Campion, niezwykłe zdjęcia Stuarta Dryburgh, przepiękne plenery Nowej Zelandii, poruszająca muzyka Michaela Nymana. I aktorstwo, w którym trudno znaleźć choćby jedną słabszą kreację. Holly Hunter, Harvey Keitel, młodziutka Anna Paquin – wszyscy stworzyli postacie niezwykle wiarygodne, pełne emocji i wewnętrznych sprzeczności.

Właśnie ta ostatnia cecha wydaje mi się szczególnie istotna w przypadku Sama Neilla. Niewielu jest aktorów potrafiących w jednej chwili pokazać tak wiele sprzecznych emocji. Być jednocześnie twardymi i bezradnymi, okrutnymi i wrażliwymi, budzić niechęć, a za moment współczucie. Przychodzi mi tutaj na myśl jedynie Ed Harris. Obaj są niezwykle charakterystyczni, znakomicie odnajdują się w rolach drugoplanowych, potrafią stworzyć postać człowieka silnego, a jednocześnie odsłonić jego najbardziej wrażliwą stronę. „Fortepian” jest dla mnie jednym z najlepszych przykładów tej umiejętności Neilla.

Akcja filmu rozgrywa się w XIX wieku, w kolonialnej Nowej Zelandii. Ada (Holly Hunter), niema od dzieciństwa, zostaje wraz z kilkuletnią córką (Anna Paquin) wysłana na drugi koniec świata, aby poślubić nieznanego sobie mężczyznę. To małżeństwo będące w gruncie rzeczy rodzajem transakcji. Ada zabiera ze sobą ukochany fortepian, stanowiący dla niej sposób wyrażania emocji niemożliwych do przekazania słowami. Jednak jej przyszły mąż, Alisdair Stewart (Sam Neill), odmawia przetransportowania instrumentu przez trudny, zalesiony teren. Fortepian pozostaje na plaży, ku rozpaczy kobiety. Wkrótce trafia do George’a Bainesa (Harvey Keitel), sąsiada Stewarta, proponującego Adzie osobliwy układ. Będzie mogła odzyskać instrument w zamian za wizyty w jego domu i grę. Każde spotkanie, a później również zgoda na coraz śmielszy kontakt fizyczny, stają się częścią tej transakcji. Baines od początku jest Adą zafascynowany, nie ukrywa swojego pożądania, chwilami przekraczając granice budzące dyskomfort nawet z dzisiejszej perspektywy. Jednak z czasem między bohaterami rodzi się uczucie, a Ada zaczyna odwzajemniać jego namiętność. Tymczasem jej małżeństwo ze Stewartem pozostaje związkiem pozbawionym bliskości. Mąż jest człowiekiem surowym, emocjonalnie niedostępnym, niepotrafiącym znaleźć z Adą porozumienia.

W tym wybitnym filmie Sam Neill gra właściwie postać drugoplanową. A jednak jego kreacja jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów całej opowieści. Chciałbym zatrzymać się przy trzech scenach znakomicie pokazujących skalę jego aktorskich możliwości. Pierwsza jest niezwykle oszczędna, niemal statyczna. Druga stanowi gwałtowną eksplozję emocji. Trzecia, będąca ich konsekwencją, pokazuje człowieka ostatecznie załamującego się pod ciężarem własnych uczuć.

Stewart przechodzi obok domu Bainesa. Towarzyszy mu pies. Kiedy wchodzi na ganek, słyszy dobiegające z wnętrza odgłosy. Zaintrygowany, ale też wyraźnie onieśmielony, zbliża się do drewnianej ściany. Przez szczelinę zaczyna obserwować to, co dzieje się w środku. Ciekawość miesza się ze wstydem i zakłopotaniem. Stewart przeczuwa rozgrywającą się za ścianą intymną scenę, nie wiedząc jeszcze, że uczestniczy w niej jego żona. Sam Neill gra tę sytuację z niezwykłą subtelnością. Widzimy człowieka nieporadnego, zagubionego, uświadamiającego sobie być może po raz pierwszy, jak bardzo brakuje mu bliskości. Nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim emocjonalnej.

Kiedy rozpoznaje Adę, jego twarz zaczyna wyrażać coś znacznie bardziej złożonego niż zwykła zazdrość. Obserwuje żonę dobrowolnie oddającą się innemu mężczyźnie. Cała scena miłosna rozgrywa się powoli, niemal ceremonialnie. Zdejmowanie kolejnych warstw ubrań, gorsetów i elementów kobiecej garderoby trwa, a Stewart pozostaje po drugiej stronie ściany. Patrzy na coś, czego sam nigdy nie doświadczył. Ale jest jeszcze jeden moment, szczególnie poruszający. Ada, niema od dzieciństwa, wydaje dźwięki rozkoszy. Dla Stewarta jest to odkrycie niemal nie do zniesienia. Nie chodzi już wyłącznie o zdradę fizyczną. Baines otrzymuje od Ady coś, czego jej mąż nigdy nie potrafił z niej wydobyć. Jakby posiadł nie tylko jej ciało, ale również duszę. I Neill pokazuje to wszystko bez słów.

Jest w tej scenie jeszcze jeden drobny szczegół, który wyjątkowo zapadł mi w pamięć. Pies towarzyszący Stewartowi zaczyna lizać jego dłoń. Mężczyzna, wcześniej traktujący zwierzę raczej użytkowo, teraz nie reaguje. Jest tak pochłonięty obserwowaną sceną, że pozwala na ten gest bliskości. Dopiero po chwili, odrywając się od podglądania kochanków, z niesmakiem wyciera obślinioną rękę o drewniane deski. Jakby Stewart na moment odsłonił się nie tylko przed widzem, ale również przed samym sobą. Odzyskawszy świadomość własnego zachowania, natychmiast próbuje przywrócić dawny porządek. Cała scena jest inscenizacyjnie bardzo oszczędna. Właściwie niewiele się dzieje, ale sposób filmowania, subiektywność spojrzenia i przede wszystkim aktorstwo Neilla sprawiają, że niemal wchodzimy do jego głowy. Widzimy nie tylko zdradzonego męża, lecz człowieka nagle odkrywającego własną samotność.

Druga scena stanowi niemal całkowite przeciwieństwo pierwszej. Gdy Stewart odkrywa zdradę żony, próbuje odzyskać nad nią kontrolę, dając upust narastającej w nim wściekłości. Odcina Adzie palec, a następnie przesyła go Bainesowi za pośrednictwem córki kobiety, grożąc dalszym okaleczeniem żony, jeśli kochankowie nie zerwą kontaktów. Neill pokazuje tutaj człowieka całkowicie rozstrojonego, skrzywdzonego, pogubionego, ale jednocześnie agresywnego i zdolnego do okrucieństwa. Wcześniejsza scena podglądania pozwoliła nam dostrzec w nim kogoś więcej niż surowego, despotycznego męża. Teraz jego przemoc nie staje się przez to mniej przerażająca, ale nabiera dodatkowego, tragicznego wymiaru. Jest to człowiek cierpiący i niepotrafiący poradzić sobie z własnym bólem. Właśnie te sprzeczności czynią postać Stewarta tak interesującą. Obie sceny są jednak w pewnym sensie przygotowaniem do trzeciej, moim zdaniem najważniejszej.

Jest noc. W domu Bainesa wszyscy już śpią. Wtedy Stewart pojawia się z bronią. Powoli podchodzi do łóżka, na którym leży Baines. Mierzy do niego i odciąga kurek. Dźwięk budzi śpiącego mężczyznę i wydaje się, że za chwilę dojdzie do tragedii. Baines jednak nie reaguje gwałtownie. Nie próbuje uciekać ani walczyć. Jakby spodziewał się, że wcześniej czy później do takiej konfrontacji musi dojść.

Scena rozgrywa się niemal w całkowitej ciszy. Twarz Stewarta jest tylko częściowo oświetlona światłem lampy. Stoi nad Bainesem, góruje nad nim. Nawet kiedy ten podnosi się na łóżku, różnica wysokości pozostaje wyraźna. Stewart ma broń, ma przewagę fizyczną, wydaje się panować nad sytuacją. Ale czy rzeczywiście panuje? Neill gra tę scenę niezwykle oszczędnie. Nie ma tu wielkich gestów ani gwałtownych wybuchów. Jest raczej coś na kształt monologu człowieka, który sam nie do końca wierzy w to, co mówi. Można odnieść wrażenie, że gdyby Baines zareagował inaczej, próbował się bronić albo sprowokował Stewarta, być może doszłoby do zabójstwa. Ale nic takiego się nie dzieje.

W pewnym momencie Stewart pyta Bainesa, czy Ada kiedykolwiek do niego mówiła. Baines zaprzecza. Wtedy Stewart przyznaje, że on sam usłyszał jej głos. Nie w dosłownym sensie. Usłyszał w swojej głowie całe zdania, jakby wypowiedziane przez Adę całą sobą. Prosiła, żeby pozwolił jej odejść. To niezwykle mocny moment. Człowiek, przez cały film niepotrafiący porozumieć się z własną żoną, nagle słyszy ją wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Rozumie coś, czego dotąd nie chciał albo nie potrafił zrozumieć. I właśnie wtedy zaczyna się łamać.

Neill pokazuje mężczyznę całkowicie zdruzgotanego. Jeszcze przed chwilą gotowego zabić, teraz powoli uświadamiającego sobie bezsens własnych działań. Być może po raz pierwszy naprawdę rozumiejącego, że nie można zmusić drugiej osoby do miłości. W końcu pozwala im odejść. Żąda tylko, aby następnego ranka jak najszybciej opuścili to miejsce. Nie chce ich więcej widzieć. W tej decyzji nie ma jednak wielkiego triumfu moralnego. Nie mam nawet pewności czy Stewart sam wierzy, że jest zdolny do takiego gestu. Raczej obserwujemy człowieka ostatecznie pokonanego przez własną samotność i niemożność nawiązania bliskości.

I właśnie tutaj ujawnia się dla mnie niezwykła siła aktorstwa Sama Neilla. W ciągu kilku scen potrafi pokazać człowieka jednocześnie surowego i bezradnego, okrutnego i wrażliwego, spragnionego miłości i całkowicie niezdolnego do jej okazania. Nie próbuje przy tym wymuszać na widzu współczucia ani usprawiedliwiać swojego bohatera. Pozwala nam jednak zobaczyć jego wewnętrzne pęknięcie. A to jest coś znacznie trudniejszego niż samo zagranie zazdrości, gniewu czy rozpaczy.

Sam Neill pozostanie w mojej pamięci w wielu filmowych obrazach. Kiedy w „Merlinie” odmładza siebie i ukochaną, mówiąc, że zostało mu jeszcze trochę magii. Kiedy w „Polowaniu na Czerwony Październik” umiera ze świadomością, że nigdy nie zobaczy Ameryki, o której tak marzył. Kiedy w „Parku Jurajskim” pozwala, aby przerażone dzieci przytuliły się do niego i zasnęły, choć wcześniej sam nie potrafił odnaleźć się w ich towarzystwie. Ale przede wszystkim będę pamiętał jego twarz w „Fortepianie”. Twarz człowieka, który trzymając broń, mając przewagę nad rywalem pozwala mu odejść ze swoją żoną. Człowieka, który w jednej chwili traci wszystko, czego tak rozpaczliwie próbował się trzymać.

Będzie mi brakowało nowych ról tego wybitnego aktora.

Jakub Kossakowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *