O depresji można opowiedzieć na wiele sposobów. „Ma to sens” wybiera ten mniej oczywisty: zamiast klasycznego dramatu psychologicznego proponuje tragikomedię, w której smutek miesza się z absurdem, a bohaterowie próbują jakoś funkcjonować mimo własnego rozpadu. Pomysł jest ciekawy. Gorzej z jego konsekwentnym przeprowadzeniem.
Antoni jest młodym mężczyzną, który po załamaniu życia zawodowego i osobistego funkcjonuje na granicy wycofania z rzeczywistości. Pracuje w magazynie, mieszka samotnie i coraz bardziej zamyka się w swoim świecie. Sytuacja zaczyna się zmieniać, kiedy poznaje Olgę, koleżankę z pracy. Choć oboje mają własne problemy i zupełnie inaczej radzą sobie z życiem, niespodziewanie zaczynają się do siebie zbliżać.
Film jest świadomie skromny. Niewiele tu przestrzeni. Przede wszystkim mieszkanie i magazyn, w którym pracuje główny bohater. Kamera niemal cały czas pozostaje przy nim, obserwując jego codzienność, zamknięcie i coraz bardziej ograniczony świat. Ta kameralność ma swoje zalety. Pozwala skupić się na Antonim, jego depresji, wypaleniu zawodowym i życiu zamkniętym w bańce beznadziei. Z czasem zaczyna jednak przypominać rozbudowaną etiudę studencką. Świat filmu wydaje się niewielki, a opowieść momentami sprawia wrażenie, jakby kręciła się w kółko.
Najlepiej radzi sobie z tym Jędrzej Hycnar. Jego Antoni jest człowiekiem zamkniętym, wycofanym i funkcjonującym jakby obok własnego życia. Aktor bardzo dobrze oddaje jego stan, nie robiąc z bohatera wyłącznie ilustracji depresji. Potrafi być poważny, ale bywa też zabawny. W wielu momentach wystarczy jego twarz, reakcja albo sposób, w jaki pozostaje obojętny na to, co dzieje się wokół. I właśnie wtedy „Ma to sens” jest najciekawsze. Kiedy nie próbuje niczego dodatkowo zaznaczać.

Największy problem pojawia się w relacji Antoniego z jego koleżanką Olgą. Sama postać jest początkowo interesująca. Zagubiona, biedna, mająca problemy psychiczne i społeczne, trochę agresywna, a jednocześnie wyraźnie potrzebująca kontaktu z drugim człowiekiem. Tylko, że Olga od początku zostaje mocno przerysowana. Jej „szaleństwo” jest często demonstracyjne i komediowe. Trudno znaleźć w niej momenty zwyczajności, chwile, w których przestaje być figurą reprezentującą swoją chorobę, a staje się po prostu człowiekiem.
W konsekwencji trudno uwierzyć w relację tej dwójki. Dobrze, że nie ma między nimi romantycznego napięcia i film nie próbuje na siłę budować klasycznego romansu. Nie przekonuje jednak również przyjaźń. Można założyć, że łączy ich doświadczenie skrzywdzonych, pogubionych ludzi, ale sama opowieść nie daje wystarczająco dużo powodów, żeby w to uwierzyć.
Nie wiadomo do końca, dlaczego Antoni przestaje być bierny i zaczyna angażować się w pomoc Oldze. Nie wiadomo też, dlaczego ona tak bardzo próbuje utrzymać z nim kontakt. Schemat dwóch niedopasowanych osób, które przypadkowo się spotykają i dzięki tej relacji zaczynają się zmieniać, jest stary jak kino. Nie trzeba go unikać. Trzeba jednak zbudować przekonujący emocjonalny fundament. W „Ma to sens” tego fundamentu trochę brakuje.
Podobny kłopot pojawia się w budowie kilku innych postaci. Psychiatra grany przez Wojciecha Solarza jest pomyślany jako figura komediowa. Sam pomysł może być interesujący, ale jego niekompetencja zostaje mocno przerysowana. Bohater doświadcza realnego i poważnego problemu, a osoba, która powinna mu pomóc, staje się przede wszystkim źródłem komizmu. Humor zaczyna więc przykrywać temat, zamiast pomagać w jego pokazaniu.

Podobnie jest z szefem granym przez Łukasza Simlata. To człowiek trochę nieporadny, prowadzący niezbyt dobrze prosperuącą firmę, a jednocześnie zatrudniający ludzi, którzy sami są pogubieni. Jest w tym coś interesującego, ludzkiego i bezinteresownego. Szkoda tylko, że film tak mocno podkreśla jego nieporadność zamiast skupić się bardziej na jego dobroci.
Najlepiej wypadają te postaci i sceny, gdzie film rezygnuje z przerysowania. Artur Barciś jako ojciec Olgi jest ciepły, spokojny i pozbawiony komediowego nadmiaru. Szczególnie dobrze działa scena, w której je przygotowane przez córkę jedzenie, choć mu ono nie smakuje. Robi to jednak po to, żeby sprawić jej przyjemność. To drobny gest, ale bardzo prawdziwy i przez to mocno zapadający w pamięć.
Równie dobrze działa scena przeprosin Antoniego wobec byłej żony (Pola Błasik). Wiemy, że kiedyś żyli w zupełnie innym świecie: korporacyjnym, zamożnym, ustabilizowanym. Choroba bohatera zmieniła jego życie, ale była żona mimo rozpadu związku nadal go odwiedza i próbuje mu pomagać. Nie ma już między nimi miłości, ale pozostała troska. Kiedy Antoni ją przeprasza, na jej twarzy pojawia się pierwszy wyraźny ślad emocji. Widać, że te słowa były dla niej ważne. To są właśnie momenty, w których „Ma to sens” przestaje coś objaśniać i po prostu pozwala bohaterom być ludźmi.

Ten sam problem widać w muzyce. Nie chodzi o jakość realizacji dźwięku czy sound design. Sama oprawa muzyczna momentami brzmi bardzo „stockowo” i pojawia się niemal mechanicznie. Podkreśla stan bohatera, komizm, groteskę albo powagę sceny, zamiast pozwolić jej wybrzmieć. W wielu sytuacjach muzyka mogłaby być niemal przezroczysta. Jej nadmiar powoduje dodatkowo wrażenie serialowości.
Od strony realizacyjnej film wypada natomiast znacznie lepiej. Zdjęcia Ernesta Wilczyńskiego są bardzo dobre i służą opowieści. Nie próbują być efektowne dla samego efektu. Kamera podporządkowuje się bohaterowi i jego stanowi, co dobrze współgra z kameralną konstrukcją.
Największym problemem za to staje się ostatni akt. Film zaczyna wykonywać serię gwałtownych zmian emocjonalnych: bohaterka czuje się zdradzona, później wszystko wydaje się być w porządku, za chwilę znów pojawia się konflikt. Antoni wraca na moment do swojej dawnej pracy korporacyjnej, a następnie znowu z niej znika. Wszystko jest bardzo poszatkowane i trudno przeprowadzić wyraźną linię przemian bohaterów. Zamiast narastania emocji pojawia się kalejdoskop kolejnych stanów. Nie zawsze wiadomo, z czego konkretna zmiana wynika.
To chyba najważniejsza bolączka filmu. Reżyser bardzo dobrze rozumie stan swoich bohaterów, ale nie zawsze równie dobrze rozumie ich drogę. Potencjał jest tutaj spory. Film chce opowiadać o samotności, depresji i ludziach, którzy utknęli w swoich życiach, ale nie chce robić z tego ciężkiego dramatu. To ciekawy kierunek. Tylko gdy stylistyczna lekkość zaczyna zastępować psychologiczną wiarygodność, zaczyna się bałagan.

„Ma to sens” jest najlepsze wtedy, kiedy ufa swoim aktorom i sytuacjom. Kiedy ojciec je niesmaczne jedzenie, żeby zrobić córce przyjemność. Kiedy była żona słyszy przeprosiny. Kiedy Antoni niczego nie tłumaczy. W takich momentach film jest prosty, ale nie banalny.
Słabnie natomiast wtedy, kiedy zaczyna podkreślać własne pomysły. Kiedy postać musi być bardziej dziwna, niż prawdopodobnie byłaby w rzeczywistości. Kiedy muzyka mówi nam, co mamy czuć. Kiedy finał zamiast rozwijać konsekwencje wcześniejszych decyzji, przeskakuje między kolejnymi emocjami.
„Ma to sens” ma więc ciekawy punkt wyjścia, dobrego głównego bohatera, bardzo dobre zdjęcia i kilka naprawdę mocnych, prostych scen. Nie zawsze jednak potrafi zbudować wiarygodną drogę pomiędzy swoimi bohaterami ani znaleźć odpowiednią równowagę pomiędzy komedią i dramatem. Najciekawsze pozostaje w nim to, co najmniej efektowne: pojedyncze gesty, spojrzenia i sytuacje, w których za komediową konstrukcją na chwilę pojawia się zwyczajny człowiek.
I chyba właśnie w tych momentach film ma najwięcej sensu.

Tytuł oryginalny: Ma to sens
Produkcja: Polska / 2026
Premiera (świat): 18 września 2026 r.
Premiera (Polska): 18 września 2026 r.
Reżyseria: Paweł Podolski
Scenariusz: Lynn Kucharczyk
Zdjęcia: Ernest Wilczyński
Muzyka: Stavros Makris
Obsada:
Jędrzej Hycnar (Antoni Klepacki)
Olga Kalicka (Olga)
Pola Błasik (Eliza)
Łukasz Simlat (Gryfik)
Artur Barciś (Wiktor)
Czas: 92 min.
Dystrybucja kinowa: Forum Film Poland
