19 października premierę ma „Kolor nienawiści” – najnowsza powieść Bogusza Dawidowicza, łącząca kryminalną zagadkę z pogłębionym portretem psychologicznym bohaterów i obrazem małomiasteczkowej społeczności. Z tej okazji rozmawiamy z autorem o kulisach powstawania książki, fascynacji antybohaterami, wpływie kina na literaturę oraz o tym, jak daleko człowiek potrafi się posunąć, gdy zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia.
W wywiadzie dla Filmiks.pl Bogusz Dawidowicz zdradza, jak znajomość Pomorza Zachodniego pomogła mu wykreować świat przedstawiony, dlaczego tak istotne miejsce w jego twórczości zajmują rodzinne traumy i przemilczane sekrety oraz jakie inspiracje czerpie ze skandynawskich kryminałów. Pisarz porusza również kwestię społecznej obojętności wobec przemocy i opowiada o wyzwaniach związanych z przedstawianiem trudnych tematów w literaturze.
W Pana najnowszej powieści „Kolor nienawiści”, którą czytelnicy mogą już poznawać w wersji elektronicznej zabiera nas Pan do fikcyjnego miasteczka na Pomorzu Zachodnim, gdzie pozornie wyjaśniona tragedia wpływowego małżeństwa staje się początkiem znacznie bardziej skomplikowanej historii. Co było pierwszym impulsem do napisania tej książki?
Zostałem zachęcony – nie zdradzę przez kogo – do zmierzenia się z dosyć powszechnym w obecnej popkulturze schematem powieści z kryminalną zagadką, która rozgrywa się na prowincji. W miejscu, do którego po latach wraca główny bohater lub bohaterka. Ów bohater, mimo że wywodzi się z tego miejsca, jest traktowany nieufnie przez mieszkańców – jak outsider. Obowiązkowo pojawia się tajemnica sprzed lat, otoczona murem milczenia, przez który nasz protagonista musi się przebić. Wszystko to jest zawarte w mojej powieści, ale chciałem to zrobić „po swojemu”. Nieco na przekór. Wykrzesać coś więcej z tej sztampy. Czasami może wbrew niektórym oczekiwaniom odbiorców, czasem może wzbudzając pewne kontrowersje – bo nie staram się przypodobać konkretnym grupom społecznym czy politycznym. Bardzo chciałbym wierzyć, że udało mi się stworzyć coś oryginalnego i intrygującego, ale ocena należy już do czytelników.
Wiemy, że przez większość życia był Pan związany z Pomorzem Zachodnim. Czy znajomość tego regionu miała istotny wpływ na wykreowanie świata przedstawionego? Na ile literackie miasteczko czerpie z obserwacji rzeczywistych miejsc i ich mieszkańców?
Tak, myślę, że ma to odzwierciedlenie w niektórych zachowaniach, zwyczajach czy też może przede wszystkim języku, jakim posługują się mieszkańcy fikcyjnych „Parnic”. Miejscowość jest wzorowana na prawdziwym miejscu – myślę, że mieszkańcy Szczecina czy Stargardu bez problemu domyślą się, jaka miejscowość była moją inspiracją. Ale też absolutnie nie jest to odwzorowanie 1 do 1. Nie chciałem stygmatyzować konkretnego miasteczka. Pragnąłem, aby historia miała bardziej uniwersalny wymiar. Żeby problemy i specyfika Parnic były w jak największym stopniu tożsame dla innych peryferyjnych miejscowości w Polsce. Leżących na uboczu, pozostawionych samych sobie, o których władza od ponad trzech dekad pamięta jedynie w okolicach wyborów.
Dlaczego zdecydował się Pan uczynić głównym bohaterem właśnie dziennikarza? Czy zależało Panu na pokazaniu człowieka, który sam ma wiele do przepracowania, zanim zacznie dociekać prawdy o innych?
Główny bohater jest człowiekiem pełnym wątpliwości. Z burzliwą przeszłością i problemami, które nie zawsze da się rozwiązać. Zazwyczaj protagonistą w powieściach kryminalnych jest policjant, detektyw lub właśnie dziennikarz. Fiszer jest byłym dziennikarzem śledczym. Bohater zwyczajnie powinien mieć jakiś interes/kompetencje/uprawnienia do prowadzonego przez siebie dochodzenia. Najlepiej wszystko razem. Wybranie któregoś z wymienionych przeze mnie zawodów jest więc w jakimś stopniu po prostu wiernością kanonowi gatunku lub, jak kto woli, kliszą gatunkową. Zaznaczę jednak, że i tu starałem się poza tę kliszę wyjść. Uczynić Fiszera postacią nieszablonową.
Leon Fiszer musi nie tylko zmierzyć się z konsekwencjami własnej przeszłości, ale również opiekować się matką chorującą na demencję. To wątek, który wprowadza do kryminalnej fabuły bardzo osobisty i emocjonalny wymiar. Jaką rolę odgrywa ta relacja w psychologicznym portrecie bohatera?
Rola jest z pewnością istotna. Wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu „produktami” swoich rodziców. Fiszer nie wywodzi się z domu nieszczęśliwego, przeciwnie, ale relacje międzyludzkie są złożone i wielopłaszczyznowe. Jego ojciec zmarł wiele lat temu. Fiszer trochę żałuje, że w pewnym momencie zaczął się od niego oddalać, gdy wciąż mieszkali pod wspólnym dachem – choć to nie do końca był jego wybór. Bohaterowi została już tylko matka – ubolewa nad tym, że przez ostatnie lata zaniedbał z nią relację z powodu kariery, a teraz jest już trochę za późno, by to nadrobić ze względu na chorobę, z którą jego rodzicielka toczy nierówną batalię. Tutaj nadmienię, że sam mam doświadczenie w opiece nad chorą na demencję babcią, więc temat jest mi w jakimś stopniu bliski.
„Kolor nienawiści” określany jest jako kryminał psychologiczno-obyczajowy, czerpiący z konwencji domestic noir, która koncentruje się na mrocznych stronach życia rodzinnego, przemocy i sekretach ukrywanych przed światem. Co najbardziej fascynuje Pana w tym nurcie literatury?
Przede wszystkim chyba „pojemność”. Moje książki są zazwyczaj na pograniczu kilku gatunków. Z jednej strony zależy mi na tym, żeby zawierały atrakcyjne elementy składowe danego gatunku, a z drugiej, by nie były przez te gatunki ograniczane i zamykane w sztywnych ramach. Zależy mi na realizmie i na głębokich portretach psychologicznych postaci, które – posłużę się nieco górnolotnym frazesem – powołuję do życia na kartach powieści. Ale właśnie na tym mi zależy: by były to postacie sprawiające wrażenie ludzi z krwi i kości. Mimo że są tylko zapisem słów na papierze lub czytniku.
„Kolor nienawiści” nie jest Pana pierwszą powieścią, w której ważne miejsce zajmują psychologia, przemoc i moralna niejednoznaczność. W „Niewidzialnym” stworzył Pan postać głęboko zaburzonego antybohatera, którego losy mogą jednocześnie budzić współczucie i odrazę. Z kolei w „My kontra świat” bohaterowie zostają wciągnięci w spiralę przemocy i samodzielnego wymierzania sprawiedliwości. Co sprawia, że tak chętnie sięga Pan po postacie przekraczające granice społecznych i moralnych norm?
Takie postacie wydają mi się zwyczajnie najciekawsze i najbardziej złożone. Najbardziej atrakcyjne dla pisarza – do tego, by się nimi posłużyć. Być może najważniejsze jest też to, że tego typu ludzie, ich specyficzny charakter i osobowość są motorem napędowym rozwoju różnorakich, czasem mocno złożonych, pokręconych i jednocześnie ciekawych historii. Człowiek uczciwy, prawy i moralny podda się dyktatowi prawa czy właśnie własnego sumienia. Zaniecha pewnych działań. Jeżeli w chwili słabości zrobi coś naprawdę złego, wyjawi swoje sekrety odpowiednim ludziom czy odda się w ręce organów ścigania. Antybohater będzie bezwzględnie walczył o swoje. Nie podda się bez walki, wykaże się niesamowitą, wynaturzoną inwencją, byleby tylko uniknąć kary lub osiągnąć upragniony cel. Przekroczy wiele granic, zachowując się jak ranne zwierzę – kierując się instynktem przetrwania. Wreszcie będzie też posługiwał się własnym kodeksem honorowym, uważając, że jego niektóre normy nie dotyczą. Z pewnością kryje się w tym też spora doza narcyzmu – w takim postępowaniu.
Osobną kwestią jest to, że może nam się wydawać, że jesteśmy prawi i moralni. Dopóty, dopóki los nie sprawi, że musimy zmierzyć się z jakąś skrajną sytuacją. Na tyle się znamy, na ile nas przetestowano. A czasami, jeżeli przekroczy się jedną nieprzekraczalną granicę, to już trudno na tym poprzestać i się zatrzymać…
Jest Pan absolwentem stosunków międzynarodowych oraz studiów podyplomowych z zakresu psychologii. W jakim stopniu wykształcenie pomaga Panu w tworzeniu wiarygodnych portretów psychologicznych postaci? A może podczas pisania częściej kieruje się Pan intuicją, obserwacją rzeczywistości i doświadczeniami czytelniczymi niż wiedzą akademicką?
Wykształcenie jest u mnie powiązane mocno z zainteresowaniami. Znajomość książek takich autorów jak słynny polski psychiatra Antoni Kępiński, Karen Horney – światowej sławy niemiecka psychoanalityczka i psychiatra – czy też prace znanego prawie wszystkim psychologa i socjologa profesora Zimbardo. Ale też nic nie zastąpi obserwacji innych ludzi, kontaktów z nimi i wyciągania z tego wniosków. To, jak się zachowujemy, to, jak się zachowują ludzie wokół nas – dlaczego nasze interakcje z nimi są takie, a nie inne? To wszystko wymaga przemyśleń, analizy i wyciągania wniosków.
Coraz istotniejsza jest też w naszym życiu geopolityka. Globalizacja ma obecnie wpływ nawet na peryferyjne miejsca – takie jak fikcyjne Parnice. I ma odzwierciedlenie w powieści. W ostatnich latach mieliśmy COVID i wciąż toczącą się wojnę za naszą wschodnią granicą. To drugie sprawiło, że w Polsce pojawiło się dużo emigrantów, m.in. z Ukrainy. Zasiedlają oni nie tylko duże miasta, ale też i miasteczka, zmieniając ich krajobraz społeczny oraz kulturowy. To może być szczególnym wyzwaniem zwłaszcza dla małych i zamkniętych społeczności. Koegzystencja i ewentualne tarcia autochtonów z ludnością napływową – wszystko to wydaje mi się ciekawe i warte odnotowania.
Film jest jedną z Pana pasji, a o kinie i telewizji pisze Pan od wielu lat. Czy podczas tworzenia powieści doświadczenia związane z oglądaniem i analizowaniem filmów wpływają na sposób konstruowania fabuły, dialogów oraz napięcia? Czy zdarza się Panu myśleć o poszczególnych scenach niemal jak o sekwencjach filmowych?
Jestem przekonany, że literatura i film to są muzy, media, które przenikają się w coraz większym stopniu. Pisarze korzystają z trików i fabularnych zabiegów, które stosują scenarzyści oraz reżyserzy. I vice versa. W związku z tym język literacki i filmowy zaczynają się w jakimś sensie zazębiać. Wydaje mi się, że powieści są obecnie bardziej dynamiczne niż w przeszłości i muszą walczyć o uwagę widza. Czytam dużo klasyki, której jestem fanem, i widzę kolosalne różnice pomiędzy tym, jak pisano 50 lat temu, a jak pisze się obecnie. Klasyka sprzed 100-150 lat wydaje się być niemal literaturą z innej planety. Internet, media społecznościowe itp. miały fatalny wpływ na nasze zdolności do koncentracji. Coraz trudniej nam się skupić, a nasza uwaga jest coraz bardziej rozproszona. Literatura i kino muszą z tym walczyć, by jakoś tę uwagę odzyskać. Co do kwestii stricte technicznych, to tak – takie wizualizowanie w głowie poszczególnych scen i dialogów na wzór filmu jest dla mnie bardzo pomocne w trakcie pisania.
Literatura i kino od lat fascynują się antybohaterami, którzy potrafią przyciągać uwagę odbiorców pomimo swoich odpychających zachowań. Czy są twórcy filmowi lub konkretne produkcje, które szczególnie wpłynęły na Pana sposób przedstawiania historii i moralnie niejednoznacznych postaci?
Jest wielu reżyserów, którzy potrafią znakomicie pokazywać na ekranie antybohaterów. Wymienię dwóch z całej plejady: Martin Scorsese i David Fincher. Antybohaterowie filmowi, którzy utkwili mi w głowie już od nastoletnich lat i którzy z pewnością zostawili we mnie istotny ślad, z reguły mają literacki rodowód. Wymienię trzech z wielu: Patrick Bateman z „American Psycho” Breta Eastona Ellisa, Francis Dolarhyde i Hannibal Lecter – stworzeni przez pisarza Thomasa Harrisa. Takim czysto filmowym antybohaterem był z kolei Travis Bickle, zagrany brawurowo przez Roberta De Niro w „Taksówkarzu” Scorsese. Jestem też wielkim fanem antybohaterów, których na ekranie ukazuje Nicolas Cage – czasem nawet pomimo słabego scenariusza jest on w stanie nadać głębi postaci, w którą się wciela.
Łączy Pan zainteresowania literackie i filmowe z podróżowaniem między Polską a Skandynawią. Skandynawskie kryminały i thrillery od lat cieszą się dużą popularnością. Czy bliskość kultury skandynawskiej wpłynęła w jakimś stopniu na Pana literackie upodobania? Czy dostrzega Pan podobieństwa między sposobem opowiadania o zbrodni w skandynawskim noir a kierunkiem, w którym rozwija Pan własną twórczość?
Skandynawskie kryminały od lat podbijają świat, w tym Polskę. Wielu pisarzy, ale też twórców serialowych i filmowych nad Wisłą, się na nich wzoruje. Chociażby kręcona w Szczecinie „Odwilż” była robiona właśnie na modłę skandynawską. Skandynawskie produkcje charakteryzuje duszny klimat i mocne tło społeczno-obyczajowe opowiadanych historii. To jest z pewnością bardzo istotne również w mojej skromnej twórczości. Dla Skandynawów bardzo ważna jest też pogłębiona psychologia postaci – co i ja namiętnie stosuję. Ich postacie charakteryzują się często zewnętrznym chłodem, dystansem i opanowaniem. Podczas gdy w ich wnętrzach aż buzuje od bardzo silnych emocji. Moi (anty)bohaterowie też często tacy właśnie są. Więc tak, jest sporo punktów stycznych ;) Dodam jeszcze, że moja kolejna powieść częściowo będzie rozgrywała się w Norwegii.
„Kolor nienawiści” dotyka wielu trudnych zagadnień – od przemocy i rodzinnych tragedii, przez poczucie winy, aż po społeczne przyzwolenie na przemilczanie niewygodnych faktów. Czy podczas pracy nad tą powieścią były wątki, które okazały się szczególnie wymagające emocjonalnie lub zmusiły Pana do głębszego zastanowienia się nad sposobem ich przedstawienia?
Poruszane kwestie są faktycznie bardzo delikatne – tyczą się chociażby przemocy fizycznej i psychicznej wymierzonej w stronę dzieci. Z jednej strony należy je przedstawić wiarygodnie i sugestywnie, a z drugiej – nie przesadzić z epatowaniem przemocą i zbyt detalicznymi opisami. Wiem, że niektórzy pisarze się w tym lubują, bo kontrowersja wzbudza emocje i nakręca zainteresowanie, ale w mojej opinii jest to pójście na skróty oraz w pewnym stopniu szantaż emocjonalny wobec czytelnika. Staram się unikać takich tanich zabiegów. Skupiać się na emocjach i uczuciach, a nie czysto fizycznej makabrze. Często dialog może być o wiele bardziej przerażający od sceny tortur. Czy jestem jednak całkowicie wolny od tanich chwytów pod publiczkę? Nie sądzę – czasem pewnie efekciarstwo i u mnie bierze górę.
Bez zdradzania szczegółów fabuły – co chciałby Pan, aby pozostało z odbiorcami po przeczytaniu ostatniej strony „Koloru nienawiści”? Czy przede wszystkim satysfakcja z rozwiązania kryminalnej zagadki, niepokój związany z odkrywaniem mrocznych stron ludzkiej natury, czy może jakiś rodzaj refleksji?
Jedną z moich ambicji było zapewnienie czytelnikom rozrywki na poziomie. Takiej, która zostaje w głowie na dłużej i zmusza do pewnych przemyśleń. Chciałbym, aby jedną z refleksji była jeszcze większa świadomość, do jakich traum i dalekosiężnych reperkusji mogą prowadzić zaniedbania państwa – ludzi z zawodów tzw. zaufania publicznego i tak naprawdę wszystkich tych, którzy, widząc coś autentycznie niepokojącego, odwracają wzrok. W przypadku „Koloru nienawiści” wydaje mi się, że najważniejsza nie jest kulminacja, nie finał, nie rozwiązanie, ale sama podróż. Na którą wszystkich serdecznie zapraszam.
Rozmawiał: Radosław Sztaba
Fot. Bogusz Dawidowicz

